Orlen wystosował publiczne stanowisko wobec medialnych doniesień na temat wyników raportu NIK po kontroli fuzji z Lotosem. Spółka miała sprzedać udziały w Lotosie po cenie zaniżonej o kilka miliardów. "Sprzedaż części aktywów Lotosu, wynikają z realizacji środków zaradczych wskazanych przez Komisję Europejską została zrealizowana zgodnie z wyceną rynkową tych aktywów, z pełnym poszanowaniem prepisów prawa i pod nadzorem organów państwa. Biorąc to pod uwagę, zarzuty Najwyżej Izby Kontroli wobec fuzji ORLEN-Lotos nie mają uzasadnienia" - czytamy w komunikacie.
W poniedziałek media opublikowały wnioski z raportu z kontroli NIK fuzji Lotosu z Orlenem. Business Insider cytował dokument, w którym napisano m.in., że "Orlen zbył podmiotom prywatnym aktywa co najmniej o 5 mld zł poniżej szacowanej przez NIK ich wartości, w tym zbycie udziałów Rafinerii Gdańskiej na rzecz Aramco nastąpiło poniżej wartości wyceny o ok. 3,5 mld zł". 30 proc. udziałów w RG wyceniono na 4,6 mld zł, natomiast Saudi Aramco zapłaciło za nie 1,15 mld zł - pisał BI. Spółka odniosła się do informacji w odpowiedzi na pytania redakcji portalu, ale dopiero kilkanaście godzin po publikacji pojawiło się publiczne, cytowane w tym artykule stanowisko.
Nieco inne szacunki podawał TVN24. Według informacji portalu Saudi Aramco odkupiło aktywa Lotosu po cenie niższej o 7,2 mld niż ich wartość. - Według ich wyliczeń, tę paczkę transakcyjną, którą kupili od nas Saudyjczycy, czyli 30 procent udziału w rafinerii, prawo do połowy produktów tej rafinerii, to jeszcze dwie inne spółki paliwowe. To zostało sprzedane za 2 miliardy 200 milionów złotych, mniej więcej. Natomiast według kontrolerów NIK powinno to zostać sprzedane za 7,2 miliarda złotych więcej. Czyli za prawie 9,5 miliarda - mówił dziennikarz Dariusz Kubik w programie "Czarno na białym".
Orlen w oświadczeniu broni się, pisząc, że jak już wielokrotnie powtarzał, "wycena i sprzedaż aktywów Lotosu odbyła się na rynkowych warunkach". Dodatkowo, szacunki przygotowali niezależni zewnętrzni doradcy, a zaakceptowali biegli rewidenci i akcjonariusze Lotosu oraz Orlenu. Koncern zauważa też, że zgodę na transakcję wydała Komisja Europejska i podkreśla, iż "niewłaściwe jest przyjmowanie jako punktu odniesienie wartości księgowej Grupy Lotos, które nie ma nic wspólnego z rynkową wartością firmy" oraz że "w czasie gdy Orlen finalizował fuzję z Grupą Lotos, ok. 150 spółek na Giełdzie Papierów Wartościowych było wyceniane poniżej ich wartości księgowej".
Orlen twierdzi również, że KE chciała sprzedaży całości Rafinerii Gdańskiej, ale gigant zdołał wynegocjować "zachowanie większościowych udziałów w wydzielonej spółce, której jest operatorem i którą może dzisiaj skutecznie zarządzać".
Fuzja Lotosu i Orlenu mogła zaburzyć sytuację na polskim rynku. Z tego powodu Komisja Europejska, która wydała zgodę na połączenie spółek, wymagała, by Orlen wyprzedał część swoich aktywów, dzięki czemu nie uzyskał w kraju zbyt dużej przewagi nad konkurencją. Saudi Aramco zakupiło więc 30 proc. udziałów w Rafinerii Gdańskiej, a Węgierski MOL przejął za 2,7 mld zł 417 stacji Lotosu.
Wyniki kontroli NIK skupiły się nie tylko na samym Orlenie, ale również na resorcie aktywów państwowych, kierowanym wówczas przez Jacka Sasina. Ocena kontrolerów dotycząca działań Ministerstwa Aktywów Państwowych w zakresie bezpieczeństwa paliwowego była negatywna. Bo choć w latach 2018-2022 resort zapewnił ciągłość dostaw ropy naftowej i paliw, to transakcja Orlen-Lotos, nad którą czuwał Jacek Sasin, po wypełnieniu wymogów KE, stworzyła "istotne ryzyko dla bezpieczeństwa paliwowego". Polityk PiS miał nie przygotować strategii działania w związku z tymi zagrożeniami. Głównym ryzykiem miała być uprzywilejowana pozycja Aramco w Rafinerii Gdańskiej, w której Saudyjczycy kupili 30 proc. udziałów. Kontrolerzy oszacowali, że z tego powodu Polska utraciła wpływ na kierunki sprzedaży około 20 proc. benzyny i oleju napędowego produkowanego w RG. A to w ocenie NIK, może zagrażać pokryciu krajowego zapotrzebowania na te produkty.
Choć to zarzuty głównie wobec poprzedniego rządu, to Orlen postanowił odnieść się również do nich. Koncern twierdzi, że "nie jest jednak prawdą, że stworzyło to [fuzja z Lotosem - red.] ryzyka dla bezpieczeństwa paliwowego w Polsce. Przeciwnie - ważnym efektem fuzji jest zwiększenie możliwości negocjowania korzystnych kontraktów, partnerstwa strategiczne z wiarygodnymi dostawcami oraz wzrost nakładów na inwestycje wzmacniające bezpieczeństwo dostaw surowców oraz produktów". Orlen ponadto pisze, że w wyniku fuzji nie tylko Skarb Państwa nie stracił wpływu na działalność polskich rafinerii, ale też zwiększył swój udział w Orlenie po przejęciu Lotosu i PGNiG z 27,52 do blisko 50 proc. Koncern wciąż posiada 70 proc. udziałów w spółce prowadzącej rafinerię w Gdańsku, dzięki czemu ma wpływ na podejmowanie decyzji korporacyjnych w spółce. Orlen dodaje, że ma też większość w zarządzie oraz w radzie nadzorczej RG.
Kontrolerzy, z którymi rozmawiał BI, przyznali, że w szacunkach nie uwzględniono innych aspektów przyszłej współpracy z Saudyjczykami. Orlen natomiast w swoim oświadczeniu zwraca uwagę na współpracę z Saudi Aramco, która pozwala na zwiększenie dostaw ropy (wg raportu NIK, umowa opiewa na 200-337 tys. baryłek ropy dziennie). "Dostawy z kierunku arabskiego, już po połączeniu z Grupą Lotos, pozwalają na pokrycie aż 45 proc. łącznego zapotrzebowania nowej Grupy ORLEN" - podkreśla. Spółka dodaje, że w ten sposób ma zapewnione "źródło stabilnej jakościowo ropy", dywersyfikację źródeł dostawy oraz możliwe jest szybkie uniezależnienie się rosyjskiej ropy. "Umowa była badania przez UOKiK w świetle art.12a i nast. ustawy w procedurze, w której brały udział m.in. Komisja Europejska i inne państwa członkowskie. W sposób skuteczny zabezpiecza interes i zapewnia bezpieczeństwo paliwowe Polski" - czytamy dalej.
NIK według dziennikarzy miał zarzucać Orlenowi również udzielenie zgody na płacenie kar Saudi Aramco w wysokości 500 mln dol. oraz na danie Saudyjczykom prawa weta. "Robienie zarzutów z faktu, iż umowa joint venture ma zapisane prawa weta, jest bezpodstawnym i nieprofesjonalnym działaniem" - komentuje spółka. Zdaniem władz koncernu, to standardowa praktyka, która chroni mniejszego partnera przed drenażem jego wartości. "Jest oczywiste, że wspomniane prawa mniejszościowego udziałowca nie mogą doprowadzić do paraliżu działalności lub do zaszkodzenia zyskom podmiotu, co w sposób oczywisty partnerzy strategiczni, jakimi są ORLEN i Saudi Aramco uzgodnili w podpisanych przez siebie umowach" - napisano.
Na koniec Orlen powtarza, że cała transakcja została przygotowana zgodnie z procedurami, była sprawdzana przez liczne kancelarie i uzyskała zgodę KE, a to wszystko przy stałym nadzorze organów korporacyjnych wszystkich spółek. Dodaje, że cały "proces odbywał się w uzgodnieniu ze wszystkimi właściwymi w sprawie organami Państwa, które miały zapewniony dostęp do wszystkich koniecznych informacji. Dotyczyło to również Ministra Aktywów Państwowych".
Marian Banaś zwrócił się z wnioskiem do ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Adama Bodnara o objęcie nadzorem spraw zainicjowanych wniesieniem przez NIK zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, w których prokuratura odmawiała wszczęcia postępowania karnego lub takie postępowania karne umarzała. Jak podkreśliła Izba w komunikacie, prokuratura nadzorowana przez byłego Prokuratora Generalnego oraz Prokuratora Krajowego robiła w sposób sprzeczny z zebranym materiałem dowodowym.
Chodzi o postępowania między innymi w sprawie kontroli: wyborów kopertowych, Kancelarii Premiera, Ministerstwa Aktywów Państwowych, Ministerstwa Zdrowia, Orlenu, Energi, Elektrowni w Ostrołęce, Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, Telewizji Polskiej, Dyrekcji Generalnej Lasów Państwowych, Krajowego Instytutu Mediów, Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej i Funduszu Sprawiedliwości.