Według naszych estymacji TFR spadł w 2023 r. do 1,18 z 1.26 w 2022 r., a kontynuacja trendów z ostatnich dwóch lat oznaczałaby spadek TFR do 0,85 w 2030 r.
- wyliczają ekonomiści Biura Maklerskiego Pekao. O co chodzi? TFR to wskaźnik dzietności. Mówi, ile dzieci przeciętnie urodziłaby kobieta w ciągu całego swojego życia, gdyby statystyki dotyczące urodzeń były przez ten czas takie same. Słowem, prognozowany przez BM Pekao wskaźnik dzietności 1,18 za 2023 r. oznacza, że gdyby taki był przez cały czas, to przeciętna kobieta urodziłaby w swoim życiu 1,18 dzieci.
Matematyk Krzysztof Szczawiński szacuje z kolei nasz TFR w 2023 r. nawet na jeszcze mniej - 1,15.
Wskaźnik dzietności jest bardzo ważny, bo to de facto jeden z dwóch czynników wpływających na liczbę urodzeń. Drugim jest liczba kobiet w wieku rozrodczym. Z tym jednak niewiele da się zrobić - nie stworzymy nagle setek tysięcy np. 30-latek (ewentualnie możemy zachęcać, żeby do Polski imigrowały). Acz oczywiście dzisiejsze liczby urodzeń determinują to, ile kobiet w wieku rozrodczym będziemy mieć za 20, 30 albo 40 lat. To więc swego rodzaju napędzający się mechanizm - dzisiejsze spadki liczby urodzeń determinują w pewnym stopniu statystyki noworodków w kolejnych pokoleniach.
Przy coraz niższej liczbie kobiet w wieku rozrodczym tym, co mogłoby ewentualnie hamować spadek liczby urodzeń, jest wzrost wskaźnika dzietności. Z nim jednak jest w ostatnich latach wręcz odwrotnie - nie rośnie, lecz spada. Już 1,26 za 2022 r. to był jeden z najniższych rezultatów w tym wieku. Spadek poniżej 1,2 za 2023 r. to najgorszy wynik w historii.
Przyczyny spadku wskaźnika dzietności w ostatnich latach i to, że w dłuższej perspektywie nie potrafimy (acz nie tylko my, także duża część Europy czy Azji) pchnąć go w górę, eksperci tłumaczą na wiele różnych sposobów. Zapewne dla każdego inny zestaw czynników jest kluczowy. W palecie wyjaśnień są m.in. zmiany społeczno-kulturowe (duża "konkurencja" możliwych ścieżek życia, alternatywnych wobec rodziny), czynniki finansowo-mieszkaniowe (za małe mieszkanie lub za mało pieniędzy na "wygodne" życie z kolejnym dzieckiem) i problemy rynku pracy (np. mała elastyczność w łączeniu pracy zawodowej z życiem rodzinnym, większe poświęcenie - m.in. w zakresie "urlopów" dla rodziców czy zwolnień na dzieci - ze strony matek, dość częsta konieczność zmiany pracy po urodzeniu dziecka).
Część obserwatorów dodaje do tego obawy kobiet (i generalnie par) związane z zaostrzeniem prawa aborcyjnego, do niedawna trudny dostęp do taniej procedury in vitro oraz większą niepewność związaną z wojną w Ukrainie (a wcześniej pandemią).
Do tego dochodzi tzw. luka edukacyjna i "rozchodzenie się" świata kobiet i mężczyzn. Młode kobiety częściej niż mężczyźni wyjeżdżają do większych miast, m.in. na studia. Gdy jeszcze uwzględnić, że pary raczej tworzą się wśród osób o podobnym poziomie wykształcenia, mamy w Polsce - w uproszczeniu - kobiety z dyplomami w miastach i mniej wykształconych mężczyzn na prowincji.
Programy 'Rolnik szuka żony' i 'Chłopaki do wzięcia' nie wzięły się z powietrza. To jest odzwierciedlenie realnego problemu
- mówił kilka dni temu w "Porannej rozmowie Gazeta.pl" prof. Piotr Szukalski z Katedry Socjologii Struktur i Zmian Społecznych Uniwersytetu Łódzkiego.
"Rozchodzenie się" światów kobiet i mężczyzn widać dobrze w danych o bezdzietności kobiet. Odsetek pań w wieku 40 lat, które nie mają dziecka, zbliża się w Polsce do 30 proc. i szybko rośnie.
To główny powód naszego niskiego wskaźnika dzietności. U nas trzecich i kolejnych dzieci rodzi się nawet więcej niż w wielu innych krajach Europy, ale zdecydowanie mniej tych pierwszych i drugich
- mówił niedawno w rozmowie z Gazeta.pl Michał Kot, ówczesny dyrektor Instytutu Pokolenia.
Z opublikowanych w środę wstępnych szacunków GUS wynika, że w 2023 r. urodziło się w Polsce tylko 272 tys. dzieci. To nie tylko najmniej w historii, ale też mniej od nawet pesymistycznego wariantu zeszłorocznej prognozy demograficznej Głównego Urzędu Statystycznego.
Jednocześnie GUS poinformował, że zmarło w zeszłym roku w Polsce około 409 tys. osób. Różnica między liczbą zgonów i urodzeń daje ubytek ludności na poziomie 137 tys. osób. Z szacunków urzędu wynika, że rzeczywisty ubytek był delikatnie niższy - 131 tys. zł - ze względu na dodatnie saldo migracji zagranicznych. Liczbę ludności Polski w końcu 2023 r. GUS oszacował na ciut ponad 37,6 mln osób.
W kolejnych latach Polska będzie się dalej wyludniać. Analitycy BM Pekao wyliczyli, że gdyby hipotetycznie nasz TFR spadł w 2030 roku do 0,85, to ludność Polski zmalałaby do 35,8 mln osób. Bardziej optymistycznie wygląda prognoza demograficzna GUS. W jej głównym wariancie ludność Polski ma sięgać nieco ponad 37 mln osób, w scenariuszu niskim około 36,2 mln. Którą ścieżką "pójdziemy" - to się okaże. Z jednej strony dane o urodzeniach w 2023 r. były dużo gorsze nawet od pesymistycznego scenariusza. Z drugiej - statystyki o zgonach nawet lekko lepsze od optymistycznego wariantu.
O ludności Polski w kolejnych latach i dziesięcioleciach decydować będą nie tylko dzietność i długość trwania życia, ale też saldo migracji. De facto jednak w każdym z trzech wskazywanych przez GUS wariantach - wysokim, średnim i niskim - Polska będzie się wyludniać, kolejno do 34,8 mln, 30,9 mln i 26,7 mln mieszkańców w 2060 r.
***
Zapraszamy do wysłuchania rozmów ze "Studia Biznes" Gazeta.pl w dużych serwisach streamingowych, np. tu: