Jarosław Kaczyński grzmi ws. euro w Polsce. Ekspert sprowadza prezesa PiS na ziemię

Jarosław Kaczyński twierdzi, że Polsce zagraża nie tylko wprowadzenie Zielonego Ładu, ale także europejskiej waluty. Jego zdaniem euro w naszym kraju to przede wszystkim wzrost cen i drożyzna. Ekspert wymienia twarde argumenty.
Jarosław Kaczyński
Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl

Jarosław Kaczyński podczas spotkania w Leżajsku przekonywał, że euro służy "tylko Niemcom" oraz "może też Holandii". Jego zdaniem wspólna waluta to również "ograniczenie zdrowej konkurencji w Europie". Prezes PiS mówił to nie z własnego doświadczenia, bo jak podkreślał "niewiele czasu" spędził na Zachodzie, ale zna osoby, "które tam mieszkały dziesięciolecia". 

Zobacz wideo Jakie są ceny w Chorwacji po przyjęciu euro?

Dodał, że w Niemczech przed przejściem na wspólną europejską walutę 1 euro kosztowało 2 marki. - I po wprowadzeniu euro to, co kosztowało jedną markę, nagle zaczęło kosztować jedno euro. We Francji było jeszcze gorzej. I bardzo szybko do tego dochodziło. Przy okazji mieliśmy do czynienia z osłabieniem stopy życiowej i siły nabywczej pieniądza. Uderzono w możliwości rozwoju gospodarczego - wyliczał prezes PiS. Czy jednak na pewno przyjęcie euro oznacza wzrost cen?

Ekspert: Nie obserwowaliśmy zjawiska gwałtownej podwyżki cen

- W żadnym kraju, który wchodził do strefy euro, nie obserwowaliśmy zjawiska gwałtownej podwyżki cen - mówi tymczasem w rozmowie z money.pl Marek Tatała, wiceprezes Fundacji Wolności Gospodarczej (FOR). Dodaje, że próby łączenia wprowadzenia euro ze wzrostem inflacji i cen oparte są w dużej mierze na anegdotach i wskazywaniu pojedynczych, losowo wybranych produktów. - Oficjalne, przekrojowe dane z państw, które wprowadziły euro, jasno dowodzą, że zmiana waluty na euro nie powoduje wzrostu cen - podkreśla ekspert.

Pierwszych 12 państw przyjęło euro w formie gotówkowej w 2002 r. Według Eurostatu odnotowano wtedy wzrost cen o 0,5 punktu procentowego, potem jednak inflacja spadła do tej z poziomu 2001 r. - 2,3 proc. Podobnie wyglądało to w stosunku do krajów, które przyjmowały euro w kolejnych latach. "Wzrost cen, jeśli w ogóle wystąpił, miał charakter przejściowy i dotyczył od jednego do maksymalnie kilku pierwszych miesięcy po wprowadzeniu wspólnej waluty (tak było na Cyprze i Malcie oraz w Estonii)" - podaje FOR i dodaje, że poziom inflacji po wprowadzeniu wspólnej waluty "od razu zaczynał spadać", albo w ogóle się nie zmieniał. 

Mity ws. euro dotyczą pojedynczych produktów

Eksperci FOR podkreślają, że mity dotyczące wprowadzenia euro dotyczą cen pojedynczych produktów. "We Włoszech dotyczyło to zaokrąglenia ceny cappuccino, we Francji - bagietki. Przykłady te działały na wyobraźnię, ale nie miały istotnego udziału w sumie wydatków przeciętnego mieszkańca tych krajów. Psychologowie nazwali to zjawisko efektem cappuccino" - czytamy. Marek Tatała dodaje, że słowa o tym, że na euro zyskują tylko Niemcy, czy też Holandia, to nieprawda. Podobnie jak twierdzenia, że późniejsze przyjęcie euro przez kraje południa Europy pogorszyło ich konkurencyjność. "Waluty krajów południa Europy uległy wyraźnemu osłabieniu (deprecjacji) względem marki niemieckiej, co oznacza, że to kraje południowe weszły do strefy euro z konkurencyjnymi kursami swoich walut" - twierdzi FOR.

Eksperci twierdzą co prawda, że Niemcy oczywiście korzystają na wspólnej walucie, ale to nie euro odpowiada za ich sukcesy w eksporcie, lecz "wysoka konkurencyjność niemieckiego przemysłu" oraz "rozsądna polityka oszczędności w gospodarce". - Polska, chociaż bez konkretnej daty, zobowiązała się do wejścia do strefy euro. Oznacza to, że wszystkie kolejne rządy powinny mieć taki cel, łącznie z rządem premiera Morawieckiego - podkreśla prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club.

Więcej o: