100 dni rządu Tuska. "Korzyści w dużym stopniu trafią do osób o wysokich dochodach"

Mikołaj Fidziński
Mija 100 dni od zaprzysiężenia rządu Donalda Tuska. Z całą pewnością był to intensywny czas, ale czy za tą intensywnością w kwestiach gospodarczych poszło coś więcej?
0Rada Krajowa Platformy Obywatelskiej w Warszawie
Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl

Jeśli ktoś bał się - a sądząc po retoryce dzisiejszej opozycji takie obawy były - że w zasadzie na drugi dzień po objęciu stanowiska premiera Donald Tusk zlikwiduje 800 plus, zaorze trzynastki i czternastki dla emerytów, a następnie wysadzi w powietrze Krajową Administrację Skarbową i będzie wysyłał imienne zaproszenia dla przestępców vatowskich do panoszenia się w Polsce - może odetchnąć z ulgą.  Gospodarka jakoś zipie (a wręcz jest w niej coraz lepiej, ale tak było prognozowane, niezależnie kto byłby u władzy), walutą Polski nadal jest złoty a nie euro, a bezrobocie pozostaje w ryzach.

Zobacz wideo Marek Zuber: Rok 2024 będzie rokiem zwiększonego kupowania, ale i wyższych zarobków

Pensje w górę, VAT na żywność i rachunki też

Z drugiej strony, z tym "nic co dane nie zostanie zabrane" pewnie można po ponad trzech miesiącach nowego rządu dywagować. Nie oceniając czy to dobrze czy źle, "zabrane" zostały w tym czasie wakacje kredytowe. Rząd planuje "oddać" je od 1 maja, ale już tylko niektórym, za to w pakiecie z rozszerzonym Funduszem Wsparcia Kredytobiorców. Od 1 kwietnia zniknie też stawka VAT 0 proc. na żywność (powróci do poziomu 5 proc.), co może podbić ceny w sklepach albo przynajmniej spowolnić tempo ich obniżek. Już wiadomo też, że od 1 lipca zniknie mrożenie cen energii, gazu i ciepła (choć jednym z konkretów KO było zamrożenie cen gazu na cały 2024 r.). Te pójdą więc zapewne w górę, choć Ministerstwo Klimatu i Środowiska (które pracuje nad zmianami) zapewnia, że nie będzie to drastyczny skok. Szczegółów zmian od połowy roku na razie nie ma, choć bardzo prawdopodobne jest m.in. wezwanie dostawców tych mediów przez Urząd Regulacji Energetyki do obniżenia taryf (zbliżenia ich do obecnych realiów na giełdzie energii - ceny gazu i energii mocno spadły). Prezes URE Rafał Gawin mówił nawet niedawno, że z nowymi taryfami od lipca "będziemy dużo bliżej do taryf zamrożonych". 

Nieco na marginesie - bo trudno powiedzieć, żeby była to "wina" rządu - można przypuszczać, że gdyby nie zmiana władzy, kredytobiorcy złotowi płaciliby dziś ciut niższe raty. Nie istotnie, ale być może bylibyśmy dziś np. o 25 punktów bazowych niżej niż w obecnie. Część ekonomistów przekonuje, że po wyborach u większości członków Rady Polityki Pieniężnej zmieniła się "funkcja reakcji" - stracili chęć do wspierania rządu poprzez łagodzenie polityki pieniężnej. 

Podwyżki dla nauczycieli i budżetówki to zresztą te z zapowiedzi przedwyborczych, które zostały dopisane w tworzonym w ekspresowym tempie budżecie na 2024 r. i których wypłaty już zostały zrealizowane lub właśnie trwają. Jeśli chodzi o reformy, które mają zwiększyć poziom dochodów do dyspozycji części gospodarstw domowych, to jest z tym różnie. Rozsądnie z uwagi koszty (w okolicy 50 mld zł) dla kasy państwa i samorządów wygląda porzucenie zapewne przynajmniej na dwa lata obietnicy podniesienia kwoty wolnej od podatku PIT z 30 do 60 tys. zł. Choć też nierozsądnie było w ogóle obiecywać taką reformę na pierwszych sto dni rządu. 

Ministerstwa pracują natomiast nad innymi zapowiedzianymi rozwiązaniami podatkowo-składkowymi. Zapewne już wkrótce światło dzienne ujrzy projekt zmian w podatku Belki. Ma on polegać na wprowadzeniu kwoty wolnej dla podatku od zysków m.in. z lokat na ponad rok oraz inwestycji na giełdzie, w obligacje i jednostki funduszy. Zgodnie z ostatnimi informacjami, ta kwota wolna miałaby zależeć od poziomu stóp i w obecnych warunkach wynosić około 5250 zł.

Na odsiecz jednoosobowym działalnościom

Do tego dochodzą zapowiadane udogodnienia dla osób samozatrudnionych. Rada Ministrów we wtorek przyjęła projekt ustawy wprowadzające miesięczne "wakacje od składek ZUS". Chodzi o około 1600 zł składek społecznych które raz w roku za przedsiębiorcę zapłaciłby budżet państwa (ta konkretna kwota dotyczy tego roku). 

W czwartek 21 marca poznaliśmy też szczegóły planowanej reformy składki zdrowotnej od początku 2025 r. Jest daleko idąca - zakłada obniżenie składki dla 93 proc. przedsiębiorców. Zgodnie z wyliczeniami Ministerstwa Finansów, straci wyłącznie część osób na ryczałcie (przy przychodach rzędu około 800 tys. zł rocznie i więcej), choć być może fakt ten zmotywuje je do zmiany formy opodatkowania. Nie wnikając we wszystkie szczegóły reformy dla każdej formy opodatkowania, m.in. przy najpopularniejszej wśród przedsiębiorców skali podatkowej składka będzie ryczałtowa na poziomie 6,75 proc. płacy minimalnej. W obecnych warunkach byłoby to około 286 zł miesięcznie (w 2025 r. zapewne około 305-310 zł). Dziś składka zdrowotna zależy od poziomu dochodów (i wymaga comiesięcznego wyliczania podstawy naliczenia składki). Jak wyliczał minister finansów Andrzej Domański, np. przy dochodzie 10 tys. zł jest dziś o około 590 zł wyższa. Koszty budżetowe reformy, jak ujmował Domański, "opresyjnego systemu podatkowo-składkowego", został wyliczone na 4-5 mld zł. Jeśli reforma wejdzie w życie, osoby na działalności będą płacić - niezależnie od osiąganych dochodów - mniej na publiczny system ochrony zdrowia niż pracownicy na płacy minimalnej.

Z jednej strony, buńczuczne zapowiedzi części polityków były takie, że należy wrócić do reguł sprzed 2022 r. i reformy Polski Ład. To jest wykluczone, bo tamta reforma była "sprzężona" m.in. z obniżką stawki PIT, podniesieniem kwoty wolnej od podatku i podwyżką drugiego progu podatkowego (przy rozliczeniu na zasadach ogólnych), a więc - jeśli już - to potrzebna byłaby kompleksowa, a nie punktowa reforma. Taka punktowa w skrajnym scenariuszu kosztowałaby finanse publiczne nawet 90 mld zł. Z drugiej strony, tamta reforma dostosowała (i tak nie w pełni) reguły naliczania składki zdrowotnej od przedsiębiorców i pracowników najemnych. Wcześniej ci pierwsi płacili śmiesznie niską stawkę ryczałtową, dziś jest ona już zbliżona do tej np. na etacie. Zapowiedziana w czwartek reforma na powrót rozewrze dziurę między obciążeniem składką na NFZ osób samozatrudnionych i innych. Efektem zwiększenia preferencji dla tej formy zatrudnienia może okazać zwiększenie jej popularności. Tymczasem przedsiębiorców (w tym "fikcyjnych" wystawiających 1-2 faktury miesięcznie) mamy już niemal najwięcej w UE, blisko 20 proc. wszystkich pracujących.

Obietnice wyborcze i interesy elektoratu KO swoją drogą, ale prawda jest też taka, że generalnie osoby samozatrudnione należą do tych osiągających najwyższe dochody. Powszechne wsparcie przedsiębiorców (a nie punktowe kierowane np. do tych, którzy mogą mieć problemy z płynnością) może doprowadzić do wzrostu nierówności dochodowych. Ostrzega przed tym m.in. dr Jakub Sawulski, główny ekonomista Instrat, adiunkt w SGH. Zwraca uwagę, że uszczuplanie budżetu państwa hojnymi gestami wobec osób o najwyższych dochodach będzie ograniczać przestrzeń dla innych wydatków. A te są wszakże gigantyczne i o niebo pilniejsze - oczywiście z obronnością na czele.

W "wątku" przedsiębiorców należy dodać także obniżkę VAT na usługi kosmetyczne z 23 do 8 proc., który ma wejść w życie od 1 kwietnia. Co ciekawe, część ekspertów podatkowych jest zdania, że to obniżka wbrew przepisom unijnym. Ważne jednak, że ewentualna niezgodność stawki VAT 8 proc. dla branży beauty z unijną dyrektywą nie oznaczałaby dla kosmetyczek ryzyka zwrotu różnicy w podatku między tą stawką a wyższą. Konsekwencje uderzyłyby "wyłącznie" w rząd, w postaci kary od Komisji Europejskiej. Z drugiej strony i na marginesie - może należy docenić, że przynajmniej jedną obietnicą związaną z VAT rząd się zajął, bo konkret Koalicji Obywatelskiej dotyczący wprowadzenia stawki 0 proc. VAT na transport publiczny na razie się jednak nie skonkretyzował.

W drugim kwartale tego roku rząd planuje przyjąć także przepisy o tzw. kasowym PIT. To rozwiązanie da możliwość uiszczeniu podatku PIT nie po wystawieniu faktury, ale dopiero po otrzymaniu płatności z jej tytułu. W ten sposób ma wspierać firmy dotknięte zatorami płatniczymi. Zgodnie z deklaracjami premiera Tuska, od 2025 r. rząd ulży firmom także w ten sposób, że ZUS przejmie obowiązek wypłaty zasiłku chorobowego już od pierwszego dnia nieobecności pracownika (a nie dopiero po 33 dniach). 

Żeby nie było, że rząd zajmuje się tylko przedsiębiorcami. Na ukończeniu ma już być projekt "babciowego". W Sejmie trwają też prace nad rentą wdowią, a ministerka do spraw polityki senioralnej zapowiedziała już bon senioralny na kwotę do 2150 zł. Ponadto gdzieś w czeluściach Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wykuwa się też projekty podwyżki zasiłku pogrzebowego oraz drugiej waloryzacji emerytur i rent (we wrześniu, a nie tylko w marcu jak obecnie). Gwoli ścisłości, to drugie rozwiązanie nie oznaczałoby dwa razy wyższej waloryzacji, ale szybciej wyrównywało straty inflacyjne. Co kluczowe, według zapowiedzi rozwiązanie miałoby się "aktywować" we wrześniu przy średniej inflacji ponad 5 proc. w pierwszej połowie roku. Tyle że taka się w tym roku zdecydowanie nie szykuje (przy złych wiatrach być może w 2025 r.). 

Wielkie pieniądze dobrze rozgrywane

Jeśli już mowa o wielkich pieniądzach, to warto wspomnieć dwie kwestie. Pierwsza to finanse publiczne. Sytuacja w nich jest oczywiście daleka od beztroskiej - i byłaby niezależnie kto by rządził - ale dajemy radę. Bardzo źle się zestarzał sierpniowy tweet Andrzeja Domańskiego, dziś ministra finansów, który planowany deficyt 165 mld zł i potrzeby pożyczkowe netto 225 mld zł w projekcie budżetu autorstwa PiS nazywał "PiS-em w pigułce". "Przeproście i spadajcie" - nawoływał. PiS nie przeprosiło, ale władzę oddało, a Domański deficyt na 2024 r. powiększył do 184 mld zł, zaś potrzeby pożyczkowe netto do około 250 mld zł. Inna sprawa, że czasu na wywrócenie budżetu do góry nogami nie było. 

Niemniej sytuacja geopolityczna jednak jest jaka jest, musimy zbroić się po zęby, i z tego punktu widzenia dobrze, że minister finansów skupia się przede wszystkim na tym, żeby skądś te pieniądze zdobyć. Idzie mu to dobrze - mamy już pokryte ponad 50 proc. potrzeb pożyczkowych na ten rok, a inwestorzy nas lubią i nie mamy problemu z plasowaniem długu. Wśród czynników, które poprawiają obraz Polski w oczach zagranicznych inwestorów, jest także efekt ocieplenia stosunków z Brukselą po wyborach i brak zagrożenia dla napływu środków unijnych.

Drugie wielkie pieniądze to właśnie te z UE. Niewątpliwym sukcesem rządu jest odblokowanie KPO oraz funduszy unijnych na lata 2021-2027. Łącznie chodzi o około 137 mld euro w ramach Krajowego Planu Odbudowy (25 mld euro dotacji i 35 mld euro preferencyjnych pożyczek) oraz funduszy spójności (ponad 76 mld euro). Już w kwietniu ma trafić do Polski pierwsza transza środków z KPO: 2,7 mld euro dotacji i 3,6 mld euro pożyczek. Środki oczywiście wesprą kluczowe inwestycje dla Polski, odciążą nieco budżet centralny i podbiją nasz wzrost gospodarczy (według prognozy Polskiego Instytutu Ekonomicznego o 0,2 pp. w 2024 r. i aż 1,2 pp. w 2025 r.). 

"Posprzątać po PiS-ie"

Odblokowanie KPO było pewnie kluczowym elementem gospodarczego "sprzątania po PiS-ie", acz takich porównań do porządkowania pewnie można stworzyć więcej. Ot, choćby miotła kadrowa, która sukcesywnie "wymiata" bardziej lub mniej związanych z poprzednią władzą. U części z tych osób na zwolnieniu się nie skończy: prokuratura bada już m.in. działania Orlenu pod wodzą Daniela Obajtka: fuzję z Lotosem i przedwyborcze obniżki cen paliw (wbrew trendom cenowym na rynku europejskim i być może z naruszeniem kluczowych rezerw). Inna sprawa, że miotła kadrowa bywa też nieokiełznana: nawet wśród osób, które trudno posądzić o sympatię do PiS, dziwiła np. likwidacja Instytutu Pokolenia albo część decyzji personalnych w Ministerstwie Finansów.

To "sprzątanie" po poprzednikach obejmuje też postawienie pod znakiem zapytania części inwestycji, z Centralnym Portem Komunikacyjnym na czele. Bastion PiS-u ekipa Tuska widzi także w Narodowym Banku Polskim, a jego prezesa Adama Glapińskiego - zgodnie z przedwyborczymi zapowiedziami - nadal planuje postawić przed Trybunałem Stanu. Pierwszym krokiem jest wniosek w tej sprawie do sejmowej komisji odpowiedzialności konstytucyjnej, w którym zawarto osiem zarzutów. To wyłącznie opinia autora tego tekstu, ale obok wątków wartych zbadania (np. zaangażowanie polityczne Glapińskiego) są totalnie irracjonalne, a wręcz niebezpieczne. To np. zarzut dotyczący skupu obligacji z rynku wtórnego przez NBP w czasie pandemii. Irracjonalny, bo powiązanie tych operacji z zakazem zapisywania w ustawie budżetowej pokrywania deficytu budżetowego przez zaciąganie zobowiązań w NBP (a dokładnie tego zabrania Konstytucja) wymagało doprawdy finezyjnego szpagatu intelektualnego. Niebezpieczny, bo takie zarzuty mogą paraliżować bank centralny w przyszłości przed podejmowaniem podobnych działań ratujących gospodarkę. 

"Sprzątanie po PiS" obejmuje też prace nad "białą księgą finansów publicznych". Jak donosił portal money.pl, dokument jest już niemal gotowy. Serwis pisze, że "audyt ma według władzy stać się także nowym politycznym katalizatorem do dyskusji nad tym, na co nas stać jako kraj w tym roku, (...) będzie podkładką i argumentem, iż PiS tak zaciemniło obraz kasy państwa, że w dobie wyzwań związanych z obronnością wiele kosztownych propozycji powinno się odłożyć na półkę".

Sprzątanie objęło też m.in. niedosypanie środków do programu Bezpieczny Kredyt 2 procent, co spowodowało jego śmierć. Jeszcze w tym roku wystartować ma inny program dopłat do kredytów: Mieszkanie na Start. Ministerstwo Rozwoju i Technologii pracuje też nad programami wsparcia podaży mieszkań. Obietnica 600 zł dopłaty na wynajem mieszkania dla młodych na razie gdzieś się ukryła.

***

Zapraszamy do wysłuchania rozmów ze "Studia Biznes" Gazeta.pl w dużych serwisach streamingowych, np. tu:

Mikołaj Fidziński
Więcej o: