Za rozsiewaniem teorii spiskowych ws. księżniczki Kate stoją Rosja, Iran i Chiny - mówią przedstawiciele brytyjskiego rządu dziennikowi "Daily Telegraph". Niepewność, zakłócanie równowagi, mnożenie znaków zapytania - to narzędzia, które według wielu ekspertów od dawna znajdują się w arsenale Moskwy. "Destabilizacja jest sposobem działania wrogich państw" - mówi gazecie anonimowy rozmówca z brytyjskiego rządu.
Po wielu dniach teorii spiskowych i plotek księżna Kate opublikowała 22 marca nagranie, na którym poinformowała, że ma raka i przechodzi chemioterapię. - Drugi raz zamieniono ją w ofiarę, winiąc za to, że nie występuje publicznie od razu - mówił BBC Imran Ahmed, szef Centrum Walki z Cyfrową nienawiścią. - Przestrzegam media: nie relacjonujcie takich rzeczy, pisząc, że o czymś się powszechnie mówi. Media społecznościowe to nie głos ludu. To nie jest bezpieczne źródło informacji - dodał.
Z dworu królewskiego płyną głosy, że dobrze byłoby zmusić właścicieli mediów społecznościowych do bardziej rygorystycznego kontrolowania publikowanych przez użytkowników treści. W Królestwie działa od paru miesięcy specjalny rządowy zespół o nazwie "Obronić Demokrację". Jego cel to ograniczenie szerzenia przez wrogie państwa fake newsów.
Fala teorii spiskowych i plotek zalała internet, a potem przedostała się też do niektórych mediów, szczególnie amerykańskich. W przypadku brytyjskich mediów natężenie podobnych publikacji było mniejsze. Nawet tabloidy wyciągnęły wnioski ze śmierci matki następcy tronu, Diany.
Stephen Colbert, znany amerykański komik przygotował na przykład specjalny skecz, w którym rozprzestrzeniał plotki na temat życia osobistego Kate. "Mam nadzieję, że wszyscy czujecie się teraz okropnie" - napisała w głośnym eseju dla magazynu "Atlantic" brytyjska dziennikarka Helen Lewis. Stawia diagnozę, że historia Kate pokazuje siłę mediów społecznościowych, a internauci - a za nimi część mediów - zmusili chorą kobietę, by się przed nimi tłumaczyła.