Niemcy w recesji. I to wcale nie koniec problemów. "Jedna rzecz jest zaskakująca"

Maria Mazurek
- Mam wrażenie, że Niemcy mają zaburzoną percepcję ryzyk, bo moim zdaniem Chiny są dużo, dużo większym zagrożeniem niż Donald Trump - mówi Konrad Popławski, analityk Ośrodka Studiów Wschodnich. Co dzieje się w największej gospodarce Europy?
Kanclerz Niemiec Olaf Scholz w fabryce Opla, zdjęcie z czerwca 2024 r.
Fot. REUTERS/Ilona Wissenbach

Maria Mazurek, Next.gazeta.pl: Tego, że PKB Niemiec spadnie, wszyscy się spodziewali. I rząd, i Bundesbank, i ekonomiści. I mamy spadek - największa gospodarka Europy zakończyła 2024 rok 0,2 proc. na minusie. Ta niemiecka recesja to zatem nie jest zaskoczenie?

Konrad Popławski, analityk OSW: Nie jest, choć w odniesieniu do tych danych jedna rzecz jest zaskakująca. Niemcy wiedząc, że szykuje się czarny scenariusz, nic nie zrobili, by temu przeciwdziałać. A przecież już wcześniej tkwili rok w recesji.

Zobacz wideo Niemcy są już trzeci rok w kryzysie gospodarczym

Z czego wynikał ten brak działania czy może niemoc?

Głównie z braku możliwości porozumienia się w rządzącej koalicji, wzajemnego zniechęcenia koalicjantów, braku nowych pomysłów. Uruchomiło się też niemieckie czarnowidztwo i pokłady pesymizmu. Zarówno firmy, jak i konsumenci nie inwestują i nie wydają pieniędzy, bo coraz bardziej boją się o przyszłość.

Te obawy wynikają z sytuacji wewnętrznej - gospodarczej i politycznej czy z przyczyn zewnętrznych?

Z obu tych powodów. Na pewno wybór Donalda Trumpa nie pomógł, a Niemcy łudzili się do ostatniego momentu, że to nie będzie on. To było zresztą dziwne, bo cały świat szykował się na wygraną byłego prezydenta, a Niemcy jako jedyni przewidywali, że wygra jego kontrkandydatka, więc trochę zaklinali rzeczywistość. Wewnętrznie jest poczucie, że kraj ma problemy strukturalne, na przykład ze zwiększaniem wydatków budżetowych, co by mogło trochę nakręcić koniunkturę. Niewiele się dzieje, bo koalicja nie może się dogadać. W dodatku pojawili się nowi, poważni, radykalni gracze - ruch Sahry Wagenknecht i bardzo silna AFD, którzy utrudniają zawieranie pewnych konsensusów, gdyż wymuszają na partiach mocniejsze profilowanie się.

Według Bundesbanku, w tym roku jeśli Niemcy zanotują wzrost PKB, to będzie on bardzo mały. Na tyle, że jest ryzyko powtórzenia recesji. 

Jest tak naprawdę jeszcze gorzej. Bo jeśli spojrzeć z szerokiej perspektywy i oczyścić wzrost gospodarczy z czynników inflacyjnych, to w ciągu ostatnich pięciu lat PKB Niemiec wzrósł o zaledwie 0,1 proc.

Czyli totalna stagnacja.

Tak, i takiej serii nie było od bardzo dawna, może od lat 90. ubiegłego wieku. Natomiast dwie recesje z rzędu ostatnio wystąpiły w latach 2002-2003. Czyli z takimi wyzwaniami Niemcy mierzyli się poprzednio ponad dwie dekady temu, kiedy Polski nie było jeszcze w UE. Przy czym te problemy nie miały wtedy aż tak strukturalnego charakteru, wtedy Niemcy mieli różne konkurencyjne produkty do zaoferowania światu. Teraz te produkty czasem są już przestarzałe, a często zbyt drogie w stosunku do jakości. W usługach jest bardzo źle i nie ma pomysłów, jak ożywić ten sektor. Trudno na razie znaleźć pozytywy, od których można by się odbić.

Jakie są najważniejsze, najbardziej palące wyzwania dla niemieckiej gospodarki?

Po pierwsze, wielkim sukcesem będzie, jeśli da się stworzyć w miarę spójną koalicję rządzącą. Być może będzie to wielka koalicja, czyli między Unią Chrześcijańsko-Demokratycznej i Unią Chrześcijańsko-Społeczną (CDU/CSU) a Socjaldemokratyczną Partią Niemiec. Scena polityczna jest teraz mocno rozregulowana. Dobrze byłoby, by tworzenie rządu nie ciągnęło się rok, tylko żeby Niemcy miały w miarę trwały rząd już jesienią.

To przecież i tak będzie ponad pół roku od wyborów. 

A jak na Niemcy to nie będzie wcale źle. Procedury tworzenia umowy koalicyjnej są tam dość trudne, proces jest zbiurokratyzowany. Tym razem będzie to wyjątkowo trudne, bo prawdopodobnie te partie, które nie mają ochoty wejść do koalicji, dostaną też sporo głosów. Nie będzie zatem luksusu wyboru opcji, zostaną dwie albo nawet tylko jedna. 

Polityka to jedno wyzwanie, a jakieś inne?

Drugim jest obalenie hamulca budżetowego. Niemcy mieli wielki kompleks zadłużania, tego, że długiem obciążają przyszłe generacje. Przestali więc to robić, ale kosztem inwestycji w infrastrukturę. To jest fatalne rozwiązanie, nie służące ani Niemcom, ani ich sąsiadom. Tymczasem oni byli z niego wręcz dumni, ale po latach widać, jak przez to stają się coraz mniej konkurencyjni, a korzyści nie widać.

Jest szansa, żeby tę niechęć do zadłużania się porzucić?

Widać pewne sygnały ze strony chadeków, SPD myślę w ogóle nie miałaby z tym większego problemu. Natomiast nie ma co ukrywać, że jeżeli będzie silne oczekiwanie od Niemiec, by znacząco zwiększały wydatki na obronność, to i tam nie ma w zasadzie innej opcji niż emisja długu skarbowego. 

W niemiecką gospodarkę mocniej uderzać będzie teraz to, co wydarzy się w Stanach Zjednoczonych czy w Chinach? Co jest większym zagrożeniem?

Mam wrażenie, że Niemcy mają zaburzoną percepcję ryzyk, bo moim zdaniem Chiny są dużo, dużo większym zagrożeniem niż Donald Trump, podgryzają Niemcy gospodarczo w kolejnych dziedzinach. Tymczasem Niemcy mają wręcz pewną obsesję na punkcie Trumpa, mimo że z wyliczeń ekonomistów wynikało, że jeśli USA nałożyłyby na dobra unijne 5-procentowe cła, to uderzyłoby to w 1 proc. niemieckiego eksportu. Oczywiście, lepiej mieć ten 1 proc. więcej, ale nie jest to coś, co zabije gospodarkę.

Co ten nowy rząd może zmienić, czy jakiś zwrot w którejś polityk jest oczekiwany?

Najciekawsze jest to, czy może zaoferować jakieś nowe rozwiązania dla ograniczenia biurokracji. Lider opozycji Friedrich Merz kiedyś zasłynął z tego, że miał pomysł na uproszczenie niemieckiego systemu podatkowego. Swoja reformę potrafił narysować na podstawce do piwa, małym kartoniku - tak proste miało być to rozwiązanie. Wydaje mi się, że to myślenie u niego pozostało, zwłaszcza, że potem pracował przez lata w amerykańskiej korporacji, w funduszach BlackRock. Widzi, że siła Ameryki wynika z mniejszej biurokracji i że tu kryje się pole do uwolnienia innowacyjności.

Biurokracja jest w Niemczech aż takim problemem, większym niż w innych europejskich krajach, w tym w Polsce?

Zdecydowanie tak. To jeden z największych problemów jeśli chodzi o funkcjonowanie państwa niemieckiego, obok braku rąk do pracy i specjalistów. Często model wygląda tak, że, załóżmy, resort finansów wysyła pieniądze na jakiś projekt, na przykład na modernizację szkół albo autostrad. Środki trafiają do landów, a landy na koniec roku je odsyłają, mówiąc, że nie potrafią takich projektów zrealizować. To też pokazuje, jak dużą drogę my w Polsce przeszliśmy, bo takiego problemu nie mamy.

Czy ten rok jest już stracony jeśli chodzi o naprawianie gospodarki, skoro dużą jego część zajmą negocjacje koalicyjne po wyborach i na wdrażanie zmian nie wystarczy już po prostu czasu?

Wydaje mi się, że ten rok może być stracony, bo skala wyzwań jest tak duża, że trzeba by szarpnąć cuglami. Konieczna może okazać się też rezygnacja z pomysłów, które są tak naprawdę fikcją, bo nie działają. Tak jest na przykład z polityką energetyczną, opartą na Energiewende [niem. przełom energetyczny - red.], która zupełnie nie zdaje egzaminu. Jest wręcz coraz gorzej, ryzyko blackoutu rośnie z roku na rok - a Niemcy nic z tym nie robią.

Maria Mazurek
Więcej o: