Po informacji o cłach nałożonych na Kanadę, Meksyk i Chiny oraz groźbach takich taryf wobec Unii Europejskiej złoty mocno obrywa, a na giełdzie zrobiło się czerwono. Dolar amerykański był wyceniany na ponad 4,12 zł. "Złoty w relacji z dolarem jest trzecią najsłabszą walutą na świecie" - podaje DM BOŚ i podkreśla, że "reakcja rynków na doniesienia o cłach jest dość nerwowa.
"Do krachu doszło na kryptowalutach, co pokazuje, jak zlewarowany był ten rynek, a tamtejsi inwestorzy poczuli się de facto oszukani przez Trumpa, który składał wiele obietnic w kampanii wyborczej" - dodają analitycy. Ich zdaniem cła Trumpa podbijają notowania dolara, "gdyż rynek będzie obawiać się wzrostu inflacji w USA i tym samym tego, że FED będzie bardzo długo czekał z kolejną obniżką stóp, a nawet... być może pojawią się plotki o podwyżce" - czytamy w analizie DM BOŚ.
Z całą pewnością nie można mówić o panice, mamy ruchy relatywnie niewielkie, natomiast nastrój jest jednoznaczny i tutaj nie ma co dyskutować. Jeśli chodzi o złotego, to ten spadek oczywiście jest, ale nie jest on też jakoś bardzo znaczący. Widać wyraźnie pesymizm, ale póki co nie ma żadnego załamania rynków. Zobaczymy, co będzie w kolejnych dniach
- mówi z kolei w rozmowie z Next.gazeta.pl Marek Zuber z Akademii WSB. W dół poszły giełdowe indeksy. Japoński Nikkei stracił 2,69 proc., a południowokoreański KOSPI 2,52 proc. W Europie również fala czerwieni. Niemiecki DAX spadał przed 10:00 o ponad 1,5 proc., podobnie jak francuski CAC40. W Warszawie WIG20 tracił 1,9 proc.
Marek Zuber uważa, że póki co po decyzji Trumpa o nałożeniu ceł na Kanadę, Meksyk i Chiny, "możemy pewnie zobaczyć w Polsce wzrost cen benzyny czy oleju napędowego". - Natomiast innych rynków to nie dotknie, może w jakimś niewielkim stopniu - dodaje.
Ekonomista podkreśla, że co prawda "kraje Zachodu mają swoje problemy, nie zawsze zgadzają się co do kierunków polityki, ale jednak stanowią one pewien blok wolnego świata, który przez dziesiątki lat zmierzał w jasnym kierunku, czyli zacieśniania relacji". Jego zdaniem, "kiedy zaczyna się wojna handlowa w bloku współpracujących dotąd ze sobą krajów", sytuacja wygląda źle.
- Z jednej strony trudno dziwić się Trumpowi, bo ten deficyt handlowy USA z wieloma krajami jest bardzo duży. Po drugie, oni sprzedają u nas, ale my też sprzedajemy u nich i ta różnica to jest 50 mld dolarów. Tu trochę można Trumpa zrozumieć w kwestii próby zmienienia tego, ale jest też inna strona medalu. To jest taka trochę dyskusja z końca XIX w., kiedy na skutek rewolucji przemysłowej, szczególnie te kraje bogate zachwyciły się otwartością gospodarek i teorią efektywnego wykorzystania zasobów, czyli niech każdy produkuje to, w czym się najlepiej specjalizuje i jest najbardziej efektywny - mówi ekspert.
Według niego tak było do momentu, kiedy się nie okazało, że "ktoś jest od nas lepszy". - I tak się trochę zachowuje Trump - ocenia Marek Zuber.
To znaczy: wolny rynek? Jak najbardziej. Liberalizm? Jak najbardziej, ale do momentu, kiedy to amerykańskie przedsiębiorstwa sprzedają wszędzie na świecie. Natomiast, jak ktoś inny jest lepszy, to zaczynają się problemy
- dodaje ekonomista. - Czy można mieć pretensje do niemieckich wytwórców samochodów premium, że Amerykanie wolą kupować ich samochody zamiast lincolna czy cadillaca? I świat to trochę odczuwa: jeśli taka polityka miała być kontynuowana, no to coś się skończyło - uważa ekspert Akademii WSB.
Zdaniem Marka Zubera, jeśli doszłoby do nałożenia ceł na UE, "to już to odczujemy". - Będziemy mieli drożej. Nie wyobrażam sobie, żeby Unia Europejska nie zadziałała w drugą stronę, pytanie tylko w jakim obszarze. Jeśli UE podniesie np. cła na gaz, to sami sobie strzelimy w stopę. Co prawda możemy kupować go w innych miejscach, ale takie cła doprowadziłyby generalnie do wzrostu cen. Podejrzewam, że będzie chodziło o inne produkty, których w USA kupujemy całkiem sporo. Wielkim znakiem zapytania jest też kwestia technologii i czy tutaj byłyby też jakieś retorsje - mówi nam ekonomista. Podkreśla, że nałożenie ceł byłoby "impulsem inflacyjnym". Dodaje, że akurat strefa euro nie ma dzisiaj problemów z inflacją i jest jednym z niewielu miejsc na świecie gdzie, póki co udało się ją zbić, ale "pod warunkiem, że nie będzie takich sytuacji jak wojny handlowe".
Pytanie, które wszyscy sobie stawiają, to czy rzeczywiście Stany Zjednoczone na tym skorzystają. - Trump mówi, że jeśli będą jakieś problemy, to krótkotrwałe. No okej, tylko że akurat inflacja w USA już dzisiaj jest podwyższona, zatrzymały się spadki stóp procentowych i dysparytet stóp między Europą a Stanami Zjednoczonymi już jest bardzo mocny. Zatem pytanie, czy rzeczywiście ten wpływ krótkoterminowy będzie taki krótkoterminowy i taki słaby - zastanawia się Marek Zuber.
Ekonomista ma przy tym nadzieję, że jeśli miałoby dojść do taryfowej wojny, to będzie to jednocześnie "impuls zacieśniający działania na rzecz zwiększenia konkurencyjności w Europie".
Życzyłbym sobie, żeby odpowiedź Europy szła głównie w kierunku zasypywania luk, które dzisiaj w Europie mamy w kontekście konkurencji z USA, a nie takimi prostymi ruchami: oni nam cła, to my im cła
- mówi ekspert z Akademii WSB, który ma nadzieję, że pierwsze salwy w wykonaniu Trumpa to jednak nie początek dużej wojny handlowej. Jeśli jednak do niej dojdzie, to czeka nas "gorszy czas". Jego zdaniem groziłyby nam "pęknięcia w jedności świata zachodniego, rozumianego także jako zacieśnianie relacji gospodarczych".
Nasuwa się także pytanie, czy nie miałoby to negatywnego wpływu "jeśli chodzi o wybory polityczne społeczeństw europejskich". - Jeśli dzisiaj jeden z głównych współpracowników Trumpa wspiera de facto skrajną prawicę w największej gospodarce Europy (chodzi o Elona Muska i niemieckie AfD - red.), to może o to chodzi właśnie? Dla mnie najgorszym wymiarem tego wszystkiego jest to, że przestajemy mówić jednym głosem. Jeśli miałoby dojść do eskalacji, to bardzo źle to wygląda i bardzo źle świadczy o nas, jako Zachodzie - ocenia.
Jego zdaniem, to co się aktualnie dzieje, wygląda także w źle w kontekście próby budowania przeciwwagi wobec krajów BRICS. - Tam raczej idą w drugą stronę, czyli zacieśnienia relacji, nawet jeśli w wielu przypadkach one są dzisiaj trudne. A tutaj idziemy w drugą stronę i ograniczamy sobie możliwość współpracy. To jest też zła informacja dla wielu krajów, które dziś obserwują to wszystko i zastanawiają się, po której stronie się opowiedzieć. I ten wymiar, nie tylko w kontekście wzrostu cen, jest dla mnie szczególnie niepokojący - podsumowuje ekonomista.