Donald Trump chce ukraińskich skarbów. Jest tylko problem. Więcej niż jeden

Maria Mazurek
- Problem w tym, że nie mamy pojęcia, ile te kopaliny są warte. Po pierwsze dlatego, że w Ukrainie większość złóż została skatalogowana jeszcze za czasów sowieckich - mówi ekspert OSW. A tych kłopotów jest więcej. Po co Trumpowi ta umowa i dlaczego Ukraina się na nią godzi?
Kopalnia manganu w Ukrainie
Romeo Rum / Shutterstock

Maria Mazurek, Next.gazeta.pl: Umowa w sprawie ukraińskich zasobów mineralnych między Kijowem a Waszyngtonem to w ostatnich dniach bardzo nośny temat, cenne surowce rozbudzają wyobraźnię. I wygląda na to, że do mocno przerysowanych rozmiarów. O czym w ogóle mówimy?

Marcin Jędrysiak, analityk Ośrodka Studiów Wschodnich (OSW): Na razie wiemy tylko, że ma być podpisane coś na kształt memorandum. Jest wstępem do właściwej umowy, którą prawdopodobnie musiałby jeszcze ratyfikować ukraiński parlament. To początek drogi, bo gdyby szkic, o którym piszą media, został przyjęty, trzeba byłoby dograć wiele zmian w ukraińskim ustawodawstwie.

Czy Ukraina rzeczywiście jest tak bogata w surowce, w tym te "nowe", niezbędne w nowoczesnych technologiach i transformacji energetycznej?

Odpowiedź na to pytanie nie jest oczywista ani prosta. Pojawiają się różne szacunki: że w Ukrainie znajduje się 5 proc. wszystkich zasobów naturalnych świata, że występują tam złoża 116 kopalin. Do tego z listy 34 surowców uznanych przez Komisję Europejską za krytyczne, 28 ma znajdować się w Ukrainie. Są też różne wyliczenia, np. "Forbesa" z października 2023 roku, że ukraińskie surowce są warte prawie 15 bilionów dolarów. Inne wyliczenia wskazują na 26 bilionów dolarów, jeszcze inny na przedział między 3 a 20 bilionów. Problem w tym, że nie mamy pojęcia, ile te kopaliny są warte. Po pierwsze dlatego, że w Ukrainie większość złóż została skatalogowana jeszcze za czasów sowieckich, było to dawno temu, standardy obliczania wielkości złóż były też wtedy inne niż obecne. Poza tym wartość surowców na rynku jest zmienna w czasie.

Czyli liczby, które się pojawiają, to szacunki, a nie rozpoznane złoża, gdzie można - w uproszczeniu - jutro rozpocząć inwestycje i je wydobywać?

Tak. A problem występuje nawet, jeśli chodzi o potwierdzone złoża. W przypadku części surowców, uznanych przez Ukrainę za strategiczne, informacje o ich zasobach, zarówno jeśli chodzi o wielkość, jak i wartość, są utajnione. Ale to tylko pierwsza komplikacja. Ponad 60 proc. surowców z podawanych przez wspomnianego "Forbesa" wyliczeń na poziomie 15 bilionów dolarów to węgiel kamienny, drugi największy udział, na poziomie 12 proc., ma ruda żelaza. To surowce "tradycyjne", nie te, o których teraz jest najgłośniej. Do tego dochodzi czynnik wojenny. Trzema najbardziej bogatymi w złoża rejonami Ukrainy są obwody doniecki, ługański i dniepropietrowski. Z nich tylko ostatni nie znajduje się pod okupacją.

Najwięcej emocji budzą jednak metale ziem rzadkich.

A ich w Ukrainie aż tak dużo nie ma. Pojawiło się też pomieszanie pojęć, metalami ziem rzadkich nazywano surowce, które nimi nie są. W przypadku części surowców pojawiają się też problemy techniczne, związane z wydobyciem i wykorzystaniem złóż. Na przykład w Ukrainie znaleziono bardzo wydajne złoża berylu, pod względem jakości być może najlepsze na świecie. Z tym że wydobycie berylu jest bardzo szkodliwe dla środowiska, zwłaszcza wodnego, a część tych złóż znajduje się na terenie rezerwatu przyrody. Inny przykład: lit. Ten, który występuje w Ukrainie i pozostał pod jej kontrolą, nie nadaje się do wykorzystania np. w bateriach. Można go potencjalnie wzbogacić, ale to jest drogie i się nie opłaca. Ukraina ma również złoża uranu, ale cała ta produkcja ukraińska nie starczyła przed wojną nawet na połowę zapotrzebowania tego kraju na uran.

Czyli te doniesienia o bogactwie ukraińskich złóż bywają przerysowane?

Częściowo tak. Bardzo często chodzi o surowce, które Ukraina rzeczywiście ma, ale ich wydobycie wymagałoby tak dużych nakładów, że się po prostu nie opłaca, bo na przykład położone są głęboko. Tak jest na przykład z gazem łupkowym.

A skąd w ogóle ten temat się pojawił?

Tak naprawdę tę dyskusję zaczęli Ukraińcy. W listopadzie Wołodymyr Zełenski pokazał plan zwycięstwa i jednym z jego punktów była współpraca z partnerami zachodnimi w zakresie wydobycia surowców ziem rzadkich. A wcześniej, według ukraińskich doniesień medialnych, spotkał się z Bidenem i Trumpem i opowiadał o tym pomyśle. Bidenowi miał się on nie spodobać, uznał go za nierealistyczny, Trump miał być bardziej zainteresowany.

Po co ta umowa w ogóle jest? Ze strony ukraińskiej to zagwarantowanie wsparcia amerykańskiego w wojnie, ruch uprzedzający?

Tak by to można ogólnie określić. Z punktu amerykańskiego zapewne chodzi o pokazanie, że USA dostają coś w zamian za pomoc Ukrainie w wojnie. To pokazuje transakcyjne podejście Donalda Trumpa do polityki. W Ukrainie pojawia się narracja, że jeżeli ceną za gwarancję bezpieczeństwa miałoby być danie Amerykanom jakichś praw do surowców czy dostępu do nich, to jest to cena, jaką kraj ten jest w stanie zapłacić. Druga opinia, która się pojawia, to, że taka umowa mogłaby oznaczać amerykańskie inwestycje, co też jest potencjalnie dobre dla Ukrainy, bo Amerykanie swoich inwestycji przecież będą bronić.

Co jest w samej umowie, w szkicu tego porozumienia? Bo gwarancji w nim - według doniesień - nie ma.

Nowa wersja jest nieco korzystniejsza dla Ukrainy. W poprzedniej zapisano zobowiązanie do przekazywania surowców do wartości 500 mld dolarów, co byłoby zapłatą za dotychczasową pomoc amerykańską. W nowej jest trochę lepiej, choć dalej nie ma w niej żadnych zapisanych wprost gwarancji bezpieczeństwa. Ale nie ma także tych 500 mld. Ma powstać fundusz, którego współwłaścicielami mają być USA i Ukraina. Fundusz ma być zasilany przez 50 proc. przychodów ze sprzedaży ukraińskich zasobów naturalnych, ale z wyłączeniem tych, które Ukraina już teraz uzyskuje. Wynika z tego, że prawdopodobnie chodzi o przyszłe inwestycje. Środki z funduszu mają być zainwestowane w ukraińską gospodarkę.

Czy udział europejski w ogóle jest rozważany?

Była taka informacja w poniedziałek, że unijny komisarz ds. strategii przemysłowej Stephane Sejourne złożył Ukrainie propozycję w tej sprawie, ale szybko tę informację zdementowano. Na razie nie widać, by się szerzej odnoszono do Europy w tym kontekście. Choć w przyszłości jej udziału nie można wykluczyć.

Jak pan ocenia rolę tej umowy w ewentualnym dochodzeniu do zakończenia konfliktu? Czy może to być jakiś kamień milowy, który wesprze rozmowy, zmieni losy wojny?

Raczej nie postrzegałbym tego w takich kategoriach. Czasami mówi się wręcz o szantażu ze strony USA w kierunku Ukrainy. To raczej próba zapobiegnięcia temu, by USA przyjęły zupełnie rosyjski punkt widzenia i sprawienie, by USA chciały dalej wspierać Ukrainę - i miały w tym interes.

Czyli raczej takie zarządzanie transakcyjną stroną natury prezydenta USA?

Myślę, że tak. Nawet w słowach Zełenskiego podczas niedzielnej konferencji było tę transakcyjność słychać.

Czytaj też: Bez tych surowców wielka zmiana się nie uda. Które kraje je mają? Na liście pojawia się Polska

Maria Mazurek
Więcej o: