Ernest Pytlarczyk: Konsensus spisywał Europę na straty, a grany jest zupełnie inny scenariusz

Maria Mazurek
- Trzeba traktować to, co Donald Trump ma w programie, bardzo poważnie. Jest do drugiej kadencji dobrze przygotowany, a jego doradcy są ideologicznie inaczej sformatowani niż ci z pierwszej prezydentury - mówi główny ekonomista Pekao SA. Jaka gra toczy się w gospodarce?
Spotkanie liderów europejskich w Londynie. Na pierwszym planie prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski i premier Donald Tusk
Fot. REUTERS/Javad Parsa

Maria Mazurek, Next.gazeta.pl: Europa chce się zbroić i więcej na zbrojenia wydawać, Niemcy planują odpalić inwestycyjną - i nie tylko zbrojeniową - bazookę. Czy to oznacza, że i polska gospodarka dostanie dodatkowy zastrzyk i z waszej prognozy wzrostu PKB "z czwórką z przodu" zrobi się "bliżej piątki z przodu"?

Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista Pekao SA: Na to raczej szansy nie ma. Już z naszą obecną prognozą jesteśmy w awangardzie, inne zespoły i ekonomiści obstawiają 3,5 proc. wzrostu PKB, a nawet niewiele ponad 3 proc. To, co się obecnie dzieje, wspiera po prostu nasze oczekiwania.

Co zatem w polskiej gospodarce się dzieje?

Jest duże tak zwane story inwestycyjne. Trudno jest dokładnie określić, kiedy ono się wydarzy, ale wygląda na to, że właśnie się zaczyna. Inwestycje zaczynają wracać. Mamy policzone, jak ten wysiłek inwestycyjny będzie wyglądał. Wiadomo, że związany będzie z transformacją, nie tylko energetyczną, ale i dotyczącą transportu, z energooszczędnością, z dostosowaniem się do polityki klimatycznej. I to są bardzo duże pieniądze. Jeśli chodzi o branże, to lata 2025-2027 będą prawdopodobnie czasem dociskania budowlanki. Nagle pojawi się bardzo duży popyt na różnego rodzaju roboty budowlane - te wszystkie inwestycje to w końcu też lanie betonu. Będą też dalej rozlewać się na inne sektory.

A jak pan ocenia plany Friedricha Merza i przyszłej koalicji dotyczące ożywienia niemieckiej gospodarki?

Przede wszystkim nie są one dla mnie wielkim zaskoczeniem. To, że w Niemczech zwrot w stronę wydatków publicznych i odbudowy infrastruktury musiał nastąpić, jest oczywiste dla każdego, kto się tą gospodarką interesuje. Rozpadająca się infrastruktura to jeden z głównych tematów dyskusji publicznej w tym kraju. W kampanii wyborczej też pojawiały się wyraźne zapowiedzi inwestycji oraz odejścia od tzw. czarnego zera, czyli blokowania zadłużania się państwa. W tym kontekście wynik wyborów w Niemczech z punktu widzenia gospodarki był najlepszym z dostępnych, choć nie idealnym. Wiadomo było, że żadnej partii nie uda się zdobyć większość wystarczającej do samodzielnego rządzenia, ale wystarczy koalicja dwupartyjna, a nie szersza.

Zobacz wideo Lider CDU widzi w Tusku partnera i jest propolski

"Chory człowiek Europy" - określenie wobec Niemiec, które długo było modne - przestanie być aktualne?

Zapewne tak. Bardzo podobnie wyglądała sytuacja w 2003 roku, pojawiały się te same hasła o chorym człowieku Europy, a jednak Niemcy nad tamtą zapaścią zapanowali i potem przez dwie dekady radzili sobie bardzo dobrze. Nowe pieniądze to jest teraz dla tego kraju gamechanger, z obecną stagnacją gospodarczą też sobie poradzi.

Szykując prognozy dla polskiej gospodarki na ten rok zakładaliśmy poluzowanie monetarne w Europie i to, że z racji niskich stóp procentowych Europa, wbrew temu, co się mówi, ma szansę na odbicie cykliczne. Konsensus spisywał Europę na straty, tymczasem od początku roku grany jest zupełnie inny scenariusz. To w Stanach istnieje ryzyko niższego wzrostu, bo tam możliwe jest przerwanie łańcuchów dostaw, tam jest niepewność związana z polityką celną. I w Stanach Zjednoczonych stopy procentowe już nie spadają, a w Europie EBC właśnie zdecydował w czwartek o kolejnym cięciu.

To dotyczy też Niemiec. Nowy rząd chce przeznaczyć na inwestycje 500 mld euro - 20 proc. PKB - w ciągu dekady. To kraj uprzemysłowiony, gdzie przestawienie się na produkcję militarną jest logistycznie relatywnie szybko możliwe, a przemysł zbrojeniowy Niemcy już mają. Impuls inwestycji zbrojeniowych rozleje się na inne sektory gospodarki, do tego dojdą jeszcze inwestycje w infrastrukturę.

I to dobrze także dla Polski.

Będzie mieć to oczywisty pozytywny wpływ na naszą gospodarkę, w końcu mocno z niemiecką połączoną. A Polska ma gospodarkę eksportową, w ogóle nasz model wzrostu jest eksportowy.

Na razie ten silnik wciąż ciąży nam na wzroście PKB.

Tak, popyt zagraniczny jest słaby, do tego nie pomaga mocny złoty. Ale już teraz widzimy, że eksport zacznie ruszać, choć wysiłek inwestycyjny Niemiec poczujemy mocniej dopiero w przyszłym roku. W efekcie tego będziemy mieć wyższy wzrost PKB - na przyszły rok prognozujemy 4,3 proc., ale pojawi się też większa presja cenowa.

Czy jeśli inwestycyjna bazooka podbije inflację, to cięcia stóp procentowych w Europie mogą zostać zatrzymane?

Już są takie sygnały, myślę, że EBC dojdzie do 2 proc. z poziomem stóp. Pojawi się też konkurencja o oszczędności prywatne ze strony emisji długu, stąd siłą rzeczy równowaga musi być na wyższym poziomie. Ale też w Europie jest bardzo dużo oszczędności, które będą mogły być przeznaczane na kupowanie obligacji. W Polsce spodziewamy się spadku głównej stopy do 4,75 na koniec tego roku i do 3,5 proc. na koniec przyszłego.

Wygląda to bardzo pozytywnie, ale czy widzi pan jakieś minusy tego niemieckiego i europejskiego planu?

One oczywiście są. Na przykład poparcie społeczeństwa niemieckiego co do wydatków na zbrojenia nie jest jednoznaczne. Ruch pacyfistyczny w tym kraju jest silny, a społeczeństwo jako takie nie jest antyrosyjskie. Warto też pamiętać o czymś takim jak dywidenda pokoju. Europa żyła z niej przez wiele lat, co znaczy, że mniej wydawała na zbrojenia, a więcej na zabezpieczenie socjalne. Europejski model państwa opiekuńczego w dużej mierze był możliwy dzięki tej dywidendzie - Stany Zjednoczone brały na siebie rolę gwaranta pokoju. Dywidenda pokoju już się wyczerpała i teraz siłą rzeczy proporcja wydatków będzie się zmieniała. Może to być społecznie ciężki do zaakceptowania kierunek.

Jeśli chodzi o minusy niemieckiego planu, to nie można nie zauważyć, że dotyczy on "starej", tradycyjnej gospodarki i ciężkiego przemysłu. Nie ma tam elementu np. cyfryzacji, a Niemcy są przecież mocno zapóźnieni cyfrowo.

Stany Zjednoczone też są zapóźnione cyfrowo. Jest tam problem np. braku spójności i kompatybilności systemów w administracji państwowej. I to mimo że 9 na 10 najlepszych firm w tym kraju to firmy technologiczne. Niemcy też mają oczywiście z tym problem, mają słabo scyfryzowane usługi publiczne, ale też nie jest tak, że nic się tam nie dzieje. Jest mocna scena startupowa, są firmy technologiczne i jest ich sporo, z najbardziej znanych można wymienić Zalando i SAP. Mają też odpowiednią infrastrukturę, dobre uczelnie, a teraz dojdzie jeszcze impuls fiskalny ze strony rządu. Nie skazywałbym ich zatem w tym zakresie na porażkę.

Wróćmy do Polski. Co nas czeka w tym roku? Wiemy już, że ożywienie eksportu i duży ruch w inwestycjach. Co z konsumentami, których wydatki stanowią główny silnik naszej gospodarki?

Spodziewamy się, że w czwartym kwartale wzrost inwestycji będzie już dwucyfrowy - na poziomie 11 proc. rok do roku. Będzie rósł popyt na kredyt inwestycyjny, choć będą go wypierać środki z KPO - bo jest presja czasowa, żeby je wydać. Jeśli chodzi o otoczenie konsumentów, to rynek pracy wygląda cały czas nieźle, jest popyt na pracę i przy przyspieszającej gospodarce będzie utrzymany. Ubiegły rok był pewnym zaskoczeniem jeśli chodzi o wydatki Polaków - my akurat, wbrew rynkowemu konsensusowi, spodziewaliśmy się, że będą oni raczej kumulować oszczędności. I tak się stało. W tym roku naszym zdaniem konsumpcja wróci na normalne tory, rosnąc o około 3 proc.

Nie ma co jednak liczyć, że będzie ją napędzać dwucyfrowy wzrost płac?

Nie ma, wynagrodzenia rosną już w tempie jednocyfrowym, ale i tak realnie, czyli z uwzględnieniem inflacji, będą dodatnie. Nie będzie za to moim zdaniem takiego przezornościowego oszczędzania. Sytuacja geopolityczna jest wprawdzie skomplikowana, ale pojawiają się sygnały jeśli nie pokoju, to wstrzymania wojny w Ukrainie, a to jest coś, co wpływa na nastroje w naszym kraju.

Europa i Polska powinny bać się Donalda Trumpa? Cła na eksport towarów z naszego kontynentu jeszcze nie zostały wprowadzone, ale pewnie można się ich spodziewać.

Patrząc na to, co robi i jak działa prezydent USA, uważam, że jakieś cła na Europę się pojawią. Trzeba traktować to, co Donald Trump ma w programie, bardzo poważnie. Jest do drugiej kadencji dobrze przygotowany, a jego doradcy są ideologicznie inaczej sformatowani niż ci z pierwszej prezydentury. Jest wśród nich na przykład główny strateg Peter Navarro, który jest absolutnie niemainstreamowym ekonomistą. Uważa, że cła to sposób na przywrócenie równowagi zewnętrznej Stanów Zjednoczonych, że handel jest grą o sumie zerowej a nie dodatniej, że można być bogatszym czyimś kosztem.

Polska wymiana handlowa z USA to około 3 proc. naszego eksportu i nieco powyżej 1 proc. PKB, więc ewentualnych ceł nie odczujemy. Będziemy bardziej odczuwali to, co dzieje się w tym kontekście w Europie. Jest ona wystawiona na USA, ale obniżki stóp procentowych w strefie euro praktycznie neutralizują ten efekt. Większym ryzykiem jest zmiana architektury globalnego ładu, co oznacza, że trzeba będzie wydawać więcej i na pomoc Ukrainie, i na zbrojenia.

Co jest największym czynnikiem niepewności dla gospodarki w tym roku?

To, o czym już rozmawialiśmy: Donald Trump, jego polityka gospodarcza, a w ujęciu międzynarodowym wojna handlowa - czyli cła. Jest kilka wektorów związanych z polityką amerykańskiego prezydenta. Jednym jest olbrzymia niepewność właśnie. W długim okresie zaś zachęcenie do produkcji w USA i deregulacja. Na marginesie: pojawiają się obawy co do gospodarczych skutków działań Elona Muska, ale warto mieć na uwadze, że wbrew naszej europejskiej ocenie, społeczny odbiór w USA tego, co Musk robi, jest bardzo pozytywny. Nawet jeśli wymierne efekty będą niewielkie, to zwiększą poparcie dla obecnej administracji.

Maria Mazurek
Więcej o: