Tak Trump wyliczył stawki ceł. Ekonomiści łapią się za głowy. "Ta obsesja to ekonomiczny analfabetyzm"

Wzór użyty do obliczenia wysokości ceł nałożonych przez USA na kraje z całego świata został udostępniony przez amerykańskiego przedstawiciela ds. handlu. Ekonomiści, wprawieni w osłupienie, twierdzą, że w ten sposób Donald Trump nie uzyska swojego celu.
Donald Trump
Fot. REUTERS/Kent Nishimura

Donald Trump wprowadził taryfy, aby sprowadzić dwustronne deficyty handlowe do zera. Problem w tym, że wbrew twierdzeniom Białego Domu, że "cła działają", na bilans handlowy wpływa szereg różnych czynników ekonomicznych, twierdzą ekonomiści, z którym rozmawiał "Financial Times". 

Zobacz wideo

Deficyt handlowy to obsesja Trumpa. Jak chce go wyzerować? 

Podstawowa stawka celna to 10 proc. Nakładana jest nawet na kraje, z którymi USA ma dodatni bilans handlowy. Taką stawką objęto np. Wielką Brytanię. Kraje, z którymi Stany mają ujemny bilans handlowy, objęto natomiast bardzo dużymi cłami. Jak Wietnam i Kambodżę, na które nałożono stawki wynoszące odpowiednio 46 i 49 proc. 

Jak Trump obliczył stawki ceł? Bilans handlowy USA z danym krajem został podzielony przez wartość eksportu danego kraju do USA, a następnie podzielony przez dwa, aby obliczyć obniżoną odwetową stawkę celną. Taka liczba została zaokrąglona, aby uzyskać ostateczną wysokość taryfy. 

Thomas Sampson z London School of Economics uważa, że wzór ten jest "listkiem figowym obsesji dla błędnych przekonań Trumpa co do nierównowagi w handlu dwustronnym". Dodał, że wzór ten nie ma żadnego uzasadnienia ekonomicznego. Sampson tłumaczy, że Trump nie zdoła uzyskać równowagi handlowej poprzez cła, ponieważ nie usuwa w ten sposób podstawowego czynnika, który napędza deficyt handlowy USA. 

Stany nie produkują bowiem odpowiednio dużo towarów w kraju, co jest efektem otwarcia się w latach 90. na rynki azjatyckie i przeniesienia tam swoich fabryk. - Dopóki Stany nie oszczędzą wystarczająco dużo, by sfinansować własne inwestycje, będą musiały pożyczać (importować towary - red.) z całego świata. A to wymaga tworzenia deficytu handlowego. Cła nie zmienią tej logiki (rynkowej - red.) - mówi Sampson. 

Miał być skomplikowany wzór. Skończyło się na waleniu obuchem

"Financial Times" zwraca uwagę, że wzór na cła najwyraźniej ignoruje wcześniejsze sugestie administracji Trumpa, że przy nakładaniu taryf pod uwagę wzięte będzie więcej czynników niż tylko bilans handlowy. Według zapowiedzi uwzględnianie miały być też inne niż cła czynniki wpływające na bilans handlowy między USA a resztą świata, jak np. podatek VAT. Zamiast tego podjęto mniej zniuansowaną, a "bardziej mechaniczną" decyzję, które doprowadzi do "swobodnych i otwartych" negocjacji z administracją Trumpa na temat obniżenia stawek celnych, stwierdził George Saravelos, szef badań nad walutami w Deutsche Bank.

Wzór zastosowany przez Biały Dom ostro skomentował na X Jan Oleszczuk-Zygmuntowski z Polskiej Sieci Ekonomii. "Cła Trumpa. Pół tabeli jest zmyślone. Wartości podane jako cła na USA to wskaźnik deficytu handlowego z danym krajem podzielonego przez import. Tam, gdzie USA ma nadwyżkę, wpisano z palca 10 proc." - pisze ekonomista. I przypomina swój wpis z lutego, w którym tłumaczył logikę Trumpa. "Jeżeli import stanie się droższy, amerykański przemysł odzyska konkurencyjność" - pisał. W takiej sytuacji nie ma sensu ściąganie towarów z zagranicy, jeśli w tej samej cenie lub niższej można mieć krajowe produkty. 

Niemniej nawet jeśli w tym szaleństwie jest jakaś metoda, na której Ameryka może skorzystać, to obsesja, by doprowadzić deficyt handlowy USA do zera, zdaniem ekspertów, to "ekonomiczny analfabetyzm" - czytamy w "FT". Zawsze bowiem będą istnieć towary, których nie da się lub nie opłaca się wytwarzać w danym kraju, nawet w takim wielkim jak USA. A więc zawsze będzie istniał jakiś deficyt handlowy, Stany na przykład muszą importować banany, ponieważ nie są w stanie uprawiać ich na dużą skalę. 

Ten wzór... ustawia cła na poziomie, który zredukowałby deficyt handlowy do zera. Ale to szalony cel. Nie ma ekonomicznego uzasadnienia utrzymywania zrównoważonego bilansu handlowego ze wszystkimi krajami. Nie da się tego obronić

- mówi Ołeksandr Szepotyło ekonometrysta z Aston University w Birmingham, który niedawno opracował model skutków globalnej wojny handlowej.

Co chce osiągnąć Trump? 

- To przepis na zmiażdżenie biedniejszych krajów z nadwyżkami w handlu z USA, a nie na wyzerowane bilansu. Te nadwyżki zostaną po prostu przeniesione do innych biednych krajów, które produkują ubrania i elektronikę użytkową - mówi John Springford, ekonomista zajmujący się handlem w think tanku Centre for European Reform. 

Eksperci zgodnie twierdzą, że takie cła uderzą w Amerykanów mocniej, niż twierdzi Biały Dom i wywołają szok. Pozostaje więc pytanie, czy prezydent USA naprawdę jest gotowy na bolesny okres przejściowy, jak zapowiadał, czy może używa ceł jako dźwigni, by wymyślić ustępstwa na partnerach handlowych Stanów Zjednoczonych.

Więcej o: