Likwidacja 13. i 14. emerytury, cięcia w 800 plus i wiek emerytalny w górę. Takie rady dostał polski rząd

Zlikwidowanie 13. i 14. emerytury, a także ograniczenie 800 plus i podniesienie wieku emerytalnego - takie kroki powinna podjąć Polska, by ratować swoje finanse? Upubliczniono duży raport, który zawiera bardzo kontrowersyjne tezy.
Minister finansów Andrzej Domański
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

Polska powinna drastycznie zmienić swoją politykę fiskalną? Tak uważają eksperci z założonego przez Leszka Balcerowicza Forum Obywatelskiego Rozwoju oraz Warsaw Enterprise Institute. Według nich "deficyt rośnie, wydatki wymykają się spod kontroli, a dług publiczny pędzi w stronę poziomów, które grożą realnym kryzysem". W raporcie "Budżetowy SOS" przygotowali dosyć radykalne rekomendacje, które miałyby doprowadzić do naprawy sytuacji w ciągu zaledwie kilku lat. 

Koniec 13. i 14. emerytury? Szokująca propozycja

W opinii autorów raportu "jedyną skuteczną drogą do uzdrowienia finansów jest redukcja wydatków konsumpcyjnych". Dlatego proponują odejście od programów powszechnych na rzecz wsparcia celowanego. W praktyce oznaczałoby to m.in. wprowadzenie kryterium dochodowego w programie 800+ oraz likwidacja politycznych dodatków emerytalnych (13. i 14. emerytura). Do tego powinniśmy przywrócić równy wiek emerytalny na poziomie 67 lat. Przyniosłoby to ok. 50 mld zł oszczędności. Z ich wyliczeń wynika, że także emerytury po tych zmianach wzrosłyby o 30-40 proc. 

"Rezygnacja z politycznych dodatków (13. i 14. emerytura) na rzecz systemowego zrównania wieku emerytalnego i lepszej waloryzacji sprawi, że w perspektywie 15 lat realne świadczenia będą o jedną trzecią wyższe niż w scenariuszu bierności. Dłuższa aktywność zawodowa to po prostu większy kapitał i wyższe, godne wypłaty co miesiąc" - czytamy. Likwidacja "trzynastek" oznaczałaby 32 mld zł oszczędności, a "czternastek" - 12 mld zł. W górę miałyby też pójść wynagrodzenia. "Stabilizacja długu i obniżenie kosztów pożyczek dla państwa uwolnią kapitał dla firm. Przy stabilnym wzroście gospodarczym na poziomie 3,5-4 proc. rocznie, realne płace Polaków mogą podwoić się w ciągu zaledwie dwóch dekad" - wyliczono w raporcie.

Za filary reformy wskazano także mobilizację majątku państwowego oraz uszczelnienie systemu podatkowego. Miałoby to doprowadzić - po pierwsze do "szerokiej prywatyzacja spółek niebędących strategicznymi oraz zniesienie moratorium na sprzedaż ziemi państwowej, co pozwoli na realne oddłużenie kraju". A po drugie - oznaczałoby redukcję luki VAT oraz tzw. actionable policy gap (luki wynikającej z zawiłej polityki stawek), zamiast nakładania nowych podatków na aktywnych zawodowo obywateli. "Odpowiedzialna polityka fiskalna to silniejszy złoty i niższa presja inflacyjna. Obywatele zyskają dzięki tańszym towarom z importu i pewności, że ich odłożone pieniądze nie stracą na wartości przez nieodpowiedzialne drukowanie długu" - przekonują autorzy raportu.

Zobacz wideo Dług publiczny i deficyt budżetowy – czym się różnią?

Naprawa finansów publicznych w kilka lat? Jest harmonogram

Wprowadzenie tych działań miałoby zostać rozłożone na trzy lata. W bieżącym (2026 roku) mielibyśmy do czynienia z fazą hamowania, w ramach której wprowadzono by zamrożenie funduszu płac w sferze budżetowej (z wyłączeniem służb mundurowych i personelu medycznego), wstrzymanie wypłaty 14. emerytury oraz wprowadzenie kryterium dochodowego w programie 800 plus. W kolejnym roku (tzw. fazie strukturalnej) 13 emerytura zostałaby zupełnie zlikwidowana oraz rozpocząłby się proces wielkiej prywatyzacji spółek niebędących strategicznymi i zniesienia monopolu hazardowego w internecie. 

Na lata 2028-2029 zaplanowano fazę stabilizacji i inwestycji. Miałoby wtedy zostać przeprowadzone głębokie reformy systemowe i przekierowanie środków z konsumpcji na inwestycje, które napędzą przyszły wzrost. Byłoby to możliwe dzięki ujednoliceniu systemów emerytalnych, pełnej cyfryzacji administracji, co przyniosłoby trwałą redukcję zatrudnienia oraz redukcji luki VAT do poziomu 5 proc. Co jest na końcu tej "czterolatki"? Według autorów raportu przyjęcie ich propozycji w wariancie lekkim oznaczałoby ok. 241,7 mld zł oszczędności, a w ostrym - ponad 345 mld zł. Do tego deficyt malałby o 0,8-1 pkt proc. PKB rocznie.

Wysoki dług i wydatki nam nie przeszkadzają?

W tym miejscu należy postawić, czy warto więc redukować wydatki za wszelką cenę? I tu zdanie autorów raportu rozjeżdża się z innymi ekonomistami. Dr hab. Bożena Ryszawska z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu w rozmowie z Next.gazeta.pl tłumaczyła, że "wiele krajów UE utrzymuje poziom zadłużenia publicznego powyżej przewidzianego poziomu 60 proc. PKB i nie powoduje to zagrożenia ich rozwoju". -Nie musimy się przejmować wzrostem kosztów obsługi długu publicznego. Obligacje są w rękach obywateli, którzy w ten sposób współfinansują inwestycje publiczne - dodawała. W tym samym tonie wypowiadał się Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego w rozmowie z "Rzeczpospolitą". -Obecnie Polska, jako kraj rozwijający się, jest w stanie unieść wysokie wydatki w związku ze wzrostem zadłużenia. Jak na razie wszystko jest pod kontrolą - tłumaczył. 

Przeczytaj też: Karol Nawrocki zdecydował ws. budżetu na 2026 rok. Wybrał nieoczywistą drogę. "To dowód kryzysu".

Więcej o: