Odkąd Javier Millei w 2023 r. został wybrany prezydentem Argentyny, przeprowadzą gruntowną reformę państwa. W ostatnich dniach wziął się za rynek pracy, gdzie chce wprowadzić bardzo radykalne zmiany. Tak radykalne, że obywatele już wyszli na ulice. Pod budynkiem argentyńskiego Senatu doszło nawet do starć z policją. Aresztowano 30 osób, ale to nie koniec. Największy argentyński związek zawodowy, Powszechna Konfederacja Pracy (CGT) zapowiedziała 24-godzinny strajk w dniu, gdy parlament będzie zajmował się wspomnianą reformą pracy.
Związkowcy nie planują protestów ulicznych, a jedynie wstrzymanie się od pracy. "Buenos Aires Times" opisuje, że strajk generalny uderzy m.in. w transport. Protestować mają bowiem kierowcy autobusów, pracownicy kolei, a nawet pracownicy linii lotniczych oraz lotnisk. Ma dojść do zupełnego paraliżu państwa. Także taksówkarze i prywatni przewoźnicy nie zjawią się tego dnia w pracy. Będzie to czwarty tak duży strajk generalny, od kiedy Javier Millei przejął władze w państwie. Przez ten czas zlikwidowano około 300 tys. miejsc pracy i zamknięto 21 tys. firm. Najnowsze zmiany jeszcze mocniej dokręcą śrubę pracownikom.
Reforma, przygotowana przez argentyński rząd, zakłada m.in. ograniczenie prawa do strajków pracowników. Narzucony ma zostać minimalny limit pracowników, którzy muszą przyjść do pracy mimo strajku. Mowa o nawet 50-75 proc. kadr. Według Rodolfo Aguiara, szefa Stowarzyszenia Pracowników Państwowych w takich okolicznościach "strajk straci wszelką skuteczność". - Od dziś rząd powinien zacząć się martwić, ponieważ rozpoczyna się nowy cykl konfrontacji z pracownikami - zapowiadał w rozmowie z Agencją Reutera. Ograniczenie strajków to wierzchołek góry lodowej.
W planach jest także: zaostrzenie zasad przyznawania świadczeń w przypadku chorób przewlekłych, ograniczenie możliwości dochodzenia przez pracowników odszkodowań za zwolnienie z pracy, umożliwienie pracodawcom dzielenie urlopu na części, wydłużenie dnia pracy z 8 do 12 godzin oraz możliwość wypłaty wynagrodzenia "w naturze". Zamiast zwykłej pensji pracownicy mieliby dostawać jej ekwiwalent w jedzeniu lub zakwaterowaniu. Dopuszczalne byłoby też wypłacanie wynagrodzenia w obcej walucie. Reuters dowiedział się, że rząd planuje również umożliwienie odbierania nadgodzin w formie dodatkowych dni wolnych, zamiast dodatkowego wynagrodzenia oraz obniżenia wynagrodzenia na czas choroby.
Związkowcy uważają, że to zmiany sprzeczne z prawami pracowniczymi i już zapowiedzieli zaskarżenie reformy do sądu, jeśli wejdzie ona w życie. Z kolei Javier Millei nazywa reformę "punktem zwrotnym w historii Argentyny". Przekonuje, że reformy przyniosą "głęboką transformację, która przywróci przewidywalność, dynamizm i wolność rynkowi pracy". Jej celem jest bowiem pobudzenie rynku pracy. Obecnie ok. 40 proc. Argentyńczyków pracuje "na czarno".
Do przeforsowania zmian potrzeba jednak dogadać się z jedną z partii opozycyjnych, bo Javier Millei nie ma potrzebnej większości w parlamencie. Na razie największa siła opozycyjna sprzeciwiła się tej reformie. Społeczne protesty mogą jeszcze mocniej wywierać presję na politykach. Senator Patricia Bullrich, przewodnicząca Komisji Pracy przyznał, że rząd jest otwarty na zmiany regulacyjne mające na celu złagodzenie przepisów dotyczących np. zwolnień chorobowych.
Przeczytaj też: "Politico: Powstaje wielka antytrumpowska koalicja. To zburzy światowy układ".