Niemiecki gigant zbrojeniowy Renk ma ambitne plany wobec Polski. Chce stworzyć w naszym kraju zakłady serwisowe i montażowe. Początkowo firma zamierza tam serwisować skrzynie biegów, silniki i podwozia, a później również produkować nowe. - Będziemy się rozwijać również dzięki nowym zakładom utrzymania ruchu i produkcji, szczególnie w Europie Wschodniej - mówił w rozmowie z "Der Spiegel" prezes firmy Alexander Sagel. Planuje przeznaczyć na to nawet 500 mln euro na rozbudowę mocy produkcyjnych oraz badania i rozwój w ciągu najbliższych 4-5 lat.
Prezes Renk przekonuje, że "Polska to idealna lokalizacja, aby zbliżyć się do klientów w regionie". - Dzięki temu nasi klienci w Polsce, Ukrainie i w krajach bałtyckich będą mogli szybciej reagować na potrzeby klientów i być gotowi do pracy. Jeśli czołg zepsuje się podczas ćwiczeń na pograniczu w Polsce lub podczas wojny na Ukrainie, nie da się przejechać nim 2000 kilometrów na przegląd i odwieźć go z powrotem sześć miesięcy później - tłumaczy.
W wywiadzie z niemiecką gazetą Alexander Sagel zauważał, że NATO wzmacnia swoją obecność na wschodniej flance. Dlatego producenci czołgów, amunicji i dronów również zwiększają tam swoje moce produkcyjne. Renk chce nadążyć za tym trendem, który według prezesa firmy "prawdopodobnie się nasili". Niemieckie media opisują, do wybuchu pełnoskalowej wojny Rosji przeciwko Ukrainie Renk produkował 200-300 przekładni rocznie. W tym roku ta produkcja ma przyspieszyć do 800. W porównaniu z 2024 r. koncern zamierza zwiększyć obroty trzykrotnie.
Renk zaopatruje niemiecką marynarkę wojenną, a także niemal wszystkich zachodnich producentów czołgów. Do jego klientów należą m.in. KNDS, Rheinmetall i Leonardo. Na rynku działa od ponad 150 lat. Na swojej stronie internetowej chwali się, że posiada jedenaście zakładów produkcyjnych w Niemczech, Stanach Zjednoczonych, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Francji i Indiach. Zatrudnia w nich ok. 4000 pracowników.
Od kilku tygodni przez Polskę przetacza się dyskusja dot. programu SAFE. Jego przeciwnicy przekonują, że powstał on po to, by ratować niemiecki przemysł zbrojeniowy. M.in. były szef MON Mariusz Błaszczak straszył, że Niemcy zarobią fortunę na polskich zakupach. Z danych podanych przez rząd wynika natomiast, że aż 89 proc. środków z programu trafi do polskiego przemysłu.
- To wielki zastrzyk możliwości, pieniędzy i technologii, które trafią do krajowego przemysłu zbrojeniowego oraz do wszystkich kooperantów. Wiecie, ile ten osławiony niemiecki przemysł będzie korzystał na programie SAFE, który realizujemy w Polsce? To jest 0,37 proc. - mówił premier Donald Tusk.
Przeczytaj też: Do tych firm trafią wielkie pieniądze. Donald Tusk pokazał mapę. "Kosmiczna kwota".