Zmiana władzy na Węgrzech została przyjęta w większości europejskich stolic z dużym entuzjazmem. Węgry były w ostatnich latach głównym hamulcowym unijnych reform. Cieszył się także Kijów, bo Viktor Orban regularnie blokował wsparcie dla Ukrainy. Na forum unijnym podnosił rosyjską agendę, nie zgadzając się między innymi na sankcje na Moskwę.
Na horyzoncie pojawiło się jednak nowe zagrożenie dla europejskiej jedności. Już w najbliższą niedzielę 19 kwietnia dojdzie do wyborów parlamentarnych w Bułgarii. Tam po władzę idzie partia Postępowa Bułgaria, która może być kontynuatorem polityki Fideszu w Europie.
- Taki scenariusz jest możliwy
- przyznaje w rozmowie z Next.gazeta.pl analityk Ośrodka Studiów Wschodnich Jan Nowinowski. Wskazuje przede wszystkim na lidera Postępowej Bułgarii, którym jest Rumen Radew.
– Są pewne podobieństwa względem Orbana, ale powiedziałbym, że Radew jest politykiem bardziej umiarkowanym i pragmatycznym. Woli grać na nastrojach gospodarczych, czyli ubierać normalizację stosunków z Rosją w szaty pragmatyzmu, mówiąc, że będzie to ekonomicznie korzystne dla Bułgarii. Nie możemy jednak wykluczyć, że będzie próbował albo blokować, albo przynajmniej spowalniać proces przyjmowania kolejnych sankcji na Rosję czy pakietów pomocowych dla Ukrainy – dodaje.
Ekspert podkreśla jednak, że Rumenowi Radewowi wewnętrznie trudno będzie skumulować taką władzę, jaką miał Viktor Orban na Węgrzech.
Rumen Radew to nazwisko na europejskich salonach dobrze znane. W latach 2017-2026 był prezydentem Bułgarii. Rok przed końcem drugiej kadencji zrezygnował jednak z tego stanowiska. Oficjalnie miał być to sprzeciw wobec zawłaszczenia państwa przez system oligarchiczny i ograniczania prerogatyw prezydenta. Reformą z 2023 r. odebrano mu między innymi swobodę mianowania premiera technicznego.
Nieoficjalnie mówi się jednak, że Radew poczuł wiatr historii i uznał, że poświęci ostatni rok prezydentury, by zbudować ruch, który pójdzie po władzę na poziomie parlamentarnym.
- Ambicje Radewa sięgały poza Pałac Prezydencki
- przyznaje Nowinowski. Zwłaszcza że prezydent Bułgarii ma dosyć ograniczone kompetencje. Posiada wprawdzie prawo weta, ale może ono zostać odrzucone zwykłą większością parlamentarną, więc służy ewentualnie tylko spowolnieniu prac legislacyjnych.
Przez lata Rumen Radew cieszył się wysokim zaufaniem społecznym. W rankingach miał 40-45 proc. poparcia, gdy inni politycy z trudem przekraczali 15 proc. Na przełomie roku Radew zaangażował się też w protesty, które doprowadziły do dymisji premiera Rosena Żelazkowa. Więcej pisaliśmy o tym tutaj.
– Wydaje mi się, że chciał wykorzystać tę okazję i wpisać się w nastroje protestujących i po części mu się to udało. Nie wiem, czy to on będzie głównym beneficjentem tych zmian, ale na pewno część ludzi, która w zeszłym roku wyszła na ulice, koniec końców odda głos na ugrupowanie Radewa – tłumaczy analityk OSW.
Jego plan rzeczywiście zdaje się powodzić. Stanął bowiem na czele Postępowej Bułgarii, czyli koalicji kilku mniejszych lewicowych partii, która przewodzi w sondażach. Może uzyskać ok. 30 proc. poparcia, co jak na bułgarskie standardy jest wynikiem więcej niż dobrym.
Tamtejsza scena polityczna jest bowiem mocno rozchwiana. Wystarczy powiedzieć, że najbliższe wybory będą ósmymi od 2021 r. Przez ten czas mieliśmy do czynienia z różnymi koalicjami, ale żadna nie przetrwała więcej niż rok.
Żadna nie miała też takiego poparcia jak Postępowa Bułgaria. Zdobywały co najwyżej 20-25 proc. głosów, przez co trudno było im zbudować stabilną większość w rządzie.
– W ostatniej kadencji w parlamencie zasiadało 9 ugrupowań, co sprawiało, że bardzo trudno było uzyskać większość. Partie są bowiem albo uprzedzone z powodu nieudanych doświadczeń koalicyjnych, albo ich liderzy są ze sobą skonfliktowani. Jest to bardzo częste, a w rezultacie utworzenie jakiejkolwiek stabilnej koalicji było bardzo trudne, by nie powiedzieć, praktycznie niemożliwe – wskazuje Jan Nowinowski.
Rozdrobnienie wynikało po części ze słabej frekwencji. Ostatnio spadła poniżej 40 proc., co sprawiało, że nowe partie, bazując na efekcie świeżości, były w stanie przekroczyć próg wyborczy, zdobywając relatywnie niedużą liczbę głosów. To tylko pogłębiało fragmentaryzację parlamentu.
Teraz sytuacja jest inna. Wszystko wskazuje na to, że frekwencja przekroczy 50 proc., a do tego sondaże wskazują wyraźnego lidera. Niektóre dają Postępowej Bułgarii 33 proc. poparcia. Gdyby się to potwierdziło, po raz pierwszy od 2017 r. pojawiłaby się partia z poparciem ponad 30 proc. To jednak wciąż za mało, by rządzić samodzielnie. Potrzebny będzie koalicjant. I tu pojawiają się problemy, także dla Europy.
Pierwszy scenariusz to koalicja antykorupcyjna, zbudowana wokół chęci reform wewnętrznych. Byłaby to współpraca partii Radewa z proeuropejskim blokiem Kontynuujemy Zmiany - Demokratyczna Bułgaria (PP-DB), który ma około 12-13 proc. poparcia. To dawałoby im stabilną większość.
– Ugrupowania te koncentrowałyby się zapewne na kwestiach antykorupcyjnych i reformach, natomiast potencjalnym problemem są różnice w postrzeganiu polityki zagranicznej. Blok proeuropejski jest zdecydowanie euroatlantycki, antyrosyjski i opowiada się za wsparciem Ukrainy - zauważa analityk OSW.
Z kolei Radew jako prezydent był politykiem umiarkowanie eurosceptycznym, wykazującym pewne sympatie wobec Rosji. Sprzeciwiał się sankcjom na Moskwę czy militarnemu wsparciu dla Kijowa. To może być główną przeszkodą w sformowaniu takiej koalicji
- dodaje.
Drugi scenariusz to sojusz z prorosyjską partią Odrodzenie. Tu polityka zagraniczna nie powinna być kwestią sporną. Czy taka koalicja byłaby zagrożeniem dla Europy? Mówiąc krótko, nie wiadomo. Rumen Radew jako prezydent i w kampanii wyborczej to jak na razie dwóch nieco innych polityków.
– Na etapie kampanii kwestie Rosji, Ukrainy i Unii Europejskiej były mocno wyciszone. Jeśli chodzi o głosy krytyczne, opierają się one głównie na dotychczasowej działalności Radewa jako prezydenta, ponieważ Postępowa Bułgaria eksponuje przede wszystkim kwestie antykorupcyjne oraz chęć zmian w sądownictwie. Kwestie dotyczące polityki zagranicznej są marginalne. Partia deklaruje co prawda pozostanie w strukturach Unii Europejskiej i NATO, natomiast co do podejścia do konkretnych polityk czy wsparcia Ukrainy, tutaj jest dużo więcej niewiadomych – wyjaśnia Jan Nowinowski.
Tak naprawdę jedyną deklaracją, która padła w kampanii i może świadczyć o chęci normalizacji stosunków z Rosją, jest zapowiedź Radewa o gotowości do powrotu do importu rosyjskich surowców. – Chodzi przede wszystkim o ropę naftową. Według niego byłoby to korzystne dla Bułgarii. Na razie mamy jednak niewiele konkretów. Wydaje się, że chodzi po prostu o to, aby w kampanii nie zrazić do siebie żadnej grupy wyborców - tłumaczy Nowinowski
Postępowa Bułgaria stara się pozycjonować bardzo szeroko, przyciągając zarówno ludzi o poglądach umiarkowanie prorosyjskich, jak i tych proeuropejskich. Rdzeniem ich programu pozostaje zapowiedź reform i walki z korupcją
– dodaje analityk.
Obawy o przyszły kurs Bułgarii narastają jednak w Europie. Analityk PISM Jakub Pieńkowski pisał, że "utworzenie rządu przez Postępową Bułgarię może spowodować odstąpienie Bułgarii od jednoznacznie prozachodniej polityki zagranicznej i ograniczenie pomocy dla Ukrainy"
Także Roman Ziruk - starszy analityk Ebury w komentarzu przesłanym Next.gazeta.pl wskazuje na obawy, że Bułgaria "obierze kurs na łagodny eurosceptycyzm - a może również ocieplenie stosunków z Moskwą".
Niepokój potęguje fakt, że taka polityka akurat w Bułgarii trafia na korzystny grunt. Tylko 14 procent Bułgarów uważa Rosję za wroga UE (przy europejskiej średniej wynoszącej 48 proc.), a 29 proc. obarcza Ukrainę główną lub wyłączną odpowiedzialnością za wybuch wojny (wobec średniej na poziomie 9 proc.).
Inwestorzy podchodzą jednak (jak na razie) spokojnie do tych wyborów. "Na rynkach nie widać paniki. Inwestorzy są przyzwyczajeni do politycznych wahań w kraju, wynik wydaje się przesądzony, a ryzyka związane z wyborami nie na tyle duże, aby percepcja kraju uległa radykalnej zmianie" - pisze w swojej analizie Roman Ziruk.
Inwestorzy mogą jednak w najbliższym czasie patrzeć na Bułgarię z większą ostrożnością, czekając na informacje, kto będzie rządzić, jak mocny będzie mandat i jakie decyzje zostaną podjęte przez władze. Poczucie niepewności wzmagać może bardzo ogólnikowy i nie do końca spójny przekaz wiodącej w sondażach Postępowej Bułgarii
- dodaje.
– Wydaje mi się, zwłaszcza na początku, że jeśli uda mu się objąć władzę, nie wejdzie na tak ostry kurs kolizyjny jak Orban. Gdy prześledzimy jego działania jako prezydenta, widać, że różne wypowiedzi antyukraińskie czy prorosyjskie często służyły raczej wewnętrznym rozgrywkom w Bułgarii. Natomiast w sytuacjach, gdy Radew jechał na szczyty czy spotkania liderów unijnych, w większości przypadków zachowywał się dosyć poprawnie – uspokaja Jan Nowinowski.
– Dlatego więcej podobieństw widziałbym między nim a premierem Słowacji, Robertem Fico, który też czasami zgłasza pewne obiekcje. Wiemy, że jeździ do Moskwy, ale to nie oznacza, że jest stricte antyunijny. On po prostu dywersyfikuje politykę i stara się czerpać korzyści z relacji zarówno z Rosją i Chinami, jak i z Amerykanami czy Unią Europejską.
- dodaje.
Przed Bułgarią maluje się więc wiele niewiadomych. Warto teraz uważnie patrzeć na to, co dzieje się w Sofii, bo to właśnie tam, po cichu i z dala od głównych nagłówków, mogą rozegrać się losy spójności całej Europy. O tym, w którą stronę ostatecznie przechyli się szala, przekonamy się już 19 kwietnia.