Reakcja internetu na przedwczesną śmierć Steve'a Jobsa była dość przewidywalna - rywale, przyjaciele i wyznawcy żegnali wielkiego wizjonera; guru wolnego oprogramowania Richard M. Stallman skorzystał zaś z okazji do nasikania na świeży grób. Zwykli internauci reagowali jak zawsze - ascii-artami i próbującymi oswoić śmierć żartami. W tym najbardziej oczywistym - "Steve Jobs przeniósł się do iCloud ", prościutka gra słów nawiązująca do chrześcijańskiej koncepcji "nieba" i metafory systemu chmury .
Ale gdy zbudziłem się w ten smutny poranek i przeczytałem wiadomości o śmierci twórcy Apple, na chwilę zajrzałem do tego równoległego, fantastyczno-naukowego świata i pomyślałem to samo: Steve Jobs przeniósł się do iCloud. Bo dlaczego inaczej firma Apple stawia nagle farmę serwerów zajmującą pół hrabstwa, jeśli nie do utrzymania cyfrowej kopii swojego założyciela? Kto lepiej od Steve Jobsa pasowałby na pioniera żyjącej w wirtualnym świecie postludzkości? Myślę, że rodzi się cyberpunkowa wersja miejskiej legendy, według której Walt Disney, ojciec imperium Myszki Miki leży gdzieś w stanie hibernacji, oszukując śmierć i czekając na postęp w nauce, który pozwoli mu znowu żyć. W tę fantazję uwierzyło wielu ludzi; w latach osiemdziesiątych popularne w USA były firmy oferujące bogaczom zamrażanie zwłok i śmiertelnie chorych ludzi. Lub, w wariancie ekonomicznym, samej głowy. Oba te pomysły zostały wykorzystane w satyrycznym serialu Futurama : w odległej przyszłości XX i XXI wieczni celebryci żyją jako głowy w słojach.
Fascynuje mnie nurt fantastyki próbującej obrzydzić ludziom ideę nieśmiertelności. Rzecz jest stara jak świat. Jonathan Swift opisując podróże Guliwera ukazał społeczeństwo, w którym nie ma śmierci, ale jest starość - więc starcy powoli zamieniają się w zombie, z którymi nie wiadomo co zrobić. Inne podobne problemy eksplorował serial Torchwood: Miracle Day - kiedy ludzie przestali umierać, Ziemia zaczęła się niebezpiecznie przeludniać. Zniknęła śmierć, ale nie zniknął głód i ból. Ale nawet bez takich wątpliwych atrakcji (które nie mają przecież zastosowania w przypadku przeniesienia świadomości do cyfrowego świata) nieśmiertelność przedstawiana jest jako coś nieprzyjemnego - głównym problemem wydaje być się nuda. Albo dostępność tylko dla bogatych.
To takie pocieszające kłamstwo w stylu "pieniądze szczęścia nie dają". Skoro nie możemy żyć wiecznie, to pocieszmy się, że to wieczne życie wcale nie jest takie fajne. Fetyszyzujemy śmierć jako nadającą sens ludzkiemu życiu, świadomość jej nieuchronności kształtującą to co jest w nas ludzkie.
Można przy tym skorzystać z jednej z licznych, ale pozbawionych gwarancji ofert życia po życiu przedstawianych przez rozmaite religie. Ja jestem jednak nieufny i zamiast kota w worku wolałbym jakieś sprawdzone rozwiązanie. Dlatego też uwielbiam opowiadanie Grega Egana Strażnicy granic, które jasno stawia sprawę - przestańmy się oszukiwać i liczyć na cudy, w śmierci nie ma niczego fajnego ani nadającego sensu. Sami stwórzmy sobie cyfrowe niebo.
Nasze dane są już w chmurze. Teraz pora na nas.
Cyber Czwartek to cykl cotygodniowych felietonów poświęconych dawnym wizjom przyszłości i temu, jak (i czy!) spełniły się w naszym nowoczesnym świecie. Autor, Michał R. Wiśniewski , jest publicystą i blogerem specjalizującym się w fantastyce oraz japońskiej popkulturze.