Kickstarter jednak nie dla małych firm. Wielkie projekty tylko od wielkich

Adam Bednarek
Po raz kolejny widzimy, że obietnice i zebrane miliony to początek drogi. Wiele kickstarterowych projektów nie radzi sobie z sukcesem.

Kiedy mała, niezależna firma ma genialny pomysł, ale nie chce sprzedać go wielkim korporacjom, tylko zrobić wszystko samemu, idzie na Kickstartera. Dostaje mnóstwo pieniędzy, ludzie doceniają świeże pomysły, które dzięki nim mogą trafić na rynek - tak to miało wyglądać. Niestety, życie bardzo szybko zweryfikowało Kickstartera i tym podobne portale. Miejsce, które miało być wylęgarnią niebanalnych idei, powstałych bez udziału wielkich korporacji, za to za pieniądze zainteresowanych, zbyt często było wykorzystywane przez zwyczajnych oszustów i osoby bez doświadczenia. Mamy kolejny przykład.

Kolejna wpadka z Kickstartera

Przenośna lodówka Coolest to wyjątkowo dziwny przypadek. Kiedy po raz pierwszy produkt trafił na Kickstartera, twórcy potrzebowali 125 tysięcy dolarów, a udało się zebrać trochę ponad sto. Porażka. Rozkręcili więc jeszcze jedną kampanię i... rozbili bank. Na ich koncie wylądowało niecałe 13,3 mln dolarów. Tyle dostała lodówka, którą kilka miesięcy wcześniej chciało niewielu.

Intrygująca gra słów (Coolest Cooler) skrywała ciekawy produkt: lodówka ma wbudowany blender do kruszenia lodu, pozwala więc robić drinki. Ma wbudowaną ładowarkę, ma pikniku nie trzeba więc martwić się o rozładowanego iPhone'a. Wbudowany głośnik Bluetooth pozwoli rozkręcić imprezę. Twórcy nie zapomnieli też o otwieraczu do butelek, podajniku na talerzyki, schowku na telefon.

Ostatecznie do wielu wpłacających lodówka nie dotarła, za to można było kupić ją na Amazonie. Twórcy zapewniali, że do kwietnia się wyrobią i wspierający akcję na Kickstarterze sprzęt dostaną, ale już wiadomo, że terminu znowu nie uda się otrzymać. Obecnie firma nie ma z czego wyprodukować brakujących egzemplarzy, więc proponuje oczekującym, by ci wpłacili dodatkowe 97 dolarów, zapewniając sobie "przyspieszoną wysyłkę”. Produktu, za który już zapłacili

Oculus Rift - czy będziemy ich używać równie chętnie jak smartfonów?Oculus Rift - czy będziemy ich używać równie chętnie jak smartfonów? Fot. Sergey Galyonkin

Historia Coolest jest bardzo podobna do kampanii drona Zano. Wtedy także udało się uzbierać zaskakująco dużą sumę pieniędzy. Twórcy jednak się przeliczyli i nie byli wstanie zrealizować zamówień. Wiele firm działających na Kickstarterze nie spodziewa się aż tak olbrzymiego sukcesu. Nie są gotowi. Nie mają doświadczenia, nie mają zasobów, nie mają aż takich możliwości jak producenci działający na rynku od dawna. Przygniata ich ciężar odpowiedzialności. Bez wsparcia dużej, obytej firmy nie jest tak łatwo. Złudna była nadzieja, że producent znikąd wprowadzi na rynek produkt, który dotrze do milionów i będzie mógł konkurować z największymi. Trudno spełnić obietnice i zrealizować zamówienie nawet dla kilkunastu tysięcy klientów. A jeśli ci się to uda, to co dalej? Co z tego, że produkt dotarł, skoro w porównaniu z konkurencyjnymi urządzeniami od znanych producentów to nisza. Nisza, którą nie warto wspierać. I z tym muszą się liczyć wszyscy ci, którzy wierzą w kickstarterowe tablety, smartfony, konsole. 

Facebook ratuje Oculus Rifta

Joanna Sosnowska pisała niedawno, jak przemyślaną decyzją było wykupienie Oculusa przez Facebooka. Kto wie, czy ważniejsze od przeczucia Zuckerberga nie jest to, że uratował Oculus Rift. Patrząc na wiele kickstarterowych projektów, które stały się klapą, niewykluczone, że Palmer Luckey i jego ekipa skończyliby podobnie. Z mnóstwem niezrealizowanych zamówień, opóźnieniami, pretensjami, kończącymi się pieniędzmi. Przypomnijmy: pierwsza wersja Oculus Rift zebrała na Kickstarterze niecałe 2,5 mln dolarów, które wpłaciło 9552 chętnych.

Oculus kłopoty z dostarczeniem wszystkich zamówień ma teraz. Brakuje komponentów i nie można wyprodukować urządzeń. Termin wysyłki wielu zamówień został opóźniony. Oculus jednak może wynagrodzić to klientom i pokrywa koszty przesyłki, a nie prosi wpłacających o dodatkowe fundusze. Co by było, gdyby Oculus wciąż musiał polegać na wpłatach z Kickstartera? Czy w ogóle udałoby się zrealizować zakładane cele? Zuckerberg nie tylko miał nosa do wirtualnej rzeczywistości, ale też zapewnił jej renomę i odpowiednie wsparcie. Za pieniądze z Kickstartera (a nawet kolejnych zamówień) Oculusa raczej nie byłoby stać na to, by do pudełka dokładać pada od Xboksa One i dwie darmowe gry. Gdy Facebook przejmował Oculusa, Luckey i spółka usłyszeli od fanów: sprzedaliście się. Dziś ci ludzie powinni przeprosić i podziękować. Kto wie, czy bez Facebooka Oculus Rift nie byłby kolejną wielką kickstarterową niespełnioną nadzieją. Wiele na to wskazuje.

Owszem, Kickstarter ma na swoim koncie parę sukcesów, jak na przykład smartwatch Pebble. Ale lista wpadek, niezrealizowanych obietnic, przesuniętych premier i skasowanych projektów jest dużo, dużo większa. Co to oznacza? Że rewolucji nie będzie i produkty nadal dostarczane będą przez bogate firmy z olbrzymimi budżetami. Dało się to przewidzieć, ale mimo wszystko mamy czego żałować.

Kickstarter nie będzie wylęgarnią konkurentów dla Google'a, Apple, Samsunga czy innych wielkich firm. Będzie, a właściwie to już jest, szansą na to, by ktoś cię zauważył i pomógł rozwinąć projekt. Tak, jak Facebook pomógł Oculusowi.