Freedom 251 - dla kogo naprawdę jest smartfon za 15 zł? Na pewno nie dla biednych

Coraz częściej świat nowych technologii zwraca się ku krajom biednym. Chce im pomóc, podczas gdy w grę wchodzi wyłącznie reklama własnego produktu.

Freedom 251 - w teorii to najpiękniejsza nazwa smartfona, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że powstaje w Indiach. Freedom, bo wolność: nawet biedni Hindusi będą mieli dostęp do Internetu i podstawowych, z naszego punktu widzenia, aplikacji. 251, bo właśnie tyle rupii kosztuje. Czyli w przeliczeniu na złotówki niecałe 15 zł. Urządzenie już zostało okrzyknięte najtańszym smartfonem świata. I dorobiło się podejrzeń o wielkie oszustwo. Gdy po raz pierwszy pisaliśmy o projekcie, było kilka pytań, na które nikt nie znał odpowiedzi:

Indyjska firma nie wybudowała jeszcze nawet fabryki, w której chciałaby produkować Freedom 251 (...) [Analitycy] podkreślają, że sprzedawanie smartfona w takiej cenie może oznaczać dla firmy jedynie straty, a dotrzymanie czerwcowego terminu premiery urządzenia jest raczej niewykonalne, zważywszy na to, że fabryka Ringing Bells jeszcze nie powstała. Czy mamy więc do czynienia z oszustwem na wielka skalę? W tym momencie nie można wykluczyć nawet takiej ewentualności.

Freedom 251 już 30 czerwca ma trafić do pierwszych klientów. Na razie do grupki wybranych. Tak należy nazwać 200 tysięcy osób, które otrzymają smartfona. Chętnych było nieco więcej, około 70 mln. Nawet jeśli Freedom 251 wyląduje w domach pierwszych klientów, to nadal nie będziemy mieli pewności, czy uda się zrealizować piękną ideę, jaką jest smartfon dla każdego. Może na tych 200 tysiącach firma poprzestanie? Tym bardziej że swój cel osiągnęła - o Freedom 251 i ich twórcach napisał cały świat.

Freedom 251Freedom 251 fot. Freedom 251

Zabawne zderzenie cywilizacji. My zastanawiamy się, czy da się stworzyć smartfona za 15 zł. Albo czy taki sprzęt do czegoś się nada. A jeśli już zaczynamy wierzyć w przedsięwzięcie, to wyszukujemy dla niego zastosowania. Będzie dla teściowej, babci, dla małego dziecka. Freedom 251 sprawdzi się jako telefon awaryjny, idealny na działkę, na wakacje - czytam w komentarzach pomysły, jak wykorzystać telefon za mniej niż 20 zł.

Czy tani smartfon jest potrzebny?

I jakoś nikt nie zadaje sobie pytania: czy rolnik w Indiach potrzebuje smartfona? Czy biednego rolnika w ogóle stać nawet na telefon za cztery dolary? Czy farmerzy, biedni, bez wykształcenia, będą umieli obsługiwać smartfona?

Odpowiedź na te pytania znajduję w książce "Głód”:

Największy kraj demokratyczny na świecie – jak lubią się wyrażać Hindusi – ma 1,2 miliarda mieszkańców i prawdopodobnie osiągnie liczbę 1,35 miliarda w 2020 roku. Z tej liczby 680 milionów nie ukończyło szkoły podstawowej, 800 milionów nie ma telewizora, 950 milionów nie ma kuchenki gazowej, 980 milionów – toalety. I prawie 200 milionów należy do kasty „nietykalnych”. (Że nie wspomnimy, żeby się nie powtarzać, o setkach milionów głodujących). Z czego nic – z niezgłębionych dla mnie względów – nie kłóci się z zasadą demokracji. Ale w Indiach jest również 550 milionów telefonów komórkowych. Są to formy nowoczesności Tego Innego Świata.

Są też oczywiste "plusy" tego postępu:

Kilka miesięcy temu trafił jej się [znalazła] porządny telefon komórkowy i dostała za niego 400 rupii. Czterysta rupii to 8 dolarów, a sądząc z opisu, tym telefonem był iPhone; używany wart jest około 20 tysięcy rupii. – Tego dnia kupiłam dzieciom trzy kawałki kurczaka. Małej trochę nie posłużyło; całą noc bolał ją potem brzuszek.Wiem - na podstawie biednych nie możemy negować rozwoju i postępu. To, że żyją głodujący i bezdomni nie oznacza, że w tych samych miastach ludzi nie stać na iPhone’a. Owszem, są biedni i potrzebujący, ale są też ci, którzy znajdą te cztery dolary i, kto wie, ich życie jakoś się polepszy.

To jednak i straszne, i dziwnie absurdalne jak wykorzystując nieszczęście innych ludzi chce się sprzedać produkt nam, bogatym. Szczerze: kto z nas potrzebuje kolejnego smartfona za 4 dolary? Freedom 251 z naszego punktu widzenia jest ciekawostką, gadżetem, zabawką, którą się kupi, by po chwili wrzucić do szuflady. Ale dorabia się też do tego ideologię, że sprzęt może pomóc potrzebującym. Choć oczywiście nikt nie zadaje pytań "jak" i czy się uda. To nieważne - liczy się to, że może pomóc. Teoretycznie. 

I od razu Freedom 251 zyskuje - bo niby jest potrzebny. I straszne, i dziwnie absurdalne jest też to, jak technologia może zmącić obraz na temat danego kraju czy społeczeństwa. Skoro mają smartfony - nawet za 15 zł - to nie jest z nimi tak źle. Przerabialiśmy to przy okazji problemu z uchodźcami. Wiele osób uznanych zostało za niepotrzebujących pomocy, bo mieli smartfony. Tak jakby fakt, że w danym kraju jest iPhone, WiFi i PlayStation sprawia, że społeczeństwa głód czy bomby nie dotkną.

Ale to wszystko pokazuje też, jak złe jest nasze myślenie. Że są miejsca, gdzie smartfon czy WiFi wcale nie są rozwiązaniem problemu. Że nie w tym rzecz, że priorytety powinny być inne. O tym jednak zapominamy i tacy producenci jak Ringing Bells wydają się dobrzy. Owszem, to biznesmeni, wiedzą jak zarobić, na pewno chcą zarobić, ale mimo wszystko - pomagają. Jak Facebook, który przecież chce dostarczać Internet do najbiedniejszych regionów. I wpada się w pułapkę: przecież nie można powiedzieć "chleba, nie Internetu!”, bo to populizm. Więc dla świętego spokoju lepiej przyznać, że bieda i głód jest problemem, ale bez Internetu czy technologii byłoby jeszcze gorzej.  

Oderwani od rzeczywistości

Jest w tym jednak jakieś okrucieństwo. Technologia sprawia, że odrywamy się od rzeczywistości; przyjmujemy, że skoro na całym świecie są iPhone’y, to mniej więcej wszędzie jest tak samo. Wiadomo, wielu innych ma gorzej niż my, ale można odnieść wrażenie, że wielkiej przepaści nie ma. Tak jakby ten "trzeci świat” nie istniał; albo już nie jest "trzecim światem” skoro ma smartfony. Co z tego, że za cztery dolary, smartfon to smartfon.

Świat, w którym wszyscy są połączeni - to marzenie FacebookaŚwiat, w którym wszyscy są połączeni - to marzenie Facebooka fot. Paul Butler

W dyskusjach o "dochodzie podstawowym” często pada argument: musi być, ponieważ będzie zbyt duża nierówność. Tak jakby dzisiaj, pięćdziesiąt czy sto lat temu tej różnicy nie było; tak jakby nie było milionów bez pracy, głodujących; tak jakby nie było miliarderów, którzy mają więcej niż reszta. Ale nie, dopiero gdy my, Amerykanie i Europejczycy, zostaniemy bez pracy, bo zastąpią nas roboty, to wtedy najbogatsi się zlitują i podzielą się z biednymi. Nie widzimy, nie chcemy widzieć innego świata, a technologia w tym pomaga. Dostaną smartfony i Internet, więc są tacy jak my.

Ten "technologiczny egocentryzm” może i byłby zabawny oraz naiwny, gdybyśmy ze swoimi smartfonami i Internetami nie docierali "tam”. Ale kiedy zaczynamy dyskutować o tanich smartfonach dla biedoty, pokazujemy, jak oderwani jesteśmy od rzeczywistości. I tylko się ośmieszamy tworząc science-fiction o biednych rolnikach, którzy czekają na aplikacje. I bogaczach, którzy będą dzielić się zyskami, bo przyjdą roboty.

I najgorsze jest to, że na tych mrzonkach wybijają się ci, którzy obiecują smartfony czy Internet dla biednych, a tak naprawdę liczą na to, że zwrócą naszą uwagę. O to im właśnie chodzi - by w oczach nieznających "tamtej” rzeczywistości jawić się jako dobroczyńcy. To najlepsza reklama. Okrutna reklama.