Wojsko szuka miejsc na balony z radarami. Szczegóły niejawne, ale to ma być elektroniczna straż granicy

Przez internet przetoczyła się wieść, że wojsko chce w podkarpackiej wsi umieścić "balon z potężnym radarem". Tak naprawdę nie jest to jednak pewne. Wojsko od kilku lat szuka miejsc na posterunki aerostatów rozpoznawczych. I na razie tyle. Szuka. Nie wiadomo, kiedy mogą pójść za tym konkrety, bo wojsko uznało je za niejawne.

Najnowsze wieści rozgrzewające internet dotyczą miejscowości Kurzyn na Podkarpaciu. Ósmego września odbyło się tam spotkanie wojskowych z mieszkańcami, o którym poinformował lokalny portal informacyjny sztafeta.pl.

Temat pojawił się w wielu innych mediach z tytułami mówiącymi o "potężnym radarze NATO" czy "strachu przed promieniowaniem na Podkarpaciu". Mają one jednak niewiele wspólnego z rzeczywistością.

Plany są, ale niejawne

Tak naprawdę wojsko już od co najmniej 2018 roku jeździ po różnych miejscowościach w Polsce, sprawdzając potencjalne miejsca pod instalację aerostatów. Wieści o niektórych wizytach trafiają do lokalnych mediów i temat eksploduje, podobnie jak w przypadku Kurzyna. W 2018 roku emocje wywoływała wieś Sępólno Wielkie w Zachodniopomorskim. W 2019 roku Kisielice w Warmińsko-Mazurskim. Za każdym razem doniesienia medialne były sformułowane w ten sposób, jakby sprawa była przesądzona i w każdej z tej miejscowości miał zawisnąć aerostat z radarem.

Tymczasem nic nie jest pewne. Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych w odpowiedzi na nasze pytania napisało:

Proces oceny, oraz prowadzone w jego ramach rekonesanse, mające na celu wskazanie i wybór optymalnej lokalizacji na terenie kraju na potrzeby przyszłych posterunków aerostatowych, nie zostały zakończone

Oznacza to tyle, że wymienione wcześniej trzy miejscowości mogą w przyszłości mieć unoszący się nad sobą aerostat z radarem. Albo i nie. Bo może wojsko uzna jakąś inną lokalizację za lepszą.

Dalsze szczegóły wojsko uznaje to za informację niejawną. Jak ustaliliśmy w Inspektoracie Uzbrojenia, w ramach programu zakupu aerostatów w połowie tego roku zakończono Fazę Analityczno-Koncepcyjną. Czyli ustalono, co właściwie chcemy kupić. Teraz może zostaną rozpoczęte prace nad realizacją chęci, czyli zakupem aerostatów.

Kiedy, ile i jakie mogą się pojawić nad Polską, nie wiadomo. W 2019 roku, w odpowiedzi na zapytanie portalu Defence24.pl wojsko stwierdzono jedynie, że pieniądze na ich zakup są w planach modernizacji do roku 2026. Jednak jeśli już dojdzie do zakupu, to na pewno będzie ich więcej niż jeden. Do pokrycia całej północno-wschodniej Polski wystarczy kilka. Na przykład cztery.

Zobacz wideo

Z góry widać więcej

"Balony", czy też "sterowce", o których zazwyczaj piszą media, są formalnie nazywane przez wojsko aerostatami rozpoznawczymi. Po prawdzie są to zakotwiczone do ziemi balony kształtem przypominające nieco dawne sterowce. Są nowoczesnym wcieleniem pierwszego praktycznego użycia balonów na polu walki. Podczas I wojny światowej, zanim na dobre upowszechniły się samoloty, używano ich do wynoszenia w górę obserwatorów. Z dużej wysokości mogli patrzeć w miarę bezpiecznie, przez lunety i lornetki, na pozycje przeciwnika i daleko za nie.

Współcześnie ludzkiego obserwatora zastąpiono elektroniką, ale koncepcja użycia pozostaje podobna. Z dużej wysokości można patrzeć dalej. Dotyczy to także elektroniki. Pisaliśmy już wcześniej, w jaki sposób zasięg widzenia radarów określa fizyka. Prostym sposobem na zwiększenie ich zasięgu i ułatwienie wykrywania celów lecących na małej wysokości, jest umieścić je wysoko. W ten sposób powstały specjalistyczne samoloty rozpoznawcze - latające radary. W rodzaju E-3 Sentry, E-2 Hawkeye czy Saab Erieye. Samoloty nie mogą jednak utrzymywać się długo w górze. Zazwyczaj jest to maksymalnie kilkanaście godzin, pod warunkiem tankowania w powietrzu. Bezzałogowe aerostaty mogą natomiast wisieć w górze tygodniami bez przerwy i przez większą część roku. Dodatkowo są znacznie tańsze w eksploatacji i zakupie.

Mają jednak słabe strony. Podstawowa to mały udźwig. Największe z obecnie stosowanych, mogą unieść maksymalnie około tonę na wysokość około 4,5 kilometra. Nie daje to możliwości zamontowania w nich "potężnych" radarów. Ich bardzo dobre możliwości wynikają z wysokości, na jakiej pracują. Dodatkowo dla aerostatów poważnym zagrożeniem może być pogoda. Zwłaszcza silne wiatry i burze. No i są wielkimi, nieruchomymi, łatwymi do zniszczenia celami. Nadają się więc na wojny w rodzaju tej w Afganistanie, albo na czasy pokoju i pierwsze chwile prawdziwej wojny.

Amerykanie mają co sprzedać

Największymi użytkownikami i producentami aerostatów są obecnie Amerykanie. Już w latach 80. umieścili oni na swojej południowej granicy szereg posterunków obserwacyjnych z systemem o nazwie TARS. Działają z powodzeniem do dzisiaj. Okazały się być bardzo przydatnym, stosunkowo tanim rozwiązaniem do elektronicznej kontroli granicy. Zwłaszcza do zwalczania przemytu narkotyków, ponieważ radar L-88 podwieszony pod aerostaty TARS bardzo dobrze wykrywa niewielkie i nisko lecące samoloty, czy szybkie łodzie motorowe. Robi to na dystansie nawet 370 kilometrów.

Doświadczenia z eksploatacji systemu TARS wykorzystano do stworzenia mniejszych aerostatów na potrzeby sił ekspedycyjnych w Afganistanie i Iraku. Zakładane w tych krajach liczne bazy i posterunki były częstymi celami ataków. Postanowiono więc umieścić w wielu z nich aerostaty, wyposażone między innymi w kamery działające w podczerwieni. Dzięki temu obsada bazy zyskiwała niemal permanentny ogląd okolicy w promieniu wielu kilometrów.

Prowadzono też prace nad nowymi dużymi aerostatami JLENS, mającymi służyć do wczesnego ostrzegania przed atakami samolotów i rakiet lecących na małych wysokościach w odległości rzędu 500 kilometrów, oraz do naprowadzania na nie rakiet systemów przeciwlotniczych. Po obiecującym starcie w pierwszej dekadzie tego wieku program zaczął mieć jednak problemy z powodu spadającego zainteresowania wojska, wysokich kosztów (cena jednego była szacowana na 175 milionów dolarów) i cięć w budżecie Pentagonu. Gwoździem do trumny okazał się być wypadek w 2015 roku, kiedy jeden z aerostatów zerwał się z uwięzi na poligonie. Uciekinier przez trzy godziny dryfował nad stanem Pensylwania, ciągnąc za sobą zerwany kabel, który uszkadzał linie energetyczne i pozbawił prądu kilkanaście tysięcy osób. Z tej wizerunkowej wpadki program JLENS już się nie podniósł i został zamknięty w 2016 roku.

Aerostaty w rodzaju JLENS produkują Izraelczycy. Od początku wieku sami używają i z powodzeniem eksportują system o nazwie EL/M-2083. Służy on głównie do ostrzegania przed samolotami i rakietami nadlatującymi na małych wysokościach. Ma móc wykrywać cele na dystansach rzędu nawet 500 kilometrów.

System w rodzaju JLENS czy EL/M-2083 byłyby wielkim wzmocnieniem polskiego systemu obrony przestrzeni powietrznej. Nie posiadamy i nie zanosi się, aby ten stan rzeczy się zmienił, latających radarów na samolotach. Aerostaty byłyby stosunkowo tanim wypełnieniem tej luki. W razie wybuchu wojny zapewniłyby polskiemu wojsku wczesne ostrzeżenie przed atakiem lotniczo-rakietowym. W czasie pokoju mogłyby z powodzeniem służyć do lepszej kontroli granicy. Zwłaszcza w rejonie Podkarpacia, gdzie regularnie dochodzi do nielegalnych lotów niewielkich samolotów, śmigłowców czy dronów, służących do przemytu z Ukrainy.