Czarnek: "jesteśmy cały czas inwigilowani w internecie", "komisja ble ble". Tłumaczymy ten mechanizm

Bartłomiej Pawlak
- Jesteśmy cały czas inwigilowani w tym świecie internetu... - powiedział minister Przemysław Czarnej, wypowiadając się na temat ewentualnego powstania sejmowej komisji śledczej. To fakt. Wszyscy jesteśmy śledzeni w sieci, ale sami się na to godzimy. A skala tego śledzenia jest kompletnie nieporównywalna. Tłumaczymy, jak działa ten mechanizm.
Zobacz wideo Walka ze społeczeństwem obywatelskim i szpiegostwo międzynarodowe wśród zastosowań Pegasusa. Jak to działa?

Od początku afery związanej z wykorzystaniem Pegasusa do podsłuchiwania osób niewygodnych władzy, politycy PiS robią, co mogą, aby bagatelizować problem. Jedni próbują marginalizować jego wagę, inni udają, że mylą oprogramowanie szpiegowskie Pegasus z konsolą do gier o tej samej nazwie lub próbują obrócić wszystko w żart. Teraz gdy opozycja stara się powołać sejmową komisję śledczą w tej sprawie, na temat Pegasusa wypowiedział się minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek.

Czarnek: Jesteśmy cały czas inwigilowani w tym świecie internetu

Na antenie Polskiego Radia minister stwierdził, że "jeżeli teraz mamy badać przejawy inwigilacji przez ostatnie 17 lat to jest komisja ble, ble, ble" (tak, to prawdziwe słowa jednego z najważniejszych polityków partii rządzącej). Stwierdził również, że komisja jest "bez sensu", "niepotrzebna" i "z gruntu niekonstytucyjna". Powiedział jednak coś jeszcze:

Inwigilacja, jak państwo powchodzicie na strony internetowe, na portale internetowe czy szukacie czegoś w Google, to później macie różne odpowiedzi. Jak szukamy, nie wiem, butów, żeby kupić w internecie, to później przez kilka dni mamy oferty butów. Jesteśmy cały czas inwigilowani w tym świecie internetu i powszechnego dostępu do internetu więc o jaką inwigilację chodzi

- stwierdził Czarnek, dodając, że jest przekonany, że jego telefon "też jest gdzieś przez kogoś słuchany".

Google nas podsłuchuje? Sami dajemy mu dane na tacy

Trzeba przyznać, że właściwie Czarnek nie minął się w tej wypowiedzi z prawdą. Faktycznie szukając jakiegoś produktu w internecie, znajdujemy potem reklamy zachęcające do zakupu tego lub podobnego przedmiotu. Problem w tym, że minister trochę odwrócił kota ogonem. Nie jest to objaw jakieś nielegalnej inwigilacji prowadzonej potajemnie przez internetowego giganta (jak wydaje się sugerować wypowiedź), ale praktyka transparentna i znana od lat.

Tak właśnie działają reklamy spersonalizowane, czyli takie, które są dobrane do preferencji konkretnego użytkownika. Są zdecydowanie skuteczniejsze i bardziej opłacalne dla reklamodawców, bo podsuwają internautom produkty, którymi prawdopodobnie są zainteresowani, a więc być może je kupią. Zresztą firmy, takie jak Google tłumaczą (np. w tym miejscu), jak działają reklamy spersonalizowane i niespersonalizowane oraz dlaczego są wyświetlane.

Te pierwsze opierają się na naszych wcześniejszych zainteresowaniach, dlatego szukając butów w sieci, reklamodawcy będą zachęcać nas do ich zakupu. Algorytmy dostosowują podpowiedzi, opierając się m.in. na tzw. ciasteczkach (ang. cookies), które zapisywane są przez przeglądarkę przy wejściu na dowolną witrynę internetową.

Oczywiście to fakt, że giganci internatowi, producenci aplikacji czy twórcy stron internetowych zbierają o nas często ogromne ilości danych. Problem w tym, że godzimy się na to, korzystając z ich przeglądarek, systemów operacyjnych czy surfując po sieci.

Co więcej, w całej Unii Europejskiej (w tym w Polsce od 2013 roku) właściciele stron internetowych mają obowiązek informowania o tym, że dana strona w jakikolwiek sposób (nie tylko poprzez cookies) gromadzi dane na temat użytkownika. Wchodząc na dowolną witrynę w internecie, możemy wyrazić na to zgodę lub dostosować ustawienia dotyczące gromadzenia danych. Jeśli nie godzimy się na taką - jak to określił minister Czarnek - inwigilację, możemy z danej strony internetowej nie korzystać.

Możemy zablokować zbieranie danych do personalizacji reklam

Jest jednak jeszcze jeden, najwygodniejszy sposób, który pozwala nie dopuścić do pojawiania się w sieci spersonalizowanych reklam. Można skorzystać z trybu prywatnego, nazywanego też incognito lub specjalnej przeglądarki (np. Firefox Focus). Po zamknięciu okna prywatnego przeglądarki zebrane dane na nasz temat są usuwane z pamięci danego urządzenia, przez co przy następnym otwarciu przeglądarki reklamodawcy nie będą znać naszych preferencji.

W ustawieniach smartfona możemy też dokładne określić, do jakich danych ma dostęp przeglądarka internetowa i zakazać jej chociażby korzystania z lokalizacji telefonu. Bardziej świadomi użytkownicy mogą połączyć te rady z użyciem VPN-a, czyli wirtualnej sieci, która pozwala na ukrycie prawdziwego adresu IP urządzenia.

A zatem, jeśli ktoś widzi reklamy przykładowych butów w sieci, to dlatego, że sam (często nieświadomie) pozwolił reklamodawcom, aby dowiedzieli się, że szuka butów. Ponadto, dla większości osób nie jest to informacja szczególnie wrażliwa, a jeśli dla kogoś jest, może skorzystać z prostych metod pozwalających ją ukryć. Taki sposób "inwigilacji" - choć oczywiście może budzić jakieś kontrowersje - nie ma żadnego porównania z działaniem Pegasusa.

Szpiegowskie narzędzie NSO Group może wykradać z telefonu zdjęcia i filmy, podsłuchiwać i przekierowywać rozmowy telefoniczne, nagrywać dźwięki rejestrowane przez mikrofon, podglądać kogoś na żywo przy użyciu kamery w niemal dowolnym miejscu, stale śledzić jego lokalizację, a nawet wykradać poufne informacje z aplikacji, w tym hasła. Co ważne, robi to bez zgody i wiedzy ofiary. Zrównywanie przez ministra skali inwigilacji w obu tych przypadkach jest zatem co najmniej absurdalne.

Więcej o Pegasusie przeczytasz na Gazeta.pl

Więcej o: