Polityczna walka przed zaplanowanymi na listopad wyborami prezydenckimi w USA wkracza w decydującą fazę. Startująca z ramienia Partii Demokratycznej Kamala Harris i jej republikański rywal Donald Trump walczą zaciekle nie tylko o głosy wyborców, ale również o finansowanie kampanii, która pomoże im do tychże wyborców dotrzeć.
To finansowanie mogą zapewnić im pieniądze amerykańskich miliarderów, którzy w ostatnim czasie coraz chętniej jednoznacznie opowiadają się po wybranej stronie sporu politycznego. Jak wylicza Forbes, bogaci Amerykanie przekazali 116 mln dolarów na kampanię Kamali Harris. Kandydatka demokratów otrzymała wsparcie m.in. od Michaela Bloomberga (twórca pochodzącej od jego nazwiska agencji prasowej), współzałożyciela portalu LinkedIn Reida Hoffmana czy finansisty Michaela Moritza.
Na jeszcze większe pieniądze mógł liczyć Donald Trump. Na konto jego kampanii za pośrednictwem różnorakich komitetów wyborczych (tzw. PAC) trafiło już ponad 162 mln dolarów. Trump uzyskał wsparcie m.in. od finansisty Andrew Beala, współtwórcy sieci Home Depot Bernarda Marcusa czy Miriami Adelson, właścicielki sieci kasyn oraz piątej najbogatszej kobiety w USA.
Motorem napędowym kampanii Trumpa stał się J.D. Vance, który w lipcu br. został ogłoszony kandydatem Partii Republikańskiej na wiceprezydenta USA. Amerykański senator przez lata był jednym z najbardziej prominentnych inwestorów w Santa Clara. Teraz wykorzystuje swoją pozycję i kontakty, aby zachęcać miliarderów z Doliny Krzemowej do sypnięcia groszem na rzecz kandydata republikanów.
Na cel wziął m.in. Petera Thiela, inwestora, współzałożyciela PayPala, a zarazem jedną z barwniejszych (ale i najbardziej kontrowersyjnych) postaci w świecie technologii. Choć Thiel oficjalnie poinformował, że nie wesprze żadnego z kandydatów w wyborach, to jednak Vance liczy, że uda mu się go przekonać do zmiany zdania.
W wywiadzie dla "Financial Times'a" Vance stwierdził m.in., że Thiel to "z założenia konserwatywny facet" i nadszedł czas, aby "zszedł z linii bocznej i wsparł drużynę".
Zdaję sobie sprawę, że (Thiel - red.) jest zmęczony polityką. Ale będzie nią jeszcze bardziej zmęczony, gdy przegramy i Kamala Harris zostanie prezydentem
- zaznaczył Vance w rozmowie z "FT".
Nie jest tajemnicą, że Thiela i Vance'a od lat łączą bardzo bliskie relacje. Ba, można wręcz powiedzieć, że współzałożyciel PayPala był dla republikańskiego senatora trampoliną do biznesowego oraz politycznego sukcesu. W latach 2016-2017 Vance był dyrektorem należącej do Thiela Mithril Capital. Z kolei w 2022 r. Thiel przeznaczył 15 milionów dolarów na kampanię Vance'a do amerykańskiego Senatu.
Sęk w tym, że wbrew narracji tworzonej przez JD Vance'a Thiel wcale nie należy do wielbicieli Trumpa oraz jego polityki. Owszem, w wyborach w 2016 roku zagłosował na kandydata Partii Republikańskiej i wsparł jego kampanię kwotą 1,5 mln dolarów, ale jak sam potem podkreślał, był to raczej wyraz desperacji.
W opublikowanej w listopadzie 2023 r. obszernej rozmowie z serwisem The Atlantic, Peter Thiel stwierdził m.in., że oddanie głosu na Donalda Trumpa było z jego strony "niezbyt wyraźnym krzykiem o pomoc", a poparcie go okazało się bardziej "szalone" i "niebezpieczne", niż mógł się spodziewać.
Nie potrafili sprawić, by nawet najbardziej podstawowe elementy rządu zaczęły działać. Nie sprostali moim najniższym oczekiwaniom
- recenzował rządy ekipy Donalda Trumpa w latach 2016-2020 Peter Thiel.
Do grona fanów Donalda Trumpa z pewnością należy natomiast inny miliarder, który w przeszłości także był związany z Peterem Thielem (założyli razem wspomnianego PayPala). Chodzi oczywiście o Elona Muska.
Pod koniec lipca "The Wall Street Journal", powołując się na swoje źródła poinformował, że najbogatszy człowiek na świecie zamierza niezwykle hojnie wspierać kampanię wyborczą Trumpa. Z ustaleń "WSJ" wynikało, że Elon Musk będzie przekazywać na rzecz kandydata Partii Republikańskiej w wyborach prezydenckich kwotę 45 mln dolarów miesięcznie.
Kilka dni później Muska zaprzeczył jednak jakoby zamierzał wspierać Trumpa tak wielkimi dotacjami. W rozmowie z prawicowym komentatorem politycznym Jordanem Petersonem stwierdził, że doniesienia "WSJ" nie są zgodne z prawdą, choć jednocześnie potwierdził, że utworzył komitet America PAC, za pośrednictwem którego zamierza przekazywać mniejsze środki na kampanię wyborczą.
W rozmowie z Petersonem Elon Musk kilkakrotnie dystansował się od Donalda Trumpa. Stwierdził m.in., że nie "zapisał się do kultu jednostki", choć przyznał też, że Trump wykazał się "wielką odwagą" po próbie zamachu na jego życie.
W sierpniu Musk i Trump odbyli bardzo sympatyczną rozmowę (mylnie nazwaną wywiadem) na platformie X, podczas której nie szczędzili sobie komplementów. - Jesteś niesamowity, Elon. Robisz świetną robotę. Inspirujesz - stwierdził Trump. - Pan znajdzie drogę do dobrobytu. Kamala (Harris - red.) odwrotnie - odwdzięczył się Musk.
Trump nie poprzestał jednak na komplementach. Republikański kandydat zapowiedział, że w przypadku zwycięstwa w tegorocznych wyborach prezydenckich zaoferuje Elonowi Muskowi stanowisko doradcy w jego administracji, "jeśli tylko ten się zgodzi". "Jestem gotowy, by służyć" - napisał w odpowiedzi Musk.