Oszukani przez streaming. Dlaczego wracamy do piractwa?

Daniel Maikowski
Mieliśmy płacić jeden abonament i mieć dostęp do kultury całego świata. Tymczasem dekadę po streamingowej rewolucji znów budzimy się w cyfrowym średniowieczu. Płacimy coraz więcej, a dostajemy coraz mniej. Efekt? Powrót cyfrowego piractwa.
The Pirate Bay
fot. Marta Kondrusik | Gazeta.pl

Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że problem piractwa został rozwiązany, a era torrentów, podejrzanych playerów i forów z linkami do najnowszego odcinka "Zagubionych" i "Breaking Bad" odeszła do już do historii. Wystarczyło przecież zapłacić kilkanaście złotych miesięcznie, aby mieć dostęp do gigantycznej biblioteki filmów i seriali (Netflix) czy też muzyki (Spotify) - szybko, legalnie i w bardzo dobrej jakości. Piractwo przestało być modne, bo stało się... niewygodne. Po co łamać prawo i ryzykować, skoro legalna oferta kosztuje nas mniej, niż czas poświęcony na szukanie pirackich treści? 

Zobacz wideo iPhone'a i MacBooka zna każdy. Ale są takie sprzęty, o których Apple nie chce pamiętać [TOPtech]

Tymczasem w 2025 roku wracamy do punktu wyjścia. Ludzie znów kasują subskrypcje, przeskakują pomiędzy platformami, szukają nielegalnych transmisji i oglądają seriale tam, gdzie nie trzeba się logować pięć razy, żeby zobaczyć jeden odcinek. Streaming, który miał być remedium na piractwo, stał się karykaturą. Rozpadł się na kawałki, obrósł w reklamy i absurdalnie zdrożał. 

Użytkownicy wracają pod piracką banderę

Potwierdzają to twarde dane. Jak wynika z raportu firmy analitycznej MUSO, monitorującej nielegalny obrót treściami, jeszcze w 2020 roku liczba wizyt na stronach pirackich spadła do historycznego minimum 130 miliardów. Jednak do 2024 roku znów wystrzeliła do aż 216 miliardów. To wzrost, którego nie da się zignorować. Piractwo wróciło, tyle że pod inną banderą. Zamiast ściągać pliki na dysk twardy, po prostu streamujemy je z "alternatywnych" źródeł. Jak zauważają eksperci z MUSO, 96 proc. piractwa filmowo- serialowego w 2023 roku pochodziło z nielegalnego streamingu (IPTV), a nie z torrentów.

W USA jeden na trzech użytkowników otwarcie przyznaje się do piracenia i to mimo rekordowej liczby legalnych subskrypcji. Co symptomatyczne, nawet oficjalne sklepy z aplikacjami omyłkowo dopuszczały pirackie apki, zanim zdążyły je usunąć.

W Europie, jak podaje ubiegłoroczny raport EUIPO (Urząd Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej), statystyczny użytkownik odwiedza pirackie strony około 10 razy miesięcznie. W Polsce to "tylko" osiem wizyt, ale w skali kraju oznacza to 129 milionów wejść miesięcznie i ponad siedem mld zł wartości konsumowanych w ten sposób treści.

Deloitte w raporcie z 2023 r. wskazywał, że 7,3 mln Polaków korzysta z nielegalnych serwisów VOD. To aż jedna piąta kraju. Co więcej, choć liczba użytkowników spadła o 900 tys. względem 2016 roku, ich aktywność wzrosła: wejścia na pirackie serwisy filmowo-serialowe podskoczyły o 36 proc., a na strony z nielegalnym streamingiem telewizji o 8,8 proc. 

platforma streamingowa - zdjęcie ilustracyjne, Robert Way / iStock
platforma streamingowa - zdjęcie ilustracyjne, Robert Way / iStockplatforma streamingowa - zdjęcie ilustracyjne, Robert Way / iStock

Jak chciwość zabiła złotą erę streamingu

Aby zrozumieć, dlaczego piractwo wraca, musimy zrozumieć, co je wcześniej pokonało. Streamingową rewolucję rozpoczął Netflix, który w pierwszej dekadzie XXI wieku z internetowej wypożyczalni filmów DVD przekształcił się w pierwszą globalną platformę VOD. To całkowicie zmieniło zasady gry. Za dość rozsądną miesięczną opłatę użytkownicy zyskiwali dostęp do dużej biblioteki filmów i seriali. Netflix był synonimem dostępu. Nie musiałeś wiedzieć, która wytwórnia wyprodukowała film. Wchodziłeś na Netfliksa i on tam był. Było tanio, szybko i legalnie. Do czasu.

Sukces Netfliksa obudził bowiem chciwość w gabinetach prezesów Disneya, Warner Bros., Paramountu i innych medialnych koncernów. Zaczęli oni wycofywać swoje produkcje z oferty streamingowego giganta, aby zbudować własne zamknięte platformy. To był początek końca złotej ery streamingu.

Dziś rynek streamingowy to pole minowe. Chcesz obejrzeć "Stranger Things"? Płacisz Netfliksowi. Chcesz "Mandaloriana"? Płacisz Disney+. Masz ochotę na "Rodzinę Soprano"? Witaj w HBO Max. Interesuje cię "Rozdzielenie"? Pora wykupić abonament Apple TV+.

Doszliśmy do momentu absurdalnej fragmentacji. Żeby mieć dostęp do popkulturowego "niezbędnika", trzeba opłacać cztery lub pięć subskrypcji jednocześnie. Miesięczny koszt takiego pakietu dawno przekroczył cenę starej, "drogiej" kablówki, od której przecież chcieliśmy uciec.

Przeklikiwanie się pomiędzy aplikacjami SVOD (Subscription Video on Demand) w poszukiwaniu "czegoś ciekawego do obejrzenia" zaczyna przypominać kompulsywne przełączanie kanałów na pilocie. Ma to także związek z coraz słabszą jakością oferowanych produkcji. Koncerny świadomie przedkładają bowiem ilość nad jakość. To z kolei upodabnia serwisy streamingowe do kanałów tematycznych w telewizji kablowej.

67 złotych za piksele, czyli koniec taniego oglądania

Gwoździem do trumny okazały się podwyżki. Skończył się okres dumpingu cenowego, kiedy platformy dopłacały do interesu, byle tylko zwiększyć bazę użytkowników. Teraz inwestorzy powiedzieli "sprawdzam", a korporacje sięgnęły do naszych kieszeni.

Netflix w pakiecie Premium (niezbędnym, jeśli masz telewizor 4K i nie chcesz oglądać "pikselozy") kosztuje już 67 zł miesięcznie. Inne serwisy depczą mu po piętach. Co gorsza, serwisy zaczęły wprowadzać plany z reklamami. Płacisz, a i tak oglądasz spoty promujące proszek do prania. To złamanie podstawowej obietnicy streamingu.

Do tego dochodzi również "shrinkflation" jakości. Bitrate (jakość przesyłu danych) na wielu platformach jest obniżany, by oszczędzać na serwerach. W rezultacie piracka wersja filmu zgrana z płyty Blu-ray w pełnej jakości oferuje często lepszy obraz i dźwięk niż legalny stream, za który płacimy krocie.

Platformy coraz agresywniej ścigają też użytkowników dzielących się kontem ze znajomymi. Netflix zaczął od weryfikacji "gospodarstwa domowego" i dodatkowych opłat, a Disney+ w 2024 r. wprowadził identyczne blokady. Max i Amazon testują własne warianty. To kolejny element układanki: ceny rosną, wygoda spada, a użytkownicy coraz częściej szukają tańszych, nawet jeśli nielegalnych, alternatyw.

Nie będziesz miał nic i będziesz szczęśliwy

Jednocześnie w ostatnich latach byliśmy świadkami bezprecedensowego usuwania własnych treści przez platformy. W 2023 r. Disney+ usunął serial "Willow" i dziesiątki innych produkcji zaledwie kilka miesięcy po premierze, by odpisać je od podatku. Warner Bros. wyrzucił z biblioteki HBO Max niezwykle popularny serial "Westworld". Te produkcje nie trafiły do konkurencji. One po prostu zniknęły z legalnego obiegu.

To z kolei przypomina nam brutalną prawdę: w cyfrowym świecie nie posiadasz tak naprawdę niczego. Płacisz tylko czynsz za dostęp. Nie wiesz, czy twój ulubiony film, serial, album muzyczny lub gra za tydzień, miesiąc i rok wciąż będzie znajdować się w bibliotece danej platformy.

To właśnie ten aspekt napędza zjawisko "data hoarders". Chodzi o użytkowników, którzy archiwizują pirackie kopie nie z chęci zysku, ale ze strachu przed cyfrową amnezją. Paradoksalnie piractwo stało się jedynym gwarantów trwałości kultury. Wystarczy spojrzeć choćby na rynek gier wideo, gdzie często to właśnie grupy zapalonych hobbystów ratują kultowe tytuły, zanim staną się "lost media" (termin oznaczający media, takie jak filmy, seriale, muzyka i gry, które nie są nigdzie dostępne).

Spirala śmierci i powrót "kablówki 2.0"

Streamingowa rewolucja zjada dziś własny ogon. Platformy mają coraz większy problem z uzyskaniem lub utrzymaniem rentowności, bo model "każdy sobie" jest nie do utrzymania finansowo dla przeciętnego gospodarstwa domowego. 

Widzimy już pierwsze oznaki rynkowej paniki i konsolidacji. Disney+ łączy się z Hulu w USA, a Netflix właśnie ogłosił przejęcie koncernu Warner Bros. wraz z platformą HBO Max. Paramount, który przegrał bitwę o WB, również szuka ratunku w fuzjach. Operatorzy telekomunikacyjni tworzą pakiety "wszystko w jednym". Historia zatoczyła koło. Streaming staje się powoli "kablówką 2.0", tyle że droższą.

Ten tekst nie jest pochwałą piractwa. Większość ludzi chce płacić za treści, co udowodnił streamingowy boom, z którym mieliśmy do czynienia na przestrzeni ostatniej dekady. Konsumenci chcą wspierać twórców. Ale muszą też myśleć o swoich portfelach.

Jeśli legalna ścieżka staje się torem przeszkód usianym coraz wyższymi opłatami, reklamami i znikającymi treściami, to użytkownik wybierze drogę na skróty. Nie zawsze tę właściwą. Renesans piractwa w 2025 r. nie jest żadnym "antykapitalistycznym buntem". Jest raczej czerwoną kartką pokazaną branży, która w pogoni za słupkami w Excelu zapomniała o odbiorcy.

Najlepiej podsumował to już w 2011 r. Gabe Newell, współzałożyciel Valve i twórca platformy Steam, która od lat znana jest ze swojego prokonsumenckiego podejścia do użytkowników. "Piractwo niemal zawsze wynika z problemu z usługą, a nie z ceną" - stwierdził. W tej kwestii chyba nic się nie zmieniło.

Daniel Maikowski
Więcej o: