Firma Western Digital, jeden z największych producentów dysków twardych na świecie, poinformowała, że wyprzedała już praktycznie całą swoją zdolność produkcyjną na rok 2026. Oznacza to, że choć do końca roku zostało jeszcze ponad 10 miesięcy, to z taśm produkcyjnych WD nie zejdzie ani jeden nośnik, który nie został wcześniej zarezerwowany i opłacany.
Irving Tan, CEO Western Digital, podczas konferencji, podsumowującej wyniki kwartalne, przyznał również, że większość przestrzeni magazynowej została przydzielona jego "siedmiu największym klientom". Co więcej, z danych WD wynika, że dzięki wzrostowi popytu ze strony tzw. klientów korporacyjnych, rynek konsumencki odpowiada obecnie za zaledwie 5 procent. przychodów firmy.
Dla "przeciętnego "Kowalskiego" i wielu mniejszych firm oznacza to jedno: potężną lukę w podaży, która nieuchronnie wywinduje ceny w sklepach do absurdalnych poziomów.
Jeszcze do niedawna w branży IT panowało przekonanie, że era klasycznych dysków talerzowych (HDD) dobiegła końca. Wieszczono ich rychłą śmierć. Powód był prosty: nowoczesne nośniki półprzewodnikowe, zwłaszcza szybkie dyski SSD na złączu M.2, oferują nieporównywalnie wyższą prędkość. Są bezgłośne, odporne na wstrząsy i z roku na rok stawały się coraz tańsze. Wydawało się, że "talerzowce" odejdą do lamusa razem z płytami CD.
Dlaczego dziś znów przeżywają swój renesans? Głównym powodem jest ogromne zapotrzebowanie firm na pojemność. Modele LLM muszą być trenowane na niewyobrażalnie dużych zbiorach danych (teksty, obrazy, wideo), które muszą być gdzieś przechowywane.
Do tego dochodzi oczywiście kwestia kosztów. Choć pamięci SSD są bez porównania szybsze, to jednak w przypadku budowy gigantycznych centrów danych, koszt przechowywania danych na dyskach HDD jest nadal nieporównywalnie niższy.
Kryzys na rynku pamięci (zarówno RAM, jak i masowej) powoduje już gigantyczne zamieszanie w branży elektroniki użytkowej. Nie mówimy tu tylko o zaporowych cenach, ale o fizycznym braku sprzętu.
Doskonałym przykładem jest firma Valve. Twórcy platformy Steam ogłosili właśnie oficjalnie czasową niedostępność swojej popularnej konsoli Steam Deck OLED. Powód? Brak podzespołów na rynku, w tym pamięci masowej i RAM-u.
W branży głośno mówi się o tym, że zapowiadany powrót komputerów Steam Machine, a także prace nad Steam Deckiem 2, mogą zostać mocno opóźnione. Znaleźliśmy się w absurdalnej sytuacji. Firmy mają gotowe projekty i ogromne budżety, a po drugiej stronie stoją miliony klientów gotowych zapłacić za sprzęt. Brakuje natomiast krzemu, by ten sprzęt fizycznie zbudować.
Warto przy tym zaznaczyć, że rynek komputerów osobistych nie przeżywa dziś historycznego renesansu, a popyt na tradycyjne PC wcale drastycznie nie wzrósł. Gdzie zatem trafiają wszystkie produkowane podzespoły?
Odpowiedź na to pytanie kryje się w centrach danych, należących do takich gigantów jak Google, Microsoft czy OpenAI. Firmy te inwestują liczone w dziesiątkach miliardów dolarów kwoty w infrastrukturę niezbędną do trenowania modeli nowej generacji.
Superkomputery trenujące AI nie zadowolą się podzespołami z naszych domowych pecetów. Potrzebują ekstremalnie szybkiego transferu danych, a to oznacza konieczność stosowania pamięci typu HBM (High Bandwidth Memory). Niestety, proces jej wytwarzania jest nieporównywalnie trudniejszy i bardziej czasochłonny niż "wypiekanie" standardowych kości DDR5.
Dla największych graczy na rynku pamięci (Samsung, SK Hynix czy Micron) rachunek ekonomiczny jest bezlitosny. Z biznesowego punktu widzenia, produkcja klasycznego RAM-u (DDR) czy kontrolerów dla dysków SSD przynosi stosunkowo niewielkie marże. Z kolei produkcja pamięci HBM dla sektora AI to biznes o gigantycznej, wręcz niespotykanej dotąd rentowności.
Pula dostępnych mocy przerobowych dla rynku konsumenckiego drastycznie się kurczy. Zwykli producenci sprzętu muszą dosłownie walczyć o resztki zasobów. To właśnie ten mechanizm rynkowej desperacji jest powodem, dla którego w najbliższym czasie za każdy gigabajt pamięci zapłacimy znacznie więcej niż jeszcze przed rokiem.