Brexit. UE stawia ultimatum Johnsonowi. "Złamanie prawa międzynarodowego". Będzie "no deal"?

Bruksela żąda od premiera Borisa Johnsona, by do końca września wycofał z Izby Gmin projekt przepisów, które łamią umowę brexitową w sprawie Irlandii. Unia grozi Londynowi trybunałami międzynarodowymi.

Brytyjski rząd złożył w środę projekt – znanych wcześniej z przecieków prasowych – przepisów, które podważyłby szczególny status Irlandii Płn. ustalony w umowie brexitowej Unii z Londynem. Chodzi o częściowe utrzymanie Irlandii Płn. w obszarze celnym UE oraz pod rygorami unijnych zasad subsydiowania biznesu, by móc w ten sposób zachować „niewidzialną granicę” między Irlandią oraz brytyjską Irlandią Płn. także po 31 grudnia tego roku, czyli po zakończeniu pobrexitowego okresu przejściowego.

Umożliwiony przez przepisy Unii ruch bez żadnych kontroli, w tym celnych, na granicy wewnątrzirlandzkiej był jednym z fundamentów dla procesu pokojowego z porozumienia wielkopiątkowego z 1998 r. - Unia Europejska nie przyjmuje argumentów, że celem nowych brytyjskich przepisów jest ochrona porozumienia wielkopiątkowego. W istocie Unia Europejska uważa, że jest przeciwnie – ogłosił dziś Marosz Szefczovicz, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, po zwołanym w nagłym trybie posiedzeniu pobrexitowej komisji unijno-brytyjskiej w Londynie.Szefczovicz, co powtórzono potem w jego pisemnym oświadczeniu, powiedział swemu brytyjskiemu rozmówcy Michaelowi Gove’owi, że sam fakt złożenia takiego projektu w Izbie Gmin łamie - wynikający m.in. z umowy brexitowej - obowiązek „postępowania w dobrej wierze”.

UE uznała plany rządu Johnsona za zamiar „nadzwyczaj poważnego złamania prawa międzynarodowego”. Szefczovicz w imieniu UE zażądał dziś „jak najszybszego, a najpóźniej do końca września” wycofania spornych zapisów z projektu złożonego w Izbie Gmin. I ostrzegał, że w przeciwnym razie UE może wejść w spór sądowy z Londynem. Znane z brukselskich przecieków analizy prawne Komisji Europejskiej wskazują, że Unia w kwestii łamania zapisów irlandzkich może żądać kar finansowych od Londynu przed TSUE, a także w ramach procedur arbitrażowych związanych z – ratyfikowaną przez obie strony - umową o wyjściu Brytyjczyków z UE.

Amerykańskie ostrzeżenie

Johnson od miesięcy przekonuje Brytyjczyków o zaletach przyszłej umowy handlowej z USA. Ale ostatniej nocy Nancy Pelosi, spikerka amerykańskiej Izby Reprezentantów, jednoznaczne oświadczyła, że nie będzie zgody parlamentu USA na żadną umowę handlową z Brytyjczykami, jeśli ci złamią zapisy o Irlandii Płn. z umowy brexitowej. Losy porozumienia wielkopiątkowego cieszyły się sporym zainteresowaniem Kongresu USA już podczas negocjowania warunków brexitu m.in. za sprawą – jak zwykle - sprawnego politycznego lobbowania Amerykanów z irlandzkimi korzeniami.

Jawnie głoszony przez rząd Johnsona zamiar złamania prawa międzynarodowego, czyli umowy brexitowej doprowadził do publicznej krytyki także ze strony kilku torysowskich znakomitości. Theresa May, poprzedniczka Johnsona na fotelu szefa rządu, pytała w Izbie Gmin, jak Londyn zamierza w przyszłości przekonywać innych partnerów międzynarodowych, że będzie przestrzegać podpisywanych z przez nich umów. – Jeśli stracimy reputację kraju honorującego swe zobowiązania, stracimy coś bezcennego i może nie do odzyskania – powiedział były torysowski premier John Major.

Czy będzie „no deal”?

Pomimo takiej eskalacji między Wlk. Brytanią i Unią dziś w Londynie ósmą rundę rokowań co do pobrexitowej umowy handlowej finalizował – bez wielkich postępów - główny unijny negocjator Michale Barnier ze swym brytyjskim odpowiednikiem Davidem Frostem. Najtrudniejszym punktem negocjacji jest wymóg Unii, by Brytyjczycy w umowie o handlu z UE bez ceł i bez kwot eksportowych zobowiązali się do utrzymania reguł pomocy publicznej (subsydiów dla firm) na poziomie unijnym. Chodzi o to, by dotowani Brytyjczycy nie stanowili dumpingowego zagrożenia dla np. Francuzów albo Niemców na rynku UE. Rząd Johnsona zarówno w sprawie specjalnego statusu Irlandii Płn., jak i rokowań nad umową handlową posługuje się teraz hasłem „obrony suwerenności”, której – jak głosi David Frost – miałyby zagrażać zobowiązania wobec Unii.

Awantura o Irlandię Płn. poważnie wzmocniła w UE pesymizm co do szans na zawarcie umowy handlowej przed zakończeniem pobrexitowego okresu przejściowego. Ale niektórzy unijni dyplomaci nadal nie wykluczają, że zapowiedź złamania międzynarodowgo traktatu jest dla premiera Johnsona „tylko” chwytem negocjacyjnym, by wyszarpać więcej ustępstw od Unii.

„No deal” byłby najdotkliwszy dla Brytyjczyków, ale i kosztowny dla UE. Narażenie różnych krajów Unii na koszty „no deal” próbowano jeszcze przed brexitem opisywać za pomocą „współczynnika integracji” z Wlk. Brytanią, który np. eksperci MFW szacowali na podstawie obrotów handlowych (głównie poprzez stabilne łańcuchy dostaw), powiązań finansowych, ale też migracji. I chociaż w Wielkiej Brytanii mieszka blisko milion Polaków, to „współczynnik integracji” (a zatem i ryzyka wynikłego z „no deal”) dla Polski, Rumunii, Bułgarii, Grecji i Chorwacji szacowano na około dwa razy niższy od współczynnika niemieckiego. Najbardziej powiązane z Brytyjczykami były w tym zestawieniu Belgia, Holandia, Luksemburg. A zupełnym rekordzistą Irlandia. Polska w przypadku „no deal” mogłaby ucierpieć m.in. z powodu zakłóceń w eksporcie spożywczym, ale niewykluczone, że w krótkiej perspektywie głównym zagrożeniem byłby dalszy spadek brytyjskiego PKB i zawirowania wokół kursu funta, co odbiłby się na przekazach finansowych od emigrantów zarobkowych.

Artykuł pochodzi z serwisu Deutsche Welle.