Usuwanie pazurów, rozrywanie uszu. Nawet 550 tys. zwierząt cierpi, żeby turyści byli zadowoleni

Żebyśmy mogli jeździć na grzbiecie słonia lub robić sobie zdjęcia z tygrysem, zwierzęta te muszą przejść prawdziwą gehennę. Eksperci apelują: podróżujmy świadomie, biorąc pod uwagę to, że jesteśmy odpowiedzialni za dobrostan ssaków, ptaków i innych stworzeń.

Choć świadomość dotycząca praw zwierząt i tego, w jakich warunkach przetrzymywani są podopieczni cyrków, sanktuariów czy parków rozrywki rośnie, wykorzystywanie dzikich zwierząt w turystyce wciąż jest bardzo popularne. Autorzy pracy "Kontrowersyjna turystyka z wykorzystaniem zwierząt" wskazują, że według szacunków ekspertów na świecie jest od 230 tys. do 550 tys. zwierząt, których dobrostan jest zły, ponieważ są one wykorzystywane w celach rekreacyjnych. Dla porównania jedynie od 1,5 tys. do 13 tys. zwierząt pracujących w przemyśle turystycznym traktuje się tak, że wpłynęło to na ich stan w sposób pozytywny. Badacze z Oxfordu, analizując komentarze i oceny na stronie TripAdvisor w 2015 roku, stwierdzili z kolei, że aż 80 proc. turystów nie zważa na dobrostan zwierząt lub nie zdaje sobie sprawy ze szkodliwości atrakcji, które je wykorzystują.

- Jakie to smutne, że turyści, często przyciągani do takich miejsc przez dobrze rozumiane zainteresowanie zwierzętami, wspierają ośrodki, które nie tylko trzymają dzikie zwierzęta w złych warunkach, ale szkodzą ich ochronie - powiedział David Macdonald, dyrektor oksfordzkiej jednostki badawczej ds. ochrony przyrody w rozmowie z "National Geographic".

Zwierzęta będące atrakcją turystyczną pełnią różnorodne funkcje. Czasem biorą udział w rywalizacji między sobą, czasem stają się myśliwskim trofeum, a czasem służą jako środek transportu lub obiekt, który można uchwycić na fotografii. Choć wielu podróżnych o tym nie wie, duża część tych istot doświadcza przemocy, strachu i chorób tylko dlatego, że na atrakcje z ich udziałem jest duży popyt. 

Zobacz wideo Tygrysy mogły zdechnąć i tak byłyby sprzedane "na części". Przemyt przez Polskę sięga miliardów

Przejażdżka na słoniu. Zanim turysta wsiądzie na jego grzbiet, ktoś inny złamie jego ducha

Jedną z najpopularniejszych atrakcji turystycznych z wykorzystaniem zwierząt jest przejażdżka na słoniu. Z takiej usługi można skorzystać m.in. w Kambodży i Tajlandii. Korzystającym z niej osobom często wydaje się, że słoniom nie dzieje się krzywda - są zadbane, czyste, zdrowe, a opiekun głaszcze je i karmi smakołykami. To, czego nie widać, to tygodnie brutalnej tresury, określanej mianem phajaan

Słowo to tłumaczone jest często jako "oddzielanie duszy od ciała" albo "łamanie ducha". Phajaan to rodzaj treningu, który ma doprowadzić do podporządkowania słonia człowiekowi. Cała procedura rozpoczyna się z reguły pomiędzy trzecim a szóstym rokiem życia słoniątka. W tym czasie jest ono odbierane matce, a następnie umieszczane w drewnianej klatce, która jest tak mała, że zwierzę nie może się w niej położyć ani w niej usiąść. Małemu słoniowi, który stawia opór, nie podaje się jedzenia ani wody. Zamiast tego jest on poddawany bolesnym torturom - jego oprawcy rozcinają mu uszy, przypalają jego skórę i biją po głowie metalowym hakiem, który wbija się czasem tak głęboko, że trudno go wyjąć. W którymś momencie zrezygnowane zwierzę ustępuje. Rany się goją, ale strach przed bólem wyrządzanym przez ludzi w nim pozostaje, dlatego posłusznie wykonuje polecenia swojego opiekuna. Tak wytresowane zwierzę może wozić turystów na swoim grzbiecie, malować obrazy w "szkołach malarstwa" dla słoni albo robić przyjezdnym masaż trąbą.

 

Selfie z tygrysem. Żeby klient był bezpieczny, dzikim kotom usuwa się pazury

Współczesny przemysł turystyczny umożliwia podróżnym robienie zdjęć z tygrysami, a nawet spacerowanie z nimi na smyczy. W tym biznesie przodują państwa południowo-wschodniej Azji, ale selfie z dzikimi kotami można zrobić sobie także w wielu parkach rozrywki w krajach globalnej Północy, płacąc za to równowartość kilkudziesięciu dolarów.

Niechlubnym przykładem wykorzystywania tygrysów w celach zarobkowych jest tzw. Świątynia Tygrysów, czyli klasztor buddyjski Wat Pa Luangta Bua Yannasampanno w Tajlandii. Ośrodek ten przez lata miał opinię miejsca, w którym mnisi żyją z dzikimi kotami w zgodzie, otaczając je miłością i troską. Prawda okazała się jednak zupełnie inna. W 2016 roku duchowni zostali oskarżeni o znęcanie się nad tygrysami, w związku z czym odebrano im 147 zwierząt. W przeciągu kolejnych trzech lat 86 z nich zmarło. Jednym z powodów słabej kondycji tygrysów były prawdopodobnie choroby genetyczne spowodowane parowaniem blisko spokrewnionych osobników. Podczas kontroli przeprowadzonej na terenie klasztoru znaleziono także zamrożone zwłoki młodych tygrysów. Podejrzewa się, że mnisi rozmnażali te dzikie koty po to, aby czerpać z tego zysk. Sprzedaż tygrysów, nawet martwych, to intratny interes, bo części ciał tych zagrożonych wyginięciem zwierząt wykorzystywane są m.in. w medycynie tradycyjnej. Mięso tygrysa jest z kolei przysmakiem kuchni chińskiej i wietnamskiej.

Los dzikich kotów spędzających życie w takich ośrodkach jak Świątynia Tygrysów nie jest usłany różami. Często przetrzymywane są w ciasnych klatkach, nie są odpowiednio odżywiane, nie mają zapewnionej opieki weterynaryjnej, a na czas kontaktu z turystami są narkotyzowane. Żeby nie wyrządziły ludziom krzywdy, usuwa się im pazury. W niektórych miejscach dzikie koty trzymane są na krótkich łańcuchach, przez co bez przerwy chodzą w kółko, co szkodzi ich zdrowiu psychicznemu. Poniższe nagranie pokazuje tygrysa, który jest uwiązany na łańcuchu tak krótkim, że zwierzę nie może nawet w pełni podnieść głowy. Wszystko po to, aby odwiedzający to miejsce ludzie mogli zrobić mu zdjęcie z bliska.

 

Karmienie lwiątek butelką. Obietnice o wolności nigdy się nie spełnią

Jedną z gałęzi turystyki, która wykorzystuje zwierzęta, jest tzw. wolonturystyka. Jest ona popularna przede wszystkim wśród młodych mieszkańców Zachodu, którzy chcą podróżować, jednocześnie robiąc coś dobrego. Celem ich podróży są z reguły kraje położone w Afryce, Azji lub Ameryce Południowej. Turyści, którzy udają się na zagraniczne wolontariaty, często mają bardzo dobre chęci, ale nie wiedzą, że chcąc pomóc, szkodzą. Dotyczy to m.in. projektów związanych z ochroną środowiska.

W internecie można znaleźć dziesiątki ofert dotyczących możliwości wyjazdu do tzw. lwich sanktuariów, w których rzekomo dba się o małe lwiątka, aby na późniejszym etapie ich życia wypuścić je na wolność. Wolontariusze karmią je z butelek, głaszczą, dbają o nie przez kilka tygodni, żyjąc w przekonaniu, że pracują na rzecz ochrony przyrody. Prawda jest jednak taka, że lwy wychowywane w ten sposób nie mogą zostać wypuszczone, bo nie dałyby sobie rady na łonie natury, a jednocześnie mogłoby stanowić zagrożenie dla ludzi. Wykarmione przez wolontariusza lwiątko nigdy nie zazna pełni wolności, ale kiedy dorośnie, może dać na sobie zarobić po raz drugi.

W Afryce Południowej kwitnie biznes polegający na hodowli lwów, których przeznaczeniem jest śmierć w wyniku tzw. canned hunting, czyli polowania, w którym myśliwy nie musi tropić zwierzyny, bo przyszłe trofeum czeka na niego na ogrodzonym terenie. Zwierzęta hodowane w tym celu mogą być wykorzystywane właśnie jako maskotki w sanktuariach stworzonych z myślą o wolontariuszach, ale często dorastają w jeszcze gorszych warunkach. Lwy hodowane dla myśliwych przetrzymywane są w hangarach, w których nie mają dostępu do światła słonecznego ani świeżej wody. Zdarza się też, że przez całe swoje życie nie mają okazji, aby postawić łapę na trawie. W wielu krajach hodowle tego typu wciąż są legalne. Specjaliści z Yale oszacowali, że w Południowej Afryce żyje od 7 tys. do 14 tys. zniewolonych lwów. Dla porównania na wolności jest ich około 20 tysięcy. 

Instagram i Tinder reagują na zdjęcia z dzikimi kotami. Cierpienie zwierząt może ukrócić rosnąca świadomość

Jednym ze zjawisk, które przyczyniły się do wzrostu popytu na atrakcje turystyczne wykorzystujące zwierzęta, jest rozwój mediów społecznościowych. Turyści szukają miejsc i wrażeń, którymi warto pochwalić się na Facebooku i tych, które dobrze wyglądają na zdjęciach na Instagramie. Pocieszającym może być fakt, że internetowi giganci zdają się być świadomi swojej współodpowiedzialności za cierpienie zwierząt. Dla przykładu użytkownik Instagrama, który wpisze w wyszukiwarkę hashtag #tigertemple, zobaczy powiadomienie o tym, że szuka treści, które mogą zachęcać do szkodliwego zachowania względem zwierząt. Po apelach organizacji PETA na rosnącą liczbę zdjęć z dzikimi kotami zareagował także Tinder. Choć ta popularna aplikacja randkowa nie zablokowała takich fotografii, wezwała swoich użytkowników, aby nie przyczyniali się do cierpienia dzikich kotów, robiąc sobie z nimi zdjęcia. 

Wydaje się, że najlepszą metodą walki z atrakcjami turystycznymi, które wykorzystują zwierzęta w nieetyczny sposób, jest uświadamianie samych podróżnych. Im mniej osób będzie zainteresowanych jazdą na słoniu czy robieniem sobie zdjęć z tygrysem, tym mniej zwierząt będzie przetrzymywanych w szkodliwych dla ich życia i zdrowia warunkach. Taką diagnozę stawiają autorzy pracy "Kontrowersyjna turystyka z wykorzystaniem zwierząt", którzy piszą:

Odpowiednim sposobem na poprawę jakości życia zwierząt w branży turystycznej, lepszym niż zakazy i sankcje, wydają się: przekazywanie rzeczowych informacji oraz rzetelna edukacja na temat negatywnego wpływu zachowań konsumentów-turystów na dobrostan zwierząt. Turyści powinni nauczyć się brać odpowiedzialność za to, że ich wakacje będą zrównoważone, także poprzez wkład w dobrostan zwierząt. [...] W tym względzie przemysł turystyczny również ma do odegrania kluczową rolę, informując swoich klientów o prawach i dobrostanie zwierząt oraz uświadamiając im, że ponoszą za niego odpowiedzialność

Osoby, które wybierają się w podróż do Azji czy Afryki, a które nie chcą przyczyniać się do cierpienia zwierząt, powinny zachować czujność. Wszelkie miejsca, w których można wejść w bezpośrednią interakcję ze zwierzęciem oraz te, w których jest podejrzanie dużo młodych osobników, w ten czy inny sposób szkodzą swoim podopiecznym - czy to odbierając młode matkom, czy to bijąc je i strasząc, czy też szkodząc ochronie przyrody. Im mniej turystów w życiu dzikich zwierząt, tym lepiej dla tych drugich. 

Przeczytaj też: Ciemna strona rajskich miejsc coraz częściej wychodzi na jaw