To wciąż jedna z najdziwniejszych katastrof naturalnych w historii ludzkości i jednocześnie historia wciąż nie do końca wyjaśniona. Sierpniowej nocy, ponad trzy dekady temu, unosząca się z Nyos chmura "wyssała" tlen z powietrza wokół jeziora. Zginęli ludzie, zwierzęta gospodarskie, padły nawet muchy.
21 sierpnia 1986 roku wieczorem mieszkańcy wiosek Cha, Nyos i Subum w północno-zachodnim Kamerunie jak zwykle położyli się spać. Rano wstało niewielu z nich. Jak relacjonował kilka dni później "The Washington Post", w jednej z tych wiosek - Nyos - liczącej około 1000 mieszkańców, zmarli wszyscy poza dwiema osobami - kobietą i jej dzieckiem.
"Dziennikarze opisywali, że okolica wyglądała jak po wybuchu bomby neutronowej, ze szkodami tylko dla żywych istot i bez widocznego wpływu na wiejskie chaty oraz inne budynki. Kilka kurczaków wydawało się być jedynymi zwierzętami, które przetrwały w trzech najbardziej dotkniętych [katastrofą] wioskach" - relacjonował amerykański dziennik.
Liczbę ofiar w ludziach początkowo szacowano na ponad 1500, ostatecznie ustalono, że zginęło 1746 osób i padło ponad 3500 zwierząt gospodarskich. Ci, którzy przeżyli, budzili się rano widząc zmarłych i często nie mając pojęcia, co się stało. Inni opisywali, że widzieli ludzi krążących w stanie podobnym do odurzenia, którzy przed śmiercią zaczynali kaszleć i krzyczeć, czasem zrywając z siebie ubrania. Niektórych znaleziono ze śladami krwi wokół nosa i ust.
"Siedziałam pośród martwych ludzi" - opowiadała BBC Monica Lom Ngong. "Niektórzy z nich byli na zewnątrz, inny za domami. Wszędzie leżały zwierzęta. Psy, krowy, wszystkie". Z 56 osób z rodziny kobiety zmarły 53.
"Tego dnia na zmarłych nie było żadnych much" - mówił Ephriam Che, jeden z rolników, którzy przeżył katastrofę. Opisywał, że kiedy obudził się rankiem 22 sierpnia, szedł przerażony wzdłuż jeziora w przeraźliwej ciszy: żadnych ptaków, żadnych owadów. Niemal wszystko i wszyscy zginęli. Wielu we śnie, ale część z nich znajdowano na zewnątrz chat, jakby wybiegli w poszukiwaniu pomocy.
Niezwykłość i tajemniczość tragedii prowokowała pogłoski i spiskowe teorie o rzekomych sekretnych eksperymentach rządowych czy nowej niewidzialnej superbroni. Ocaleni opowiadali o swoich trudnościach z oddychaniem. 21 sierpnia wieczorem Che, ze swojego domu położonego na klifie nad Nyos, najpierw usłyszał dudniący dźwięk podobny do tego, jaki towarzyszy osuwaniu się skał. Potem zauważył dziwną białą mgłę nad jeziorem, ale wtedy uznał, że to po prostu zwiastun deszczu. Kładąc się do łóżka, czuł się chory. Według relacji "The Washington Post", niektórzy z tych, którzy przeżyli katastrofę, mówili, że czuli zapach gazu kuchennego.
Jak się okazało, blisko 1800 osób w Kamerunie zabił dwutlenek węgla, którego ogromne ilości wydostały się z dna jeziora Nyos. Jak do tego doszło?
Jezioro Nyos położone jest na kameruńskiej linii aktywności wulkanicznej, która biegnie przez północno-zachodnią część kraju i rozciąga się także na wyspy Zatoki Gwinejskiej. Nyos nie jest duże, ma 2 kilometry długości i maksymalnie 1,2 kilometra szerokości. Jest za to bardzo głębokie - średnia głębokość to blisko 95 metrów, a w najgłębszym miejscu sięga 208 metrów. To jezioro wulkaniczne, pod nim wciąż znajduje się kieszeń magmowa, z której ulatniają się duże ilości gazów i zbierają na dnie. Warstwa ciepłej wody na powierzchni tworzy swego rodzaju "pokrywę", która gaz zatrzymuje. Tamtej nocy ta naturalna bariera została przełamana.
Przez co? Tutaj naukowcy nie są pewni. Przyczyną uwolnienia ogromnych ilości dwutlenku węgla z Nyos mogło być trzęsienie ziemi, niektórzy podejrzewają małą erupcję wulkaniczną (choć jezioro leży na zboczu nieaktywnego wulkanu), możliwe też, że opady deszczu zaburzyły układ warstw wody albo wywołały osunięcia ziemi, która zadziałała w ten sposób.
W każdym razie, ogromne ilości dwutlenku węgla, szacowane na 100 tys. - 300 tys. ton, a przez niektórych nawet na 1,6 mln ton, przedostały się z dna na powierzchnię jeziora. Nad wodą utworzyła się gruba warstwa gazu. Gęstość tej zabójczej chmury była większa niż otaczającego jej powietrza, szybko spłynęła ona więc na niżej położone tereny okolicznych dolin, wypierając z nich powietrze. Chmura ta była gruba miejscami na kilkadziesiąt metrów. Ludzie dusili się w promieniu około 30 kilometrów od jeziora.
Co ciekawe, nie był to pierwszy taki przypadek. Dwa lata wcześniej do podobnej erupcji gazu doszło (także w sierpniu) w położonym niedaleko Nyos jeziora Monoun. Zmarło wtedy 37 osób. Także w tym przypadku nie ustalono przyczyny katastrofy. By zapobiec powtórzeniu się wypadku sprzed lat, w 2001 roku w obu jeziorach umieszczono instalacje usuwające częściowo dwutlenek węgla. Jednak już kilka lat później naukowcy ostrzegali, że to za mało, by te zbiorniki można było uznać za bezpieczne.
Na świecie odkryto jeszcze tylko jedno jezioro, w którym występują tak duże stężenia toksycznych gazów. To Kiwu, położone na granicy Rwandy i Kongo, przesycone dwutlenkiem węgla i metanem.