Przejechał Andy, przeszedł pustynię Gobi. Mateusz Waligóra rusza na Szlak Wisły

Najpierw jeździł na rowerze po wysokich górach, potem zwolnił i zaczął chodzić po pustyniach. Ostatnio jako pierwszy w historii samotnie pokonał mongolską część pustyni Gobi. Teraz Mateusz Waligóra wyruszy od źródeł Wisły, by opowiedzieć o największej polskiej rzece i jej problemach.

Pierwszą dużą wyprawą Waligóry była kilkunastomiesięczna przeprawa rowerowa przez najdłuższe pasmo górskie świata – Andy. Pieniądze odkładali dwa lata – on i jego żona Agnieszka. Przepedałowali kilkanaście tysięcy kilometrów, zwiedzili kilka krajów - zamiast planowanej połowy świata. A to dlatego, że spodobało im się niespieszne tempo, zwłaszcza Mateuszowi, który potem jeszcze zwolnił. Ale o tym za chwilę, bo na razie jeszcze trochę o rowerach.

- Jeśli chodzi o charakter osoby, która wyjeżdża na 1,5 roku na rower... To wychodzi zupełnie z przypadku. Spotykaliśmy mnóstwo ludzi, którzy wyjeżdżali na dwa miesiące, a w podróży były już od czterech lat. Byli też tacy, którzy po przejechaniu dwóch kontynentów dochodzili do wniosku, że nie lubią jeździć na rowerze. Każdy ma inną historię. Łączy nas wytrwałość i odporność na trudy oraz chęć przeciwstawiania się im – mówiła po powrocie Agnieszka.

Do Polski wrócili na trzy miesiące, złapali dorywcze prace i znów ruszyli w drogę, bo jeszcze w Kolumbii dowiedzieli się, że wygrali grant podróżniczy - od marki Polartec - na przejechanie owianej złą sławą Canning Stock Route. Mówi się o niej, że to najtrudniejsza droga wytyczona przez człowieka. Służyła do przepędzania bydła. Jej historia liczy przeszło sto lat i związana jest z dramatem Aborygenów, którzy od tysiącleci przemierzali najbardziej suchy i najsłabiej zaludniony z zamieszkałych przez ludzi kontynentów. Wytyczył ją Alfred Canning wyłącznie dzięki wiedzy pierwszych mieszkańców Australii, których torturował w celu uzyskania informacji o lokalizacji źródeł wody. Trasa ma 1800 km i wiedzie przez trzy pustynie.

Z wózkiem przez solną pustynię 

Pod koniec 2013 r. Mateusz i Agnieszka próbowali przejechać ją na rowerach. Nie udało się, głównie z powodu obfitych opadów. Pustynia w ciągu kilku dni zamieniła się miejscami w rzekę. Rok później Mateusz wrócił do Australii. Przeżył dramatycznie chwilę podczas pożaru buszu, ale w końcu po 29 dniach, pokonaniu 900 wydm i przejechaniu 1886 km dotarł na metę. - Pobudka o 4.30. Osiem łyżek musli z wodą. Temperatura - cztery stopnie powyżej zera. Rano jechałem w swetrze puchowym. I tak do 12, gdy temperatura dochodziła do 50 stopni Celsjusza. Półtorej godziny przerwy pod jakimkolwiek krzakiem, który rzucał cień. Jeśli go nie było, to pod rowerem. I jazda do oporu. Jedyne, na co masz ochotę, jak już dojedziesz, to leżeć i pić. W ciągu dwóch i pół dnia wypiłem 36 litrów wody – opowiadał o wyprawie przez Australię.

A potem zwolnił tempo. Nie zaprzestał wypraw - po prostu zrobiły się one wolniejsze. Zamiast jeździć, zaczął chodzić. W 2015 r. przeszedł samotnie Salar de Uyuni w Boliwii, największą solną pustynię świata – 170 km w 10 dni. Wszystko, co potrzebne, ciągnął na specjalnym wózku. - Gdy nie doskwiera mi wiatr, cisza zdaje się być absolutna. Przerywa ją jedynie dźwięk chrupiącej pod stopami soli. Trzeszczy aż miło. Gdy podróżujesz pieszo, kolejne kroki zdają się wyznaczać monotonny rytm, którego uzupełnieniem są dziesiątki myśli wypełniających głowę. Marsz nieuchronnie zamienia się w medytację. Od wschodu aż do zachodu słońca. Dzień za dniem – opisywał swój marsz.

Pieszo przez Gobi

W kolejny wyprawie porwał się na coś, co nie udało się dotąd nikomu – samotnie, bez wsparcia, chciał przejść mongolską część pustyni Gobi. Próbowało wielu, w tym sam Reinhold Messner, najsłynniejszy himalaista świata, który po zdobyciu wszystkich ośmiotysięczników szukał innych celów. Waligóra wyleciał do Mongolii w połowie sierpnia niepewny, czy wyprawa w ogóle się odbędzie – to był najbardziej suchy rok na Gobi w historii pomiarów, a po suszach przyszły burze i powodzie. Temperatura w nocy spadała do minus 10 stopni Celsjusza, w niektóre dni rosła do plus 35. Znów ciągnął wózek ważący czasami – gdy pakował na niego 90 litrów wody – ponad 200 kilogramów. W ciągu 58 dni pokonał 1785 km. - Kiedy oddalam sobie mapę w GPS-ie, to nie mieści mi się w głowie, jaki kawał drogi pokonałem – mówił tuż przed metą.

Następna miała być Australia. W tym roku chciał przejść ponad 3000 km przed martwe serce kontynentu. Plany pokrzyżowała pandemia koronawirusa. Zamiast tego, 3 września Waligóra ruszy z Baraniej Góry i zacznie marsz wzdłuż Wisły aż do jej ujścia w Morzu Bałtyckim. To jakieś 1200 km. Po drodze posłucha opowieści o największej polskiej rzece, porozmawia o jej problemach i spróbuje wytyczyć pierwszy w Polsce szlak długodystansowy – Szlak Wisły.

Szlak Wisły 

- Oszukiwałbym, gdybym stwierdził, że planowałem tę wyprawę od wielu miesięcy. Nie. Nigdy wcześniej nie pomyślałem o tym, aby przejść Polskę. Tak samo jak nigdy nie byłem w Kazimierzu Dolnym i Ciechocinku, Glinach Małych, Popędzynie, Zawichoście czy Mięćmierzu. Nie znam kraju, w którym żyję od 33 lat. Z tego powodu na myśl o postawieniu pierwszego kroku czuję ekscytację podobną do tej, która pojawiła się, gdy rozpoczynałem marsz przez pustynię Gobi albo rowerową podróż przez Andy – mówi przed wyprawą.

O postępach wyprawy Mateusza Waligóry będziemy informować na bieżąco na Gazeta.pl. Co tydzień będziemy również publikować rozmowę z jednym z ekspertów, który opowie o kłopotach i tajemnicach największej polskiej rzeki. Start wyprawy - 3 września.