Znaleźli sposób na drogi prąd. "Nie będą dostawać typowego rachunku"

Patryk Strzałkowski
Czy sklepikarz, urzędnik i kilkudziesięciu innych sąsiadów mogą zbudować swoją elektrownię? Taką na węgiel nie bardzo. Ale ze źródeł odnawialnych jak najbardziej. Kilkudziesięciu mieszkańców Serocka właśnie zaczęło ją zakładać. Na nieczynnym składowisku odpadów.

- To pewna zmiana myślenia, i u mieszkańców i u samorządów. Wiele gmin teraz odrabia zadanie z myślenia o energetyce - mówi Jakub Szymański, pracownik serockiego ratusza i jeden z inicjatorów stworzenia w lokalnej spółdzielni energetycznej. - Kiedyś rozpisywaliśmy jeden przetarg na zaopatrzenie i dystrybucję energii, dana firma wygrywała i temat był na rok zamknięty. Dziś nikt nie startuje w tych przetargach i musimy się głowić - tłumaczy i podkreśla: - Nie wiem, jak będzie wyglądała cena energii, ale raczej niekorzystnie. Musimy się zabezpieczać.

W mieście malowniczo położonym przy ujściu Bugu do Narwi, kilkanaście kilometrów od Warszawy, zielona energia nie jest niczym obcym. Od lat 60. działa tam elektrownia wodna. Dotarł tam też boom na fotowoltaikę - wjeżdżając do miasta widać pokryte panelami dachy supermarketów, smażalni ryb i prywatnych domów. Gmina sama montuje je m.in. na szkołach, co daje "ogromne oszczędności".

embed

Ale elektrownia na zaporze produkuje prąd dla jej właściciela (państwowego giganta PGE), a panele na dachach - dla poszczególnych gospodarstw. W Serocku postanowili spróbować także innego podejścia: wspólnego prądu, w formie spółdzielni energetycznej. Słoneczny Serock - bo tak nazywa się spółdzielnia, której prezesem jest Szymański - chce produkować czysty prąd ze słońca dla swoich spółdzielców.

W przeciwieństwie do firmy produkującej prąd spółdzielnia nie jest nastawiona na zysk (choć spółdzielcy mogą też zarabiać), a zapewnienie potrzeb. Tak, jak spółdzielnia mieszkaniowa (choć to też niekoniecznie najlepszy przykład - o czym później) zaspokaja potrzeby mieszkaniowe ludzi, spółdzielnia energetyczna zaopatruje w prąd jej członków dzięki swojej instalacji. Oczywiście nie będzie to wielka elektrownia na węgiel - z powodów technicznych, ekonomicznych i prawnych.  Ale - do czego przekonują aktywiści i eksperci promujący spółdzielnie - prąd wcale nie musi pochodzić ani z wielkich elektrowni, ani od wielkich firm.

Wciąż mierzymy się z pokłosiem myślenia o energetyce jako scentralizowanym systemie, który opiera się na kilkudziesięciu wysokoemisyjnych źródłach energii. Przyszłość to energetyka oparta o rozproszone źródła, wytwarzana lokalnie na lokalne potrzeby. To powinien być priorytet. Tak będzie zdrowiej i bezpieczniej

- przekonuje Patryk Białas, radny Katowic i szef Stowarzyszenia BoMiasto, które na początku roku opublikowało raport nt. spółdzielni energetycznych w Polsce. Pierwsza taka spółdzielnia powstała w Polsce w połowie 2021 roku. Teraz w oficjalnym rządowym rejestrze jest ich jedynie osiem, jednak tam są te na zaawansowanym etapie - powstających spółdzielni jest już kilkadziesiąt. W Niemczech takich spółdzielni jest ponad 800.

Waloryzacja składek emerytalnych. Cierpliwi mogą zyskać sporo pieniędzy. Oni dostaną wyższą emeryturę Będzie waloryzacja składek emerytalnych. Jeżeli zaczekasz, dostaniesz więcej

Dobra energia w ludziach

Serocki ratusz, w którym pracuje Szymański, tematem spółdzielni zainteresował się tuż po tym, jak w 2019 roku przyjęto nowe przepisy m.in. poszerzające zakres ich działania. - Byliśmy ciekawi, czy w społeczności znajdą się chętni do wejścia w coś nowego i nie do końca u nas znanego. Czy znajdzie się ta oddolna energia - wspomina.

Początkowo znalazło się ok. 30 osób zdecydowanych na założenie spółdzielni. Z czasem dołączyło drugie tyle. - Zaczęliśmy od otwartych spotkań dla mieszkańców z udziałem ekspertów ze Stowarzyszenia  na rzecz efektywności im. prof. Krzysztofa Żmijewskiego. Opowiedzieli o tym, czym są spółdzielnie, jak rozwijają się na zachodzie Europy. To zainteresowało pierwszych spółdzielców - mówi Szymański - 30 założycieli uważam za rewelacyjny wynik. Słyszałem o przykładach z innych miejsc w Polsce, gdzie w danej gminie po takich próbach nie było żadnych chętnych. U nas mieliśmy zainteresowanie. Była dobra energia w ludziach i ona się utrzymuje.

embed

Wśród nich jest pełen przekrój mieszkańców. Od mieszkającej samotnie starszej osoby z symbolicznym zużyciem energii, przez sklepikarza i burmistrza, po przedsiębiorcę, którego przychodnia będzie zużywać 30 proc. prądu wyprodukowanego w spółdzielni.

Prąd mają czerpać z farmy fotowoltaicznej o mocy docelowej 800 kilowatów (dla porównania przeciętna instalacja na dachu domu jednorodzinnego to zazwyczaj 3-6 kW). Koszt budowy pierwszego etapu (400 kW) to ok. 2 mln zł, który będzie pokryty z wpłat spółdzielców. Każdy, na podstawie zużycia z liczników, będzie mógł wykupić udział pokrywający jego zapotrzebowanie na prąd. Dla przeciętnego gospodarstwa domowego będzie to ok. 21 tys. zł - podobnie, o ile nie mniej, co instalacja na dachu. Co prawda prąd nie trafia do nich fizycznie - jak tłumaczy Szymański, spółdzielcy są rozrzuceni na terenie całej gminy, a duża instalacja będzie w jednym miejscu. - To bardzo upraszcza inwestowanie. Za korzystanie z publicznej sieci będziemy płacić, ale na preferencyjnych warunkach - dodaje. 

Zobacz wideo

Jak będzie to działać z perspektywy członków? - Jednostką rozliczającą, czy dostarczycielem energii, będzie spółdzielnia. Nie będą dostawać typowego rachunku za prąd. Każdy ma swoją część - proporcjonalnie do ilości wykupionych udziałów w spółdzielni - do zużycia. Ta energia jest jego i za nią w zasadzie nie płaci. To taka wirtualna autokonsumpcja. Jedynym kosztem są opłaty sieciowe i funkcjonowanie samej spółdzielni. Jeśli ktoś faktycznie zużyje więcej prądu, to dopłaci. Jeśli zużyje mniej - to spółdzielca może spodziewać się niższych wpłat na koszty spółdzielni, albo nawet wynagrodzenia w formie dywidendy - wyjaśnia Szymański.

Sieci nie nadążają za OZE

W tej chwili koszty pracy spółdzielni są "minimalne", a m.in. księgowość jest opłacana z wpisowego (400 zł). Jednak na razie nie produkuje ona jeszcze swojego prądu. Opóźnienie wzięło się m.in. z ambitnego pomysłu budowy farmy fotowoltaicznej na dawnym wysypisku odpadów. Szymański opowiada:

To jest bardzo specyficzne miejsce do realizacji jakiejkolwiek inwestycji. Takie składowisko ma wyznaczony tzw. kierunek rekultywacji - i zgodnie z nim miało leżeć nieruszane przez 50 lat. Żeby zbudować tam instalację, trzeba formalnie zmienić kierunek rekultywacji, a to musiało być poprzedzone badaniami, weryfikacją, dokumentacją. Skala tego - przyznam - zaskoczyła nas. Ale badania potwierdziły, że to da się zrobić, wiemy też, że będzie się dało przyłączyć tam instalację do sieci.

Dlaczego wybrano takie miejsce, choć wiąże się to z wyzwaniami? Szymański w ratuszu zajmuje się właśnie gospodarowaniem gruntami i planowaniem przestrzennym. Podkreśla, że myśli o przestrzeni jako urbanista i nie wyobraża sobie wycinania drzew pod panele fotowoltaiczne czy zastawienia nimi każdego kawałka wolnej ziemi.

 - W ten sposób nie przekształcamy dodatkowej przestrzeni. Ten obszar już jest przekształcony przez człowieka i "stracony" na dekady. Budowa tam farmy fotowoltaicznej nie jest stratą dla środowiska, a nawet przeciwnie, nadaje nową wartość. Po drugie to kwestia gospodarnego zarządzania mieniem gminnym - żeby jego dzierżawa nie była uszczerbkiem dla majątku publicznego. Składowisko odpadów to coś, co generuje koszty, a zamiast tego może po budowie instalacji przynosić zysk - wyjaśnia. 

Ale nawet wiedząc, że można tam budować, dokończenie formalności wymaga czasu. Do tego będzie to duża inwestycja. Koszty samych paneli pokryje wkład spółdzielców, ale trzeba będzie jeszcze zbudować trafostację. - Cały czas szukamy alternatywnych  ścieżek rozwoju. Chodzi o zrealizowanie kilku mniejszych instalacji, żeby spółdzielcy mogli jak najszybciej z tego prądu korzystać - mówi. Ich budowa to kwestia zaledwie kilku miesięcy. Kluczowa jest kwestia tego, czy dystrybutor wyda zgodę na ich przyłączenie do sieci. 

embed

W tej chwili polski system energetyczny i sieci - wciąż nieprzystosowane do nowych, odnawialnych źródeł energii - przestają sobie radzić. System był projektowany pod niewielką liczbę wielkich elektrowni, które produkują prąd stale. OZE to ich przeciwieństwo - tysiące małych instalacji, których produkcja zmienia się z godziny na godzinę i z sezonu na sezon. Nie są one nieprzewidywalne, bo produkcję można wnioskować z prognozy pogody. Ale system wymaga dostosowania. Teraz liczba odmów przyłączenia instalacji OZE rośnie lawinowo. W 2020 roku odmówiono wydania warunków przyłączenia 1300 instalacji, w 2022 - ponad 700, podaje wysokienapiecie.pl. Niewystarczająca infrastruktura czy zagrożenie przeciążeniem sieci to niektóre z technicznych powodów takich odmów.

Dla Słonecznego Serocka kluczową kwestią jest teraz to, czy dostanie zgodę na przyłączenie małych instalacji. Ale problem jest szerszy i będzie dotyczyć coraz częściej spółdzielni i innych inwestujących w OZE. Prezes Urzędu Regulacji Energetyki Rafał Gawin przyznał wprost, że sieci "stały się wąskim gardłem" transformacji energetycznej i rozwoju rynku. Wymagają "dodatkowych, znacznych nakładów finansowych", a także wsparcia w przepisach.

W grudniu rządowy zespół ekspertów wypracował rekomendowane zmiany przepisów dot. spółdzielni. Jedną z nich jest wprowadzenie ułatwień dla przyłączania nowych źródeł OZE działających na rzecz spółdzielni energetycznych. Według tego pomysłu, dystrybutor nie mógłby odmówić wydania warunków przyłączenia dla instalacji odnawialnego źródła energii, która będzie wytwarzać energię elektryczną w ramach spółdzielni energetycznej (po spełnieniu określonych warunków). Miliardy złotych na rozwój sieci przewidziano w - zamrożonym z powodów polityki PiS - unijnym Krajowym Planie Odbudowy.

Szymański liczy, że uda się zrealizować te małe instalacje w tym roku, żeby spółdzielnia mogła ruszyć. A wtedy łatwiej będzie w przyszłym roku zbudować większą farmę fotowoltaiczną z konieczną infrastrukturą. A myślami wybiega już dalej w przyszłość. Bo np. magazyn energii (jeśli znajdzie się dofinansowanie) pozwoliłby zatrzymywać prąd, zamiast oddawać do sieci, a kolejna instalacja - jak wiatrak czy biogazownia - da większą stabilność produkcji.

Energia inaczej

Energia ze źródeł odnawialnych to brak zanieczyszczenia powietrza, emisji gazów cieplarnianych, a także - potencjalnie - niższy koszt. Panele czy wiatraki nie potrzebują paliwa, więc produkcja prądu (poza kosztami konserwacji czy gruntu) jest praktycznie darmowa. Ale nie każdy ma możliwość zainstalowania paneli na dachu, czy to z powodów technicznych, czy finansowych. Tę barierę może pomóc pokonać działanie spółdzielni. 

- Są też osoby, które nie chcą martwić się własną instalacją - spółdzielcy płacą za udział i nie muszą zajmować się jej codziennym funkcjonowaniem. Oczywiście poza tym wszyscy spółdzielcy powinni raz w roku wziąć udział w walnym zgromadzeniu - mówi Szymański i dodaje - Zachętą jest też system rozliczeń i korzystne warunki prawne. Jesteśmy zwolnieni z szeregu składowych rachunku za energię - opłaty za dystrybucję, opłaty OZE, a przez to mniej narażeni na ich podwyżki.

- Ekologia i ekonomia - tak o głównych powodach dołączenia do spółdzielni mówi mieszkanka Serocka Beata Druchniak. Jej rodzina planowała założenie własnych paneli na dachu, ale gdy ze strony urzędu miasta dowiedziała się o utworzeniu spółdzielni, postanowili wybrać tę możliwość. Przewagą spółdzielni jest dla niej dzielenie kosztów i zwolnienie z części opłat, chociaż - zwraca uwagę - nie może ona liczyć np. na programy dofinansowań, jak indywidualna fotowoltaika.

Arkadiusz Pająk, przedsiębiorca i jeden z członków spółdzielni, przyznaje, że dla niego kwestie ekonomiczne, bardziej niż np. pozytywny wpływ na środowisko, były jednym z głównych powodów dołączenia do Słonecznego Serocka. - Miałem montować panele na swoim budynku, ale usłyszałem o spółdzielni i zdecydowałem się na takie rozwiązanie - mówi. Przekonało go m.in. to, że swoje panele musiałby na własną rękę konserwować, a do tego na dachu to zawsze trudniejsze niż na gruncie. Ponieważ energię chce nie tylko do domu, ale też budynku usługowego swojej firmy, potrzeby są duże i na dachu mogłoby się nie zmieścić dosyć paneli. A w spółdzielni zawsze będzie mógł wykupić większe udziały. Liczy, że inwestycja zwróci się po ok. 6 latach.

embed

Patryk Białas także wskazuje na możliwość dzielenia kosztów, czy potencjalne uzyskania lepszych warunków kredytu dla spółdzielni niż osób indywidualnych. Ale jego zdaniem zalety spółdzielni wykraczają poza kwestie opłacalności. Mogą być elementem sprawiedliwej transformacji energetycznej, przez włączanie do niej ludzi, poleganie na współpracy, kompromisach i działaniu dla wspólnego dobra. - Wspólnie produkując czystą energię, umożliwiamy zdrowe i dostatnie funkcjonowanie sobie i przyszłym pokoleniom - mówi i dodaje: - To zmiana całego paradygmatu produkcji i dystrybucji energii. Chodzi o to, żeby robić to w sposób jak najbardziej lokalny, zrównoważony i przyjazny społeczności. Celem jest z jednej strony oczywiście ograniczenie emisji gazów cieplarnianych, ale to również okazją do tego, żeby obniżyć koszty, poprawić jakość życia.

Walorem jest organizowanie społeczeństwa. Ludzie uczestniczą w spotkaniach, inwestują własny kapitał. To sprawa przyszłościowa. Spółdzielnia akumuluje ten kapitał pieniężny i społeczny na miejscu i tutaj zostanie. Czegokolwiek by nie robiła w przyszłości, będzie robiła to tutaj i będzie lokalnej społeczności pomagała - mówi Szymański.

Szymański z perspektywy gminy widzi w spółdzielni możliwość rozwiązania problemu ze smogiem, a konkretnie kopciuchów w mieszkaniach komunalnych. Gaz nie jest tu rozwiązaniem z obawy o to, że mieszkańców nie byłoby stać na opłacenie rachunku. A gminna spółdzielnia - która w Serocku może być kolejnym krokiem - dostarczyłaby do tych mieszkań swój prąd do zelektryfikowanego ogrzewania.

Zalety energetyki odnawialnej i obywatelskiej zdają się przemawiać do Polek i Polaków. W sondażach poparcie dla szybszego rozwoju OZE deklaruje 8-9 osób na 10. To przekłada się także na indywidualne wybory. Liczba mikroinstalacji fotowoltaicznych - najczęściej paneli na dachach - od początku 2019 roku do grudnia 2022 roku wzrosła 22-krotnie, do ponad 1,2 miliona. Ale to indywidualne instalacje. A co z takimi, które mają służyć wspólnotom? 85 proc. respondentów sondażu dla prowadzącej badania społeczne Fundacji More in Common zadeklarowało poparcie dla idei spółdzielni energetycznych. Jednak w oficjalnym wykazie spółdzielni energetycznych jest jedynie osiem pozycji. Co prawda przepisy pozwalające na ich tworzenie są stosunkowo nowe, a powstają dziesiątki kolejnych spółdzielni - ale to wciąż mało w porównaniu do setek np. w Niemczech. Dlaczego?

"Uchylanie drzwi zamiast szerokiego otwarcia"

Według doświadczeń Szymańskiego formalności w systemie spółdzielczym nie są dużą barierą - szczególnie w porównaniu np. do przedsiębiorstwa, które chciałoby produkować i handlować energią na zasadach rynkowych.

Jednak - obok m.in. braków sieci - niektóre niekorzystne przepisy wciąż blokują popularyzację spółdzielni, uważają eksperci. - Niektóre regulacje raczej przeszkadzają, niż pomagają w rozwijaniu tych spółdzielni. Przepisy dot. OZE wprowadzone przez ostatni rząd de facto działają tak, żeby zohydzić Polakom energetykę odnawialną - mówi Białas i wymienia:

Są ograniczenia liczby członków, liczby gmin, przedmiotu działalności, minimalnego pokrycia zapotrzebowania na energię. One mogą wynikać częściowo z tego, że nasz system energetyczny, sieci przesyłowe nie są gotowe na szybki rozwój OZE. I zamiast inwestować pieniądze w ich rozwój, to robi się przepisy blokujące energię odnawialną.

- To uchylanie drzwi zamiast ich szerokiego otwarcia. Tak, jak w przypadku słynnej ustawy wiatrakowej, gdzie niby zliberalizowano przepisy, ale wciąż mocno ograniczają możliwość budowy nowych farm wiatrowych - dodaje.

Instytut Reform w raporcie z tego roku wymienia szereg problemów prawnych dla spółdzielców - w tym niedostosowanie polskich przepisów do wymogów UE. Chodzi m.in. o wyroki próg minimalnego pokrycia własnych potrzeb energetycznych (70 proc.) oraz limit liczby członków. Zdaniem Aleksandra Śniegockiego, prezesa Instytutu, należy dążyć do takiego stanu, w którym "każdy obywatel w Polsce – niezależnie od miejsca zamieszkania i możliwości zainstalowania OZE na terenie własnego domu – będzie mógł zaangażować się w transformację za pośrednictwem społeczności energetycznej".

Wizerunkowe obciążenie spółdzielczości 

Spółdzielnie mają jeszcze jedną przeszkodę. Doświadczenia niektórych zakładanych spółdzielni pokazują, że - pomimo deklarowanego w sondażach entuzjazmu - Polki i Polacy bywają sceptyczni co do szczegółów. - Jest problem z wypaczeniem idei spółdzielczości. Obawy, czy "prezes spółdzielni nie weźmie pieniędzy i nie wyjedzie" - przyznaje Szymański. 

Zdaniem Białasa po pierwsze to przejaw tego, że dotychczas jako alternatywę do wielkoskalowej energetyki promowano rozwiązania dla pojedynczych gospodarstw. Przykładem tego "liberalnego podejścia" jest choćby nazwa rządowego programu dofinansowania paneli fotowoltaicznych: "Mój prąd". "Mój", nie "nasz". - Z drugiej strony są też uprzedzenia związane z dotychczasowym funkcjonowaniem spółdzielczości jako takiej. Prawo spółdzielcze pochodzi z 1982 roku i obciążenie idei spółdzielczości PRL-em jest bardzo silne - mówi Białas. To skojarzenia z kolektywizacją i GS-ami, marną jakością, brakiem przejrzystości. To ostatnie kojarzy się szczególnie ze spółdzielniami mieszkaniowymi. Ale aktywista wskazuje na przykłady z innych państw i przekonuje, że może to działać lepiej.

A jak poradzić sobie z wizerunkowym bagażem? - Nie ma lepszej metody, niż pokazać działanie w praktyce. Mechanizm działania jest przejrzysty, decyduje walne zgromadzenie, w którym każdy spółdzielca ma głos - mówi Szymański. On też spotkał się ze sceptycyzmem niektórych mieszkańców, a słyszał o gminach, gdzie chętnych nie było wcale. Dlatego znalezienie 60 spółdzielców uznaje za duży sukces.

...
Ten artykuł powstał przy wsparciu Free Press Unlimited i E3J.

Więcej o: