Mateusz Waligóra*: Będę się starał, żeby były to wspomnienia pozytywne. Uważam, że tej rzece jak żadnej innej w Polsce należy się dobry przekaz. Przez lata była przez ludzi wykorzystywana, zaśmiecana i zatruwana, dziś stała się narzędziem polityków do polaryzacji społeczeństwa. Oczywiście, spotykają ją olbrzymie tragedie, ale nad jej brzegami zobaczyłem mnóstwo miejsc, które chciałbym odwiedzić po raz drugi. Polska to nie tylko góry i morze.
Kiedy usłyszałem, że nad Odrą można znaleźć jedne z ostatnich lasów łęgowych w Europie i porównuje się je z Amazonią, to tylko uśmiechnąłem się pod nosem. Niespecjalnie w to dowierzałem, sam na co dzień mieszkam nad tą rzeką we Wrocławiu. Ale kiedy przepływałem obok łęgów porastających brzegi Odry w województwie lubuskim, to zadziwiły mnie ich rozmiary i dzikość przyrody. To jasne, że to nie Amazonia, ale nigdy czegoś takiego nie widziałem. Przepiękny był odcinek w Krzesińskim Parku Krajobrazowym, czy park narodowy Ujście Warty. To baśniowe, idylliczne krajobrazy, wciąż za mało doceniane.
Na samym początku wyprawy byłem pod wrażeniem dzikości innego odcinka Odry - jej meandrów.
Ale to chyba jedyne miejsce nad Odrą, do którego człowiek się nie dobrał. Można poczuć się tam jak w głuszy. Zapamiętam też spotkania ze zwierzętami - jak to spod Krosna Odrzańskiego, gdy pierwszy raz w życiu zobaczyłem z bliska bielika. Chodził po plaży kilka metrów obok mnie. Zalewie kilometr od miasta! W województwie opolskim spotkałem wielbłąda, którego ktoś hodował na jednym z gospodarstw niedaleko rzeki. Wtedy pomyślałem, że klimat rzeczywiście musiał się zmienić. Potwierdziły to pomiary - wrzesień był rekordowo ciepły. A także winiarze, którzy powiedzieli, że zaczynają sadzić szczepy winogron przeznaczone dla krajów o cieplejszym klimacie.
To bardzo trudne zadanie. Odniosłem wrażenie, że polaryzuje nas jak żadna inna rzeka. Z jednej strony to dobrze, bo nie jest nam obojętna i nam, jako narodowi, na niej zależy. Ale z drugiej, interesy nad Odrą wydają się być bardzo sprzeczne ze sobą. Osoby, które się o niej wypowiadają, są absolutnie wierne swoim przekonaniom. Trudno więc będzie znaleźć język porozumienia.
Od zdania sobie sprawy z faktu, że Odrze ta promocja się po prostu należy. To atrakcyjna rzeka, o której warto mówić, w którą warto inwestować. Widać, że jedne województwa rozumieją to bardziej, a inne mniej. W województwie śląskim i opolskim nie widziałem, żeby rzeka była jakkolwiek promowana, brakowało szlaków pieszych i rowerowych. Odra płynie tam sobie na uboczu, z dala od ludzi, oddzielona od nich polami upraw. Czwarty raz idę przez Polskę, ale żadna poprzednia wyprawa nie wymagała tak dużej pracy na etapie opracowania trasy. To prowadzi do prostej konkluzji - Odra nie jest traktowana w Polsce jako atrakcja turystyczna. Lepiej sprawa się miała na Dolnym Śląsku i w województwie lubuskim. Historycznie toczyło się tam kiedyś nad rzeką życie, turyści przyjeżdżali do licznych kurortów. A dziś w końcu pojawili się ludzie, którzy próbują tę tradycję wskrzesić.
Taki, który do mnie przemawia: dopóki nie zapuścimy się nad Odrę, nie doświadczymy życia w jej bliskości, to nie dowiemy się, co tak naprawdę mamy na wyciągnięcie ręki. Jak każda z wędrówek po Polsce, marsz wzdłuż Odry uświadomił mi, że wielkie przygody nie są kwestią znajdowania egzotycznych celów. Możemy je przeżyć na własnym podwórku. Im lepiej poznamy Odrę, tym łatwiej będzie nam o niej opowiadać i ją promować. Należy się jej zmiana wizerunku. Marzy mi się, żeby zerwać z myśleniem o niej, jako o tej zaniedbanej, drugiej, mniej idealizowanej niż Wisła. Ale to spojrzenie nie zmieni się, póki nie dostrzeżemy jej walorów i tego, co może nam zaoferować prócz faktu, że czasem spławimy nią węgiel, rudy i ścieki z kopalni.
Tym razem w pamięć nie zapadło mi żadne konkretne spotkanie. Raczej proste gesty, które świadczyły, że nie jestem intruzem. Dwie panie pracujące w małym sklepie zrobiły mi kanapki z serkiem i pomidorami, a jeden pan gonił mnie przez wioskę z szynką konserwową i mrożoną herbatą. Niby to nic, zwykły banał, ale czwarty raz wędruję przez Polskę i czwarty raz mam wrażenie, że kiedy spotykamy się na żywo twarzą w twarz, to jesteśmy dla siebie dobrzy, a źli bywamy głównie, kiedy stajemy się anonimowi. Coś zupełnie innego niż próbują nam powiedzieć politycy.
Nie wyczułem tego napięcia w spotkanych ludziach. Słyszymy o walce dwóch plemion, a ja widziałem raczej osoby zrezygnowane i zmęczone polityką, bez wielkich chęci do głosowania na tę lub inną stronę. Mnie też bliskość tych wyborów zmęczyła i przebodźcowała - przez miesiąc zobaczyłem setki twarzy na tysiącach plakatów. Trudno mi to nawet policzyć.
Czuję się zmęczony sposobem, w jaki politycy z plakatów mnie nagabują. A raczej straszą, bo to głównie zapamiętam. Straszą, że jeśli nie oni, to Polska nie będzie bezpieczna. Mam już dość tego straszenia. Nie chodzi tylko o PiS, chodzi o plakaty wszystkich partii. Próbuje sobie wyobrazić, ile pieniędzy zostało na to wydanych i jaki jest ślad wodny kampanii wyborczej.
Natomiast, wracając do Odry, ona nie jest na rękę żadnemu z polityków, bo ta rzeka jest zapisem błędów i zaniedbań trwających dekady.
Jej odpolitycznienie.
Każdy jeden wędkarz, którego zagadywałem, odpowiadał, że ryba nie bierze, bo jej po prostu nie ma. Dziś chodzą nad rzekę bardziej dla sportu. Zaskoczyło mnie, jak bardzo żywe są w ludziach wspomnienia powodzi tysiąclecia. Mam wrażenie, że to pierwsza rzecz, która nasuwa się, gdy pytam od Odrę. Natomiast o katastrofę ekologiczną trzeba było ludzi dopytywać i ciągnąć za język. Nie pozostawiła w nich takiego śladu.
Już nie. To samo słyszałem podczas wyprawy wzdłuż Wisły. Panuje przekonanie, że tym razem wał jest wystarczająco wysoki i żadna rzeka go nie pokona. W mojej ocenie to droga donikąd, jestem prawie pewien, że nie ma takich wałów, których duże, wezbrane rzeki nie byłyby w stanie przerwać. Brak lęku świadczy o niskiej świadomości dotyczącej sposobu, w który powinniśmy koegzystować z rzekami. Betonowanie ich brzegów i regulacja nic nie dadzą. To tylko pozorne poczucie panowania nad sytuacją. Podobnie myślę o próbie ponownego użeglownienia Odry.
Bliskie jest mi zdanie muzyka Michała Zygmunta, jednej z osób spotkanych nad rzeką. Stwierdził, że to jednostki pływające po Odrze powinniśmy dostosować do rzeki, a nie rzekę do jednostek.
Cały czas wydaje nam się, że potrafimy panować nad naturą i nawet tragedia z 1997 r. tego nie zmieniła. Ciągle próbujemy czynić sobie ziemię poddaną. Rzeczywistość bywa jednak zaskakująca. Obawiam się, że dopóki nie odwrócimy tej relacji i sami nie zaczniemy dostosowywać się do natury, to będziemy tylko na tym tracić. Mogę przejść wzdłuż wszystkich rzek w Polsce i opowiedzieć o nich, a to i tak nie nie zmieni, jeśli nie polubimy się z przyrodą.
*Mateusz Waligóra – specjalista od wyczynowych wypraw w najbardziej odludne miejsca planety. Szczególnie upodobał sobie pustynie: od Australii po Boliwię. Na koncie ma rowerowy trawers najdłuższego pasma górskiego świata – Andów, samotny rowerowy przejazd najtrudniejszą drogą wytyczoną na Ziemi – Canning Stock Route w Australii Zachodniej, samotny pieszy trawers największej solnej pustyni świata – Salar de Uyuni w Boliwii, pierwsze samotne przejście mongolskiej części pustyni Gobi, przejście Grenlandii z zachodu na wschód. Jako czwarty Polak zdobył biegun południowy. Członek The Explorers Club.