W Bielsku-Białej w środę trwało sprzątanie i wielkie suszenie - od zalanych dzień wcześniej piwnic po rekwizyty z podtopionego teatru. We wtorek rano mieszkańcy miasta i okolicy budzili się otoczeni obrazami wezbranych rzek, zalanych ulic. Prezydent miasta ogłosił alarm przeciwpowodziowy. Jak mogło dojść do powodzi tak szybko, kiedy jeszcze dzień wcześniej stan wody w rzekach był umiarkowany?
- Tak zwany niż genueński sprowadził do Polski wilgotne masy powietrza, początkowo znad Morza Śródziemnego, później także Czarnego - mówi rzecznik IMGW i hydrolog Grzegorz Walijewski. To układ pogodowy, który bywa dla Polski bardzo groźny: to on przyczynił się do powodzi w 1997 czy 2010 roku. Tym razem sytuacja nie była aż tak zła, jednak punktowo - bardzo groźna.
Jak mówi Walijewski, najpierw w poniedziałek po południu nad Bielskiem przeszła burza, która przyniosła silny, ale jeszcze nie katastrofalny deszcz. Jednak w nocy rozpadało się na dobre. W najbardziej intensywnym momencie ulewy, w środku nocy, spadło prawie 80 mm deszczu w ciągu trzech godzin. To - podkreśla hydrolog - niezwykle intensywny opad. A na tym się nie skończyło, bo w ciągu niespełna doby spadło ponad 140 mm deszczu (czyli 140 litrów na metr kwadratowy). Miesięczna norma opadów dla Bielska to ok. 130 mm.
Tak intensywny deszcz - szczególnie w mieście otoczonym górami - musiał doprowadzić do powodzi błyskawicznej. Doszło i do punktowych zalań w niektórych częściach miasta, i do wezbrania na rzekach. Do szybszego spływu wody mogły przyczynić się też wycinki w górskich lasach wokół Bielska, o czym więcej przeczytasz w artykule Dominika Szczepańskiego [LINK].
To, jak gwałtowny był wzrost stanu wody, widać dobrze na przykładzie stacji pomiarowej Podkępie na rzece Wapienica w Czechowicach-Dziedzicach. Niebieska linia na wykresie IMGW to stan wody na stacji od końca kwietnia. Jak widać, przez ostatnie sześć tygodni pozostawał na mniej więcej na tym samym poziomie ok. 200 cm. Po ulewie podniósł się do prawie 600 cm w ciągu sześciu godzin.
- Reakcja rzek była błyskawiczna. Rzeka Biała wezbrała niesamowicie szybko. W wielu miejscowościach poziom wody podniósł się nawet o 4 metry. Przekroczone były stany ostrzegawcze i alarmowe - relacjonuje hydrolog. Jednak ostatecznie zalanie części miasta nie było spowodowane wylaniem z rzek, a ogromną intensywnością deszczu i spływu wody po nieprzepuszczalnej powierzchni. Gdyby jednak niż utrzymał się dłużej w jednym miejscu, rzeki zapewne wylałyby.
Sytuacja w Bielsku-Białej mogła być jeszcze gorsza, ale we wtorek w ciągu dnia niż przesunął się dalej na wschód, opady osłabły. To przyniosło wezbrania na rzekach m.in. w Małopolsce i sąsiednich województwach. Lokalnie spadło 40-50 mm deszczu, a więc dużo, ale nie tak dużo, by sytuacja była tak poważna, jak na Śląsku. Obecnie sytuacja ustabilizowała się, ale przez rzeki będzie przechodzić fala wezbraniowa. Nie grozi ona powodzią, ale trzeba zdawać sobie sprawę, że rzeki na południu Polski mogą szybko podnieść swój poziom wody.
- Nasze miasta nie są przygotowane na poradzenie sobie z taką ilością wody. Systemy odprowadzania wody nie są zaprojektowane na przyjęcie takich opadów - mówi Walijewski. A te - podkreśla ekspert - zdarzają się coraz częściej. W tym wypadku mieliśmy do czynienia z niżem, ale bywają też niemal tak samo intensywne ulewy wywołane lokalnymi burzami. - Ostatnio takie obrazy mieliśmy w Gnieźnie, Poznaniu - gdzie spadło nagle 60-70 mm deszczu, w Szczecinie. I wraz z postępem ocieplenia klimatu będzie ich więcej - mówi rzecznik IMGW.
Walijewski podkreśla, że choć takie niże, jak ten, nie są bardzo częstym zjawiskiem, to mogą pojawiać się co roku. Zaś już intensywne opady burzowe przychodzą bardzo często - i coraz częściej. Kiedy taka ulewa spadnie na terenach leśnych czy rolniczych, zagrożenie jest mniejsze (choć wciąż może to oznaczać straty w uprawach). Ale już w miastach to bardzo groźne zjawisko. Większość powierzchni jest tam nieprzepuszczalna: budynki, drogi, betonowe place. Ogromna ilość wody szybko spływa w dół. W wyregulowanych, zabetonowanych z każdej strony rzekach taki opad może się nie mieścić i wtedy występują z brzegów.
Pogoda jest zmienna i także gwałtowne ulewy - raz na jakiś czas - są jej elementem. Jednak teraz takie zdarzenia pogodowe dzieją się na tle zmiany klimatu. Globalna temperatura rośnie, a Europa jest najszybciej ocieplającym się kontynentem. Jak informuje IMGW w raporcie o klimacie Polski w 2023 roku, trwa silny trend wzrostowy średniej temperatury: tylko od 1951 roku wzrost temperatury w skali roku szacowany jest na 2,1°C.
Wraz ze wzrostem temperatury (a więc i parowania) oraz rozchwianiem pogody na skutek ocieplenia, rosnącym problemem jest deficyt wody. Chociaż na przykład w 2023 roku suma opadów była nieco powyżej średniej, to były one mocno zróżnicowane w przestrzeni i czasie. Niektóre regiony miały bardzo dużo deszczu, inne - za mało. Do tego coraz częściej mamy do czynienia z dłuższymi okresami suchymi, które przecinają gwałtowne opady - takie jak te na południu Polski w ostatnich dniach. Silna ulewa niekoniecznie rozwiązuje problem suszy (bo większość wody spływa), a może grozić powodzią błyskawiczną.
Bielsko-Biała nie może powiedzieć, że takich zagrożeń wcale się nie spodziewało. Przeciwnie - w 2019 miasto przyjęło plan adaptacji do zmiany klimatu, gdzie wśród potencjalnych skutków ocieplenia opisano między innymi powodzie.
Wśród zagrożeń wymieniono "występowanie lokalnych, nagłych powodzi miejskich powodujących zalanie lub podtopienie" po krótkim, silnym deszczu, a także występowanie powodzi od strony rzek. Zwrócono uwagę na gwałtownych spływ ze zboczy gór, którymi otoczone jest miasto. Zarówno położenie, "zabetonowanie" powierzchni, jak i regulacja rzek może potęgować powodzie. W planie napisano:
"Stan zabezpieczenia przeciwpowodziowego miasta Bielska-Białej nie jest zadowalający. Konieczne jest wykonanie pilnych prac zabezpieczających, dotyczy to głównie rzeki Białej".
Co można zrobić - jeśli cokolwiek - by ograniczyć takie zagrożenie? Jak mówi Walijewski, przy projektowaniu budowy lub remontu kanalizacji burzowej - i miast w ogóle - trzeba brać pod uwagę zmianę klimatu i rosnące zagrożenie silnymi opadami. Nie da się jednak ani przebudować całych sieci wszystkich miast, bo koszty byłoby ogromne. A każdy system będzie miał swoje maksimum, więc i tak może ono zostać przekroczone.
Poza zmianami w infrastrukturze kanalizacyjnej warto stawiać na inne rozwiązania, które mogą złagodzić zagrożenie powodziowe. Betonowanie i prostowanie rzek sprawia, że łatwiej o wylanie. Z kolei rzeka naturalna, meandrująca i mająca miejsce do rozlania się, "zmieści" więcej wody.
Do tego więcej terenów zielonych - nie tylko parków, ale też małej zieleni, skwerów, krzewów i łąk przy drogach - może wesprzeć pochłanianie wody i opóźnić jej spływ. Walijewski zwraca uwagę, że przy tak silnym opadzie, jak ten w Bielsku-Białej - nawet 140 mm deszczu - takie rozwiązania nie pozwolą uniknąć powodzi błyskawicznej. Ale to nie znaczy, że nie warto stawiać na naturalne pochłanianie wody.
Po pierwsze, jeśli zmniejszą lub spowolnią spływ wody nawet o 10 czy 20 procent, to może to stanowić różnicę między zalaniem budynku, przekroczeniem stanu alarmowego, naruszeniem infrastruktury lub nie. Po drugie nawet mniejszy opad może stanowić zagrożenie. Rzecznik IMGW przytoczył przykład niedawnej ulewy w Warszawie, gdy spadło 15-20 mm deszczu i już to wystarczyło do zalania kilku miejsc. W takim wypadku więcej zielonej infrastruktury mogłoby pomóc uniknąć problemu. Zieleń pomaga też w naturalny sposób magazynować wodę na okresy suche. Więcej o tym przeczytasz w rozmowie z Ryszardem Gajewskim, szef spółki Gdańskie Wody: