"Dużo mówi się o retencji wody. Ale mało o tym, co konkretnie trzeba robić"

Albo trawniki wyschnięte na wiór, albo podtopione ulice po ulewie - takie obrazki widzimy w miastach coraz częściej. To wina nie tylko zmian klimatu, ale też tego, jak budowaliśmy dotychczas - mówi Ryszard Gajewski, szef spółki Gdańskie Wody. Dotychczasowe podejście trzeba zmienić - i można na tym oszczędzić, przekonuje.
Zobacz wideo Chłodna wiosna? „Wciąż jesteśmy powyżej średnich temperatur z ostatnich lat"

Przełom maja i czerwca przyniósł opady, które sprawiły, że - przynajmniej w niektórych częściach Polski - odetchnęliśmy od zagrożenia suszą i pożarami, które jeszcze kilka tygodni temu było "ekstremalne". Jednak nie znaczy to, że susza już nam nie zagraża. Pomimo opadów w wielu częściach kraju dalej jest sucho, poziom wody w rzekach jest niski, a problem powtarza się co roku. 

Zagrożenie suszą potęgują zmiany klimatu, które nie tylko oznaczają wyższą temperaturę, ale też bardziej nieregularne opady. Ale to niejedyny powód. Nasz kraobraz - i na wsi, i w miastach, i w lasach - jest tak zmieniony, że nie działają niektóre naturalne mechanizmy. Woda, która w "dzikim" krajobrazie zostawałaby w bagnach, rozlewiskach, w glebie - teraz "ucieka" po ulicami skonstruowanymi jak rynna i rowami melioracyjnymi.

Odwrotne działanie - czyli tworzenie lub odtwarzanie pochłaniających wodę zielonych miejsc może łagodzić zagrożenie suszą. Także w miastach - przekonuje w rozmowie z Gazeta.pl Ryszard Gajewski, prezes spółki Gdańskie Wody. Władze Gdańska i spółki organizują 9-10 czerwca konferencję na temat zielonej retencji, której partonem medialnym jest Gazeta.pl.

Patryk Strzałkowski: Skąd w miastach problemy z wodą?

Ryszard Gajewski: Całe projektowanie systemów odwodnieniowych, dróg, zawsze było związane z odprowadzaniem wody. Chodziło o to, żeby jak najszybciej ująć wodę i odprowadzić do kanalizacji. Wychodzono od pytania: co zrobić, kiedy pojawia się nadmiar wody?

I kilkadziesiąt lat temu takie projektowanie miało sens?

Wtedy obowiązywało podejście: "jak pozbyć się wody". I miało sens, kiedy problemem był nadmiar opadów. Ale nie uwzględniało wyzwań związanych z niedoborem wody i suszą. Stracono przez to ten element zatrzymywania wody. Również w miastach, bo brak wody to nie tylko problem poza miastami, gdzie jest ona potrzebna choćby do upraw.

Efekty czasem można zobaczyć gołym okiem.

Widzimy wyschnięte trawniki. Alergicy skarżą się, że w czasie suszy objawy bardziej im doskwierają. 

Jak ograniczać te skutki suszy w mieście?

Kompleksowym rozwiązaniem jest to, co nazywamy zieloną retencją - co jest tematem konferencji, która odbędzie się w tym tygodniu w Gdańsku. 

Chodzi o to, żeby deszcz - kiedy już pada - nie przepływał przez miasto jak przez rynnę, tylko żeby woda tam została. 

Tak, to jest nowe podejście. Nie opiera się na założeniu "odprowadźmy wodę jak najszybciej", tylko "zatrzymajmy wodę jak najdłużej w krajobrazie, w zieleni miejskiej". A jeśli mamy na tyle duży opad deszczu, że przekracza to możliwości zatrzymania w zieleni, to dopiero ten nadmiar odprowadźmy do kanalizacji. Czyli nie wszystko, tylko nadmiar. 

I to jest to nowe podejście, które w Gdańsku od kilku lat z sukcesami, systemowo wdrażamy. Chcemy dzielić się tymi doświadczeniami. Widzimy potrzebę stworzenia takiego forum, bo jest wiele miast, które chcą iść w tym kierunku, ale potykają się o problemy formalne, brak doświadczeń, opór projektantów, opór drogowców. 

Jeśli chodzi o świadomość problemu, to chyba jest lepiej niż jeszcze kilka lat temu.

Widzę wiele wypowiedzi w mediach na ten temat. Mówi się o zasadzie: zatrzymujmy wodę w miejscu opadu. Wiele osób mówi o retencji wody. Ale za mało mówi się o tym, jak to robić, jak konkretnie to wdrażać, na czym to polega. Te dyskusje często są na ogólnym poziomie. A my chcemy rozmawiać o konkretnych rozwiązaniach. Oraz o różnicy między zieloną retencją a retencją szarą.

W takim razie, na czym polega różnica?

Czasem mówi się, że gdzieś tworzy się "ekologiczne" rozwiązania retencji wody. Ale ta szara retencja polega na budowie betonowych, podziemnych zbiorników. I one nie zapewniają tych korzyści, jakie daje zielona retencja. Nie poprawiają miejskiego mikroklimatu, wilgotności w czasie suszy. Nie zapewniają bioróżnorodności. Zielona retencja nie potrzebuje pomp, woda sama płynie na tereny niżej położone. Wystarczy podpatrywać przyrodę, żeby odpowiednio projektując, pomagać w gromadzeniu jej w zieleni. 

Szarej retencji lepiej nie stosować?

To powinno być rozwiązanie stosowane w ostateczności, kiedy z jakichś przyczyn nie da się zatrzymać wody opadowej zieloną retencją.

Dlaczego to podejście wciąż dominuje w niektórych miejscach?

Wiele tych oporów jest na wyrost. Jest wiele terenów w miastach, na przykład zieleń przy drogach, które mogłyby być wykorzystane do retencji. Wystarczyłoby, żeby zieleń znajdowała się poniżej drogi, a nie powyżej. Zazwyczaj woda spływa z pasa zieleni na jezdnię - zamiast odwrotnie. To nieraz proste, tanie rozwiązania. Wymagają chęci i zmiany sposobu myślenia. 

Właśnie, przygotowanie pobocza w inny sposób nie jest chyba dodatkowym kosztem. 

Te rozwiązania są nawet tańsze niż szara retencja. I prostsze. 

Może kontynuowanie tego wynika z przyzwyczajeń - bo "zawsze" budowaliśmy drogi, kanalizację w taki sposób. 

Dokładnie tak. To podejście dawniej dominowało i cały czas pokutuje w wielu miejscach. Nie tylko na poziomie miast, ale też indywidualnych właścicieli nieruchomości, którzy nie zastanawiają się, jak zatrzymać wodę opadową. Chociaż spada z nieba za darmo, to zamiast nad jej wykorzystaniem, by np. mniej podlewać - myślimy o tym, jak ją odprowadzić. 

Samorządy są blisko ludzi - może powinny pracować nad edukowaniem na temat retencji wody?

Rola samorządów jest bardzo duża i są narzędzia. Można takie rozwiązania wprowadzać przez planowanie przestrzenne, odpowiednie warunki techniczne, edukację. Ale potrzebne są też zmiany prawne i usunięcie przeszkód w przepisach i interpretacjach organów. Bo dziś z punktu widzenia prawa łatwiej jest projektować i wykonywać szarą retencję - choć jest kilkukrotnie droższa. 

Jakie to przeszkody?

Na przykład wymóg uzyskania pozwoleń wodnoprawnych dla zagospodarowania wody w zieleni. To wydłuża projekt o kilka miesięcy i zniechęca inwestorów. 

Jak samorządy mogą się w tym wzajemnie wspierać?

Na pewno jest przestrzeń do wymiany doświadczeń. Jest wiele różnych rozwiązań, od zielonych dachów po ogrody deszczowe, naturalne zbiorniki retencyjne. Każdy samorząd ma ciekawe przykłady, którymi może się podzielić i inni mogą to podpatrywać. Żeby nie wyważać otwartych drzwi, tylko wymieniać się dobrymi praktykami. 

Często słyszę od samorządowców, że "to dobre rozwiązanie, ale nie mamy na to pieniędzy". A my pokazujemy na przykładach, że realizacja zielonej retencji jest tańsza. Nie chodzi o to, żeby robić coś dodatkowego, tylko robić rzeczy inaczej. Zmienić podejście do inwestycji, od budowy szkoły po postawienie budki z jedzeniem

Taka zmiana mentalności to spore wyzwanie.

W Gdańsku robimy to od kilku lat i po drodze też musieliśmy przełamywać opory, przekonywać różne instytucje do takiego podejścia. I u nas ta nowa filozofia zaczyna funkcjonować, mamy wymierne efekty w postaci zieleni miejskiej projektowanej w ten nowy sposób. I teraz chcemy pokazać, że to jest możliwe. 

Konferencja "Zielona Retencja - jak przeciwdziałać podtopieniom i suszom w miastach" odbywa się w dniach 9-10 czerwca w Gdańsku. W piątek 10.06 w Gazeta.pl będzie można zobaczyć transmisję dyskusji na temat tak zwanej Czwartej Przyrody, czyli tego, czy chaszcze i "nieużytki" są brzydkim problemem, czy szansą i wartością dla miast. 

Dyskusję moderuje Jan Mencwel (Stowarzyszenie Miasto jest Nasze). Uczestnicy: dr hab. Dorota Rancew- Sikora, prof. UG, Barbara Piórkowska, Piotr Grzelak, Z-ca Prezydenta Gdańska ds. zrównoważonego rozwoju Kasper Jakubowski, Dzieci w Naturę.

Więcej o: