Po wielu miesiącach zapowiedzi i oczekiwań Ministerstwo Klimatu pokazało propozycję aktualizacji rządowego planu klimatycznego. Ten "zielony kompas" dla gospodarki - jak nazywa go ministerka Paulina Hennig-Kloska - ma wyznaczać kierunki zmian nie tylko w produkcji prądu (gdzie źródła odnawialne i atom zastąpią węgiel), ale też w transporcie, przemyśle i innych sektorach. Eksperci widzą jednak sporą nierównowagę między tymi elementami.
Konsultacje nowej wersji Krajowego Planu na rzecz Energii i Klimatu (KPEiK), który przygotowuje i wysyła do Brukseli każdy kraj Unii Europejskiej, trwają do połowy listopada. Dokumentowi (który liczy z załącznikami ponad 600 stron) przyglądają się teraz między innymi organizacje eksperckie.
Plan pokazuje, jak do 2030 roku mają spaść nasze emisje gazów cieplarnianych i w jaki sposób chcemy to osiągnąć. Cała Unia Europejska postawiła sobie za cel ścięcie emisji gazów podgrzewających klimat o 55 procent w tym okresie. Zgodnie z unijnymi wymogami ministerstwo przygotowało dwa scenariusze - "bazowy", który powinien być realizowany przy już istniejących politykach, oraz "ambitny", który wymaga dodatkowych działań.
- Z jednej strony cele i prognozy nowego planu są bardziej ambitne niż w dotychczasowych dokumentach. Z drugiej – wciąż niewystarczające, by osiągnąć cele klimatyczne niezbędne dla naszego wkładu w zatrzymanie globalnego ocieplenia - ocenia Wojciech Szymalski, prezes Instytutu na Rzecz Ekorozwoju.
Szymalski uważa, że w planie jasno widać, że "niektóre sektory są bardziej problematyczne od innych". - Z przewidywanej redukcji emisji gazów cieplarnianych zdecydowanie większość ma miejsce w sektorze energetycznym. Ale kiedy mówimy o transporcie, rolnictwie, to te cele są daleko niewystarczające i nie mają wiele wspólnego z ambicją - wskazuje.
W energetyce rzeczywiście widać postęp w porównaniu do wcześniejszych wersji planu, sporządzanych za rządów PiS - uważają eksperci. Obecnie zdecydowaną większość prądu mamy z węgla, choć widać, jak od kilku lat zaczynają "rozpychać" się na nim odnawialne źródła energii. Do końca tej dekady ma się to zmienić - z mniejszości OZE staną się większością, a do 2040 roku dadzą prawie 70 procent energii elektrycznej. Wtedy też - według rządowych planów - z pełną mocą ma działać pierwsza elektrownia atomowa. Węgla w naszej energetyce praktycznie już nie będzie, a gaz pokryje niewielką część zapotrzebowania.
- Zmiany w produkcji prądu następują na naszych oczach, a KPEiK zakłada dalsze przyspieszenie. Już w scenariuszu realizacji istniejących polityk, w 2030 roku połowa prądu ma pochodzić z czystych źródeł. Natomiast scenariusz ambitny sięga dalej: po raz pierwszy polskie państwo przedstawia ścieżkę dojścia do prawie bezemisyjnej produkcji energii elektrycznej, w 2040 r. Z paliw kopalnych ma wtedy pochodzić mniej niż 10 procent prądu - mówi Michał Smoleń, kierownik programu Energia & Klimat w think-tanku Instrat.
Jego zdaniem scenariusz zmian w elektroenergetyce" jest lepszy niż cokolwiek, co zobaczyliśmy wcześniej ze strony polskich rządów". Jednak ma także swoje braki i ryzyka.
Analityk fundacji Instrat wskazuje na trzy aspekty, które w planie warto poprawić. Pierwszy dotyczy energii odnawialnej. - W końcu doceniona została energetyka wiatrowa na lądzie, która w ambitnym scenariuszu ma rozwijać się do aż 19 GW w 2030 roku - mówi. Obecnie mamy około 10,5 gigawata, zatem mowa o potężnym wzroście w najbliższych 5 latach. Zdaniem eksperta to "niezbędna korekta w stosunku do dotychczasowych zaniedbań".
- Jednak rząd musi mieć świadomość, że osiągnięcie takiego wskaźnika będzie wymagało nie tylko liberalizacji regulacji odległościowych, ale także przyspieszenia procesów administracyjnych, rozbudowy sieci elektroenergetycznych oraz zapewnieniu korzystnego otoczenia finansowego - dodaje Smoleń. Dodatkowe działania są potrzebne, bo "obecnie jesteśmy daleko od tej ścieżki".
Podczas gdy na najbliższe lata rząd prognozuje szybki wzrost wiatraków (i jest bardziej ostrożny co do fotowoltaiki), to po 2030 roku częściowo zastąpią to wielkie projekty: wiatraki na morzu oraz elektrownia jądrowa. - Naszym zdaniem z potencjału relatywnie prostszych w budowie lądowych elektrowni wiatrowych i słonecznych powinniśmy szeroko czerpać także w latach 30. - mówi Smoleń.
Sam "bardzo optymistyczny" scenariusz zbudowania pierwszej elektrowni jądrowej w kolejnej dekadzie to kolejny ryzykowny element. - Polski program energetyki jądrowej należy oczywiście wdrażać możliwe szybko, jednak planując przyszłość systemu, potrzebujemy bardziej realistycznego scenariusza. Inaczej może się okazać, że opóźnienia w budowie kolejnych bloków jądrowych przełożą się na przedłużenie uzależnienia od paliw kopalnych - mówi Smoleń.
Wreszcie za brakujący element uznaje systemowe myślenie o energii (nie tylko elektrycznej, ale też cieplnej):
Transformacja w elektroenergetyce polega nie tylko na dodawaniu kolejnych gigawatów mocy OZE czy reaktorów jądrowych, ale także na dostosowaniu całego systemu do pracy w zupełnie nowych uwarunkowaniach. Mam tu na myśli kwestie takie jak uwzględnienie zmian wynikających z elektryfikacji ciepłownictwa (pompy ciepła) czy transportu (auta elektryczne), ale też konieczność zmniejszenia zależności systemu elektroenergetycznego od ciągłej pracy elektrowni konwencjonalnych. Obecnie pewne minimum węgla i gazu musi pozostawać "na chodzie", nawet w momentach bardzo wietrznej i słonecznej pogody, gdy źródła OZE mogłyby pokryć nasze zapotrzebowanie na prąd.
Smoleń zwraca uwagę, że plan powinien obejmować całą gospodarkę - i w teorii tak jest - ale w praktyce "wciąż widać dysproporcje pomiędzy planowaniem transformacji elektroenergetyki a całej reszty". W tych pozostałych brakuje ambicji i szczegółów.
Podobnie uważa Szymalski. Jak mówi, plan przygotowany był w Ministerstwie Klimatu i środowiska i "można odnieść wrażenie", że ten resort jest "nieco osamotniony" w tworzeniu dokumentu. - Bo ta część, która jest przede wszystkim jego kompetencją - energetyka, odnawialne źródła energii - jest dobrze opracowana. A już transport, rolnictwo - tam mamy duży problem - mówi. - Wygląda to tak, jakby na ostatniej prostej ktoś stwierdził, że plan ma nie drażnić tych "wrażliwych" sektorów. I w przemyśle oraz rolnictwie mamy cel oznaczający raczej stagnację, a nie spadek emisji - dodaje.
Jeśli chodzi o zużycie energii w budynkach (przede wszystkim ogrzewanie i chłodzenie), rządowa prognoza jest kilka punktów procentowych poniżej tego, czego wymaga od nas Unia - i to w ambitnym scenariuszu. Znacznie gorzej jest w transporcie. Zgodnie z unijnym prawem, od 2030 roku prawie 30 procent zużycia energii w tym sektorze powinno pochodzić z OZE (przede wszystkim dzięki pojazdom elektrycznym, choć swoją rolę mają też biopaliwa). Polska prognozuje, że będzie to u nas najwyżej 17,7 procent. Co gorsza, emisje z transportu zamiast spadać - wzrosną.
Emisje w przemyśle (na przykład z produkcji cementu) w rządowych prognozach nie spadają nawet w 2040 roku. W rolnictwie nawet nieco rosną w scenariuszu bazowym i nieco spadają na ambitnej ścieżce transformacji.
Trzeba przyznać, że - jak mówi ekspert fundacji Instrat - transformacja w sektorze ciepłownictwa, a szczególnie transportu, przemysłu czy rolnictwa jest oczywiście trudniejsza technicznie. - Brakuje nam jednak w Polsce śmiałej wizji i konkretnego planu działań, który pozwoliłby na osiągnięcie redukcji także w tych sektorach. To był problem poprzednich strategii, ale niestety w sporym zakresie także tej obecnej - wskazuje. Trudności techniczne wynikają między innymi z tego, że w niektórych gałęziach przemysłu dopiero rozwijane są niskoemisyjne alternatywny dla tradycyjnych technologii (na przykład produkcja cementu, stali). Jak mówi Smoleń:
Ich wdrożenie może być bardzo kosztowne, co stanowi szczególny problem w kontekście szerszych problemów gospodarki Unii Europejskiej z konkurencyjnością. Wspólnota nie jest też chętna, by wspierać swój przemysł tak hojnie, jak czynią to USA czy Chiny. Z kolei w sektorze agro ambicje Komisji Europejskiej częściowo rozbiły się o opór rolników.
Ministerstwo Klimatu zapewniało, że w dokumencie będą nie tylko prognozy, ale też przykłady tego, jak chcemy osiągać wskazane tam cele. Wymaga tego zresztą UE.
- W planie wymieniono 149 działań. Ale o części z nich nie wiemy jeszcze, jakie będą ich szczegóły, zaś niektóre już się dzieją. I nie zawsze działają dobrze albo mają wystarczającą skalę - ocenia Wojciech Szymalski.
Podobny problem zauważa Smoleń. - To tradycyjnie słabsza część polskich strategii - nie da się ukryć, że i tym razem sporo działań zostało opisanych jedynie na bardzo wysokim poziomie ogólności. Być może zostanie to częściowo nadrobione w kolejnych dokumentach, np. aktualizacji Polityki energetycznej Polski - mówi. Podkreśla jednocześnie, że dla niego "szczególnie ważna jest jednak nie tylko sama treść dokumentu, ale też leżąca za nią polityczna determinacja":
Trzeba przyznać, że równolegle do pracy nad KPEiK, Ministerstwo rozpoczęła małą legislacyjną ofensywę. Zobaczymy, czy kolejne propozycje zyskają poparcie nie tylko w koalicji rządowej, ale później także w Pałacu Prezydenckim. Rok 2030 jest już naprawdę za pasem, jeżeli chcemy do tego czasu zobaczyć owoce zmian regulacyjnych, muszą one nastąpić dosłownie w najbliższych kwartałach.