"Huragan Donald" może uderzyć w globalną politykę klimatyczną. Świat czeka na decyzję Amerykanów

- [Mówili] o globalnym ociepleniu, ale to nie działało, bo mamy do czynienia z ochłodzeniem. Powtarzają, że poziom oceanu podniesie się za 500 lat. Kogo to do cholery obchodzi? - mówił Donald Trump na wiecu wyborczym. Kłamstw i bzdur było więcej, ale ewentualna druga kadencja Trumpa to problem nie tylko ze względu na jego retorykę, ale też możliwe działania wokół klimatu.
Donald Trump
Fot. REUTERS/Carlos Osorio

Świat wstrzymuje oddech, podczas gdy Amerykanie wybierają kolejnego prezydenta lub prezydentkę. Wybory w żadnej innej demokracji nie mają tak dużych konsekwencji na świecie, jak głosowanie w USA: od wojny w Ukrainie, przez Bliski Wschód po Chiny i Pacyfik. To, kto zasiądzie w Białym Domu, może mieć długotrwałe i dalekosiężne konsekwencje. Nie inaczej jest w kwestii klimatu. 

Zobacz wideo Trump i Kamala idą łeb w łeb w sondażach. Czy zwycięstwo faktycznie będzie o włos?

Klimat nie był wśród głównych tematów amerykańskiej kampanii wyborczej - na pierwszych miejscach utrzymywały się gospodarka i koszty życia oraz migracja. Jednak nawet jeśli kandydaci wspominali o kwestiach klimatu tylko sporadycznie, to zarówno ich dotychczasowe dokonania jak i deklaracje dają obraz tego, czego można się spodziewać. 

Prezydentura Kamali Harris w polityce klimatycznej byłaby zapewne kontynuacją ostatnich czterech lat, w tym sztandarowych polityk administracji Joe Bidena. To nie "zielona rewolucja", ale na pewno jakiś postęp w walce z globalnym ociepleniem. 

Donald Trump od lat powtarza, że zmiana klimatu to "oszustwo". Jego druga kadencja byłaby zapewne jeszcze silniejszym atakiem na politykę klimatyczną niż pierwsza, kiedy - przypomnijmy - zdecydował o wyjściu USA z globalnego porozumienia klimatycznego. Jednak nawet przy całej władzy, jaką ma prezydent Stanów Zjednoczonych, zielona transformacja dzieje się wysiłkiem innych krajów czy firm. Cztery lata Trumpa nie dadzą rady jej zatrzymać, ale mogą spowolnić lub zniekształcić, a każde spowolnienie to gorsze skutki zmiany klimatu dla nas wszystkich. 

Huragan Donald

W ostatnich dniach przed wyborami wiele sondaży i prognoz pokazywało, że wynik może być na ostrzu noża (chociaż nie brakowało też opinii, że Kamali Harris udało się na koniec kampanii wypracować przewagę). Oczekując na wyniki (a pamiętajmy, że możemy poczekać nawet kilka dni na ostateczne liczby z niektórych stanów) przyjrzyjmy się bliżej temu, co Trump i Harris oznaczaliby dla klimatu. 

Przede wszystkim trzeba podkreślić, że mimo kolejnych szczytów klimatycznych i obietnic, nasze działania wciąż są bardzo, bardzo dalekie od wystarczających. Chociaż globalne porozumienie klimatyczne z Paryża mówi, że powinniśmy zatrzymać ocieplenie na poziomie 1,5 stopnia, a już na pewno poniżej 2 stopni - to obecnie jesteśmy na drodze do przestrzelenia tych celów. Jeśli podsumujemy obecne działania i polityki państw świata, to wyjdzie, że do 2100 roku podgrzejemy Ziemię o ponad 3 stopnie. Konsekwencje: więcej suszy i powodzi (jak ostatnio w Hiszpanii, wcześniej w Polsce), groźnych dla zdrowia fal upałów, a także groźba przekroczenia punktów krytycznych klimatu.

Stany Zjednoczone to największa gospodarka świata i historycznie największy emitent gazów cieplarnianych. Te dwa powody wystarczą, by decyzje amerykańskich władz miały ogromny wpływ na resztę świata.

Donald Trump mógłby wbić się w globalną politykę klimatyczną niczym huragan. Już w pierwszej kadencji zdecydował o wyjściu USA z Porozumienia paryskiego z 2015 roku (Joe Biden później odwrócił tę decyzję). Teraz Trump mógłby pójść o krok dalej i porzucić ONZ-owską Konwencję Klimatyczną - która jest podstawą porozumienia z 2015 roku i całej globalnej polityki klimatycznej. Oczywiście negocjacje i szczyty toczyłyby się dalej, ale bez największej gospodarki świata przy stole cały proces zacząłby się chwiać w posadach. 

W kraju Trump nie tylko mógłby pozwolić "wiercić, wiercić, wiercić" po ropę i gaz bez żadnych ograniczeń, ale też pozbyć się polityki klimatycznej Bidena. W otoczeniu kandydata republikanów są też osoby, które chciałyby pozbyć się nawet wzmianek o zmianie klimatu w administracji rządowej i wybebeszyć agencje odpowiedzialne za badanie klimatu i monitorowanie pogody. 

Prezydentura Harris - w przeciwieństwie do Trumpa - przyniosłaby raczej kontynuację, nie rewolucję. Joe Biden doprowadził do przyjęcia największego w historii kraju pakietu klimatycznego (IRA - Inflation Reduction Act), z wartymi setki miliardów dolarów upustami podatkowymi i innymi zachętami dla czystej energii. Wiceprezydent Harris jeszcze przed objęciem urzędu miała ostrzejsze stanowisko od Bidena na przykład w sprawie frackingu, czyli szczelinowania hydraulicznego - wyjątkowo destrukcyjnej dla środowiska metody wydobycia ropy i gazu. W kampanii prezydenckiej unikała tego tematu i nie mówiła wiele o polityce klimatycznej w ogóle. 

Nie wszystko w rękach jednej osoby

Dla osób śledzących politykę klimatyczną jest jasne, że Harris to "bezpieczny" wybór - dla Ameryki, klimatu, a w konsekwencji dla nas wszystkich. Trump może być co najmniej nieprzewidywalny, a w najgorszym wypadku destrukcyjny. 

Jednak nawet jego zwycięstwo nie oznacza, że sprawa klimatu jest przegrana. Na pewno ucierpi globalna dyplomacja klimatyczna, ale jest co najmniej kilka powodów, by sądzić, że Trump nie zatrzyma całkowicie walki ze zmianą klimatu. 

Po pierwsze - zielona transformacja to globalny trend. Rząd USA może go wspierać lub mu się opierać, ale nie jest w stanie go zatrzymać. Gigantyczne inwestycje w samochody elektryczne, zielone źródła energii itd. w Europie, Chinach i innych częściach świata to coś, co już się dzieje. Mało tego - jeśli USA odcięłyby się z zielonej transformacji, inne kraje mogłoby uznać to za swoją szansę na wycięcie "większego kawałka tortu" w miejscu Amerykanów. 

Po drugie - USA to kraj federalny. Prezydent ma ogromną władzę, ale wiele kwestii takich jak energetyka, infrastruktura, zależy od decyzji na poziomie stanów, a nawet miast. Już w pierwszej kadencji Trumpa powstała klimatyczna koalicja władz stanowych i lokalnych oraz biznesów, które deklarowały, że pozostają wierne celom porozumienia klimatycznego - nawet jeśli cały kraj z niego wyszedł. Warto zwrócić uwagę, że rozwój zielonej energii dzieje się nieraz w poprzek podziałów politycznych. Odnawialne źródła energii rozwijają się bardzo mocno i w "niebieskiej" Kalifornii, i w mocno republikańskim Teksasie - w końcu business is business. Wyliczono też, ze środków w klimatycznych programach Bidena... znacznie więcej trafia do konserwatywnych okręgów wyborczych.

Nawiązując do tego ostatniego - Trump ma biznesowe, transakcyjne podejście do polityki. Atakuje kwestie klimatu, bo to działa na jego wyborców. Ale zawarł też sojusz z Elonem Muskiem, którego jednym z biznesów jest produkcja samochodów elektrycznych. Nie można wykluczyć, że Trump dalej opowiadałby bzdury o "wiatrakach, które szkodzą wielorybom", ale nie blokowałby zielonych inwestycji, które uznałby za opłacalne.

Więcej o: