Dramat polskiego miasta. Aż 7,5 tys. miejsc pracy może zniknąć. "Monorynek"

Zamknięcie kopalni Turów może przynieść poważne konsekwencje dla rynku pracy w regionie. Jej utrzymywanie to z kolei zagrożenie dla środowiska. Sytuacja przy granicy z Niemcami i Czechami jest naprawdę trudna.
Zgorzelec (zdjęcie ilustracyjne)
Fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl

Wydobycie węgla w kompleksie energetycznym w Turowie (województwo dolnośląskie, powiat głogowski) ma się zakończyć w 2044 r., nieoficjalnie mówi się, że już w latach 2030-2035 działalność przestanie być opłacalna. Zdają sobie z tego sprawę samorządowcy z regionu. - Trzeba pamiętać, że perspektywa funkcjonowania kopalni powoli dobiega końca. Względy ekonomiczne powodują, że Turów będzie działał jeszcze może 10 lat, maksymalnie 15 lat - mówił w rozmowie z Next.gazeta.pl burmistrz Zgorzelca Rafał Gronicz podczas Polskiego Kongresu Klimatycznego. Moment zamknięcia kopalni będzie dla regionu gigantycznym wyzwaniem. 

Zagrożonych aż 7,5 tys. miejsc pracy. Duże wyzwanie dla regionu

- Nie jesteśmy Śląskiem, który jest ludny, zasobny i potrafi upomnieć się o swoje w stolicy. Jesteśmy położeni daleko od Warszawy i nie jesteśmy bogatymi samorządami - może z wyjątkiem Bogatyni, która ma zakłady na swoim terenie. Z punktu widzenia strategii krajowej nie stanowimy więc dużego problemu, ale dla nas to, co się dzieje, jest bardzo niepokojące - stwierdził Gronicz. Dodawał, że młode pokolenie jest skazywane na wybór: albo szukanie pracy po stronie niemieckiej, albo wyjazd do Wrocławia, Krakowa lub Warszawy. - U nas nie ma zagłębia przemysłowego, które dałoby im alternatywę - powiedział. 

Obecnie w kopalni oraz jej spółkach zależnych zatrudnionych jest ok. 7,5 tys. pracowników. To największy pracodawca w regionie. Drugim jest szpital, który zatrudnia ok. 1,4 tys. osób, a dalej są mniejsze firmy, które nie są dużym pracodawcami. Po zamknięciu kopalni powstanie więc gigantyczna wyrwa na rynku pracy, której bardzo obawiają się samorządowcy. Zatrzymanie tych miejsc pracy w regionie może być bardzo trudne m.in. ze względu na newralgiczne, przygraniczne położenie Zgorzelca. 

- Jestem burmistrzem od 20 lat. Niestety przez ten czas, nic nowego się u nas nie otworzyło. Mimo ogromnych wysiłków i wielu rozmów w Polsce oraz w Niemczech, za każdym razem słyszę: "jesteście za blisko granicy". U nas inwestorzy obawiają się konieczności bezpośredniego konkurowania z niemieckim rynkiem pracy. Dla nas jest to gigantyczny problem - przyznał. Pracowników kusi niemiecka pensja i życie w Polsce. Wypłaty w euro po zachodniej stronie granicy zaczynają się od ok. 2100 euro, czyli ok. 9 tys. zł. Z tego skrupulatnie korzystają mieszkańcy m.in. Zgorzelca. Z danych samorządu wynika, że już ponad 30 proc. ludności powiatu pracuje w Niemczech. Szacunki starostwa mówią nawet o ponad 40 proc. osób aktywnych zawodowo.

Zobacz wideo Więcej zarabiają ci, którzy częściej zmieniają pracę

Niemcy wygrywają walkę o pracowników. Po polskiej stronie duży problem

-  Nasze rodzime firmy nie są w stanie zapłacić początkującemu pracownikowi równowartości tych stawek, ponieważ w Zgorzelcu poziom wynagrodzeń nie jest jeszcze tak wysoki, jak w Warszawie - ubolewał Rafał Gronicz. - Dlatego potrzebujemy wsparcia i decyzji o lokowaniu u nas firm, które nie konkurują wyłącznie wysokością płacy. Powinien to być przemysł wysokotechnologiczny, na przykład zbrojeniowy lub produkcja dronów, gdzie sam proces wytwarzania nie jest tak istotny, jak wartość dodana i nowoczesna technologia. W takim przypadku, koszty pracy nie są aż tak istotne. Potrzebujemy jednak wsparcia w pozyskaniu firm przemysłowych, które zainwestują w Zgorzelcu, powiecie zgorzeleckim czy Bogatyni, tworząc alternatywę dla kopalni. Obecnie jesteśmy monorynkiem - tłumaczył. 

Samorządowiec z zazdrością patrzy za zachodnią granicę. W sąsiednim Görlitz oraz w innych regionach węglowych w Niemczech, dzięki współpracy rządu i samorządu, powstają obecnie trzy instytuty badawczo-naukowe. Jeden dotyczy technologii wodorowych, drugi prac nad sztuczną inteligencją, a trzeci to niemieckie Centrum Astrofizyki. Te ośrodki wygenerują łącznie około 2000 nowych miejsc pracy.

To jest prawdziwa transformacja energetyczna. Do Görlitz przyjadą naukowcy i specjaliści, co pociągnie za sobą całą lokalną gospodarkę i infrastrukturę. Takie instytucje wymagają ogromnego zaplecza: od obsługi administracyjnej i sekretariatów, przez dostawców sprzętu komputerowego i biurowego, aż po usługi sprzątania czy gastronomię

- wyliczał Rafał Gronicz. 

Samorząd stara się jak może przyciągać firmy do regionu. Gmina Zgorzelec wprowadziła niedawno najniższe możliwe stawki podatku od środków transportu, by zachęcić firmy logistyczne. Liczy na inwestycje i nowe miejsca pracy. Na poziomie lokalnym regularnie podejmowane są tego typu starania, by pobudzić rynek pracy. Samorządy mają jednak żal do rządów centralnych ostatnich kadencji, że niezbyt pomagają im w przygotowaniu się na transformację energetyczną.

Rząd nie pomaga wystarczająco?

- Zawsze powtarzam, że bez synergii działań samorządu lokalnego, wojewódzkiego i przede wszystkim państwa, podzielimy los Wałbrzycha. Z perspektywy Warszawy i kalendarza wyborczego termin ten wydaje się odległy - mówimy o roku 2035 lub późniejszym, choć coraz bardziej obawiamy się, że to nastąpi już w 2035 roku, czyli niedługo. Żaden rząd nie chce "wziąć się za bary" z tym problemem. Turów jest położony daleko, w Worku Turoszowskim, a problem dotyczy około 120 tysięcy mieszkańców, z których tylko część pracuje w kopalni lub elektrowni - zauważył burmistrz Zgorzelca.

Wspomniany Wałbrzych nie poradził sobie z zamknięciem kopalni węglowych. Sytuacja doprowadziła do nagłego wzrostu bezrobocia i odpływu mieszkańców. Nie mieli bowiem alternatywy. Powstawać zaczęły m.in. tzw. biedaszyby, czyli nielegalne miejsca wydobycia. I takiego scenariusza dla Zgorzelca boi się burmistrz miasta. - Chcielibyśmy usłyszeć: "słuchajcie, wiemy, że transformacja jest koniecznością, dlatego tworzymy dla was alternatywę". Chodzi o to, by młode pokolenie miało wybór i nowoczesne miejsca pracy tutaj, na miejscu, a nie tylko w sektorze wydobywczym. Oczekiwalibyśmy, aby rząd wsparł nas w pozyskiwaniu inwestycji przemysłowych. Jesteśmy regionem przygranicznym, więc nie każda firma działająca na rynku komercyjnym chce u nas rozpocząć działalność - argumentował. 

Rynek pracy to nie wszystko. Kopalnia Turów może zniszczyć gospodarkę wodną

Kopalnia Turów jest problemem, który może wybuchnąć samorządowcom w rękach także z powodów środowiskowych. Od pewnego czasu pojawiają się niepokojące sygnały, że "bariera wodna", która miała chronić zasoby wodne w regionie, nie działa odpowiednio efektywnie. W konsekwencji dalsza eksploatacja węgla w Turowie jest realnym zagrożeniem dla m.in. rzeki Nysy Łużyckiej, która przepływa przez Zgorzelec. 

Czesi wskazują, że jest to dla nich realny problem, ponieważ ich studnie wysychają i ubywa wód gruntowych. Ściana, która została wybudowana, by zapobiec ich przenikaniu, miała zahamować ten proces. Początkowo wydawało się, że to rozwiązanie zadziałało, jednak obecnie pojawiają się nowe ekspertyzy - część z nich wskazuje, że proces ten wcale nie ustał. Należałoby się więc zastanowić, co dalej

- przyznał Rafał Gronicz.

- Na etapie tworzenia tych planów rozmawiałem z emerytowanym inżynierem górnictwa, który twierdził, że wspomniana ściana nie do końca spełni pokładane w niej oczekiwania. Ponieważ był to praktyk, a nie naukowiec, trudno było mi wówczas odnieść się do jego twierdzeń, choć coraz bardziej obawiam się, że mógł mieć rację - opowiadał. - Mamy susze, które, choć w mieście nie są tak widoczne, zmusiły nas już kilkukrotnie w ostatnich latach do apelowania do mieszkańców, by nie podlewali ogródków w ciągu dnia. Powoduje to spadki ciśnienia w sieci, ponieważ susza wpływa na poziom wód gruntowych, z których korzystamy. Nasze studnie przy Nysie Łużyckiej czerpią wodę właśnie z tych zasobów, dlatego martwimy się, jak ich poziom będzie wyglądał w przyszłości - dodał. 

Brak wody to zagrożenie, na które już przygotowuje się Zgorzelec. Wspólnie z Politechniką Śląska oraz partnerami z Niemiec realizuje projekt Crosswater. W jego ramach badane są poziomy wód gruntowych, a naukowcy przygotowują predykcje na najbliższe 10-15 lat. - Jest to dla nas kluczowe, aby wiedzieć, jak przygotować się na nadchodzące zmiany. Woda jest przecież podstawowym zasobem - ważniejszym nawet niż energia elektryczna, bo bez niej nie da się żyć. Choć powódź niesie ze sobą niszczycielskie skutki, to w dłuższej perspektywie znacznie większym zagrożeniem jest brak wody, z którym Polska jako całe państwo może się w najbliższych latach borykać - podkreślał Rafał Gronicz. 

Transformacja energetyczna w regionie. Zgorzelec jest gotowy?

Zmiany środowiskowe są widoczne w regionie gołym okiem, dlatego transformacja energetyczna jest krokiem zrozumiałym. Samorząd Zgorzelca sam opracował jej strategię i zaproponował m.in., aby na terenie wyrobiska powstała elektrownia szczytowo-pompowa. Koncepcja została przygotowana przez specjalistyczną firmę we współpracy z WWF Polska. Analizuje realność powstania takiej elektrowni, potrzebne ilości wody oraz czas zalewania zbiornika.

- Przygotowaliśmy również, wspólnie z naszymi partnerami z Niemiec, polsko-niemiecką strategię transformacji subregionu Turów. Zabiegaliśmy o to, by urząd marszałkowski uwzględnił nas w wojewódzkich planach transformacji węglowej oraz w strategii odchodzenia od węgla. Oddolnie udało nam się osiągnąć naprawdę dużo - wyliczył burmistrz Zgorzelca, który sam jest przewodniczącym Komitetu Transformacji Regionu Turoszowskiego. Komitet stara się lobbować do podejmowania przez władze krajowe strategicznych decyzji dotyczących regionu. 

Niestety, nie udało się uzyskać środków z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji (FST), ponieważ rząd Prawa i Sprawiedliwości nie zadeklarował redukcji emisji. - Mimo że ta redukcja jest faktem, brak oficjalnej deklaracji sprawił, że pieniądze do nas nie trafiły. W tej chwili walczymy o środki z Funduszu Modernizacyjnego. Jest to dla nas duża szansa, ponieważ ma on szersze zastosowanie niż FST, który był ukierunkowany bezpośrednio na redukcję emisji CO2 w źródłach wytwarzania energii - stwierdził Rafał Gronicz. Dodaje jednak, że o te fundusze będzie konkurować m.in. z KGHM-em i innymi gigantami.

Ponownie obawiam się, że nasze marginalne położenie może sprawić, że decydenci uznają problemy innych regionów za ważniejsze. Boimy się, że ostatecznie zostaniemy pominięci i, jak mówiłem, podzielimy los Wałbrzycha

- przyznał ze smutkiem.

Więcej o: