Akumulatory to dziś zdecydowanie większy biznes, niż mogłoby się wydawać. Są kluczowe dla rozwoju nie tylko motoryzacji (i ogólnie pojazdów), ale i ogromnej liczby mniejszych urządzeń do zastosowań zarówno konsumenckich, jak i przemysłowych. A w dalekiej przyszłości może i dla lotnictwa. Zwłaszcza że już za niespełna trzy dekady powinniśmy (jako UE) osiągnąć neutralność klimatyczną.
Produkcja i eksploatacja baterii ma jednak swoje istotne wady. Dwie największe to niezadowalająca gęstość energii, przez którą ogromne pakiety akumulatorów ważą często nawet nie setki, ale tysiące kilogramów oraz konieczność stosowania w nich kluczowych, trudno dostępnych, bardzo drogich i krytycznych dla gospodarki pierwiastków i metali. Ich pozyskanie często jest nie tylko problematyczne, ale i szkodliwe dla środowiska. Pojawiła się jednak szansa na to, że przynajmniej część z tych problemów uda się rozwiązać.
Szwedzkie przedsiębiorstwo Northvolt specjalizujące się w produkcji baterii litowo-jonowych dla samochodów elektrycznych ogłosiło właśnie wprowadzenie na rynek stosunkowo nowego typu akumulatorów. Jest to pierwsze komercyjnie oferowane ogniwo sodowo-jonowe, które nie zawiera litu, kobaltu ani niklu - metali uważanych za krytyczne, o które biją się producenci akumulatorów do aut. Technologię wytwarzania takiego akumulatora opracowano we współpracy z firmą badawczą Altris, a składniki wymagane w procesie produkcji to przede wszystkim żelazo i sód, czyli pierwiastki szeroko dostępne na niemal całym świecie.
Northvolt chwali się, że bateria sodowo-jonowa jest znacznie bezpieczniejsza dla środowiska i tańsza w produkcji od klasycznych ogniw litowo jonowych. Została opracowana z myślą o "rozbudowie opłacalnych i zrównoważonych systemów magazynowania energii na całym świecie". Ma też przyzwoitą gęstość energii na poziomie ponad 160 watogodzin na kilogram, co jest jednak wynikiem ustępującym temu z tradycyjnych ogniw zawierających lit. Przynajmniej na razie.
Nowy akumulator ma stanowić podstawę opracowywanych przez Northvolt systemów magazynowania energii, które docelowo trafią na rynki wschodzące - m.in. do Indii, Afryki i na Bliski Wschód. Northvolt tłumaczy, że dzięki niskim kosztom produkcji i odporności na pracę w bardzo wysokich temperaturach, w takich miejscach ogniwa te sprawdzą się idealnie.
Ze względu na stosunkowo niską gęstość energii na ogniwa sodowo-jonowe na razie nie rzucą się producenci samochodów elektrycznych, czego Szwedzi są świadomi. Jak pisał niedawno "Financial Times", 160 Wh na kg to tylko nieznacznie mniej od wyniku akumulatorów stosowanych w magazynach energii (przeciętnie 180 Wh na kg), ale zdecydowanie mniej niż osiągają akumulatory litowo-jonowe w samochodach na prąd (250-300 Wh na kg).
Northvolt podkreśla jednak, że jest to dopiero pierwsza generacja tej technologii. W kolejnych firma ma skupić się na maksymalnym zwiększeniu gęstości, aby baterie sodowo-jonowe stały się realną alternatywą dla m.in. litowo-jonowych odpowiedników w motoryzacji. Droga na pewno nie będzie jednak łatwa. Obecnie stosowane w motoryzacji ogniwa przekładają się na zasięgi aut rzędu maksymalnie 500-700 km. Właśnie tyle w praktyce może przejechać np. Tesla Model S Plaid z potężną baterią o pojemności 100 kWh.
Oby jednak Szwedom się udało, bo gra zdecydowanie jest warta świeczki. Peter Carlsson, dyrektor i współzałożyciel Northvolt mówił w wywiadzie dla "FT", że technologia ogniw sodowo-jonowych jest już dziś warta dziesiątki miliardów dolarów. Dla nas jej rozwój może oznaczać nie tylko korzyści środowiskowe, ale i niższe ceny (a przy tym lepsza dostępność) samochodów elektrycznych.