Limit bogactwa. 1 mln dolarów majątku wystarczy? "Wielki kapitał psuje demokrację"

Kacper Kolibabski
- W 2022 roku w Austrii wyciekło z systemu podatkowego 15 miliardów euro z powodu "kreatywnej księgowości" najbogatszych, podczas gdy urzędnicy ścigali maluczkich za wyłudzenia socjalne rzędu 14 milionów euro. Mamy tysiące urzędników siedzących na plecach samotnych matek pobierających "socjal", a pozwalamy wielkim fortunom wypływać z systemu - mówi prof. dr hab. Ewa Bińczyk.
Coraz więcej osób domaga się ograniczenia bogactwa miliarderów i nie tylko. Na zdjęciu bilboard wzywający do opodatkowania miliarderów, jako przykład podano sir Jima Ratcliffe, który zainwestował duże pieniądze w klub piłkarski Manchester United, ale rezydencje podatkową przeniósł do Monako, by uniknąć podatków
Fot. REUTERS/Phil Noble

Kacper Kolibabski, Next.gazeta.pl: Jesteśmy w stanie zmienić nasz świat na lepsze bez potężnego kryzysu, który zmusi ludzi do przyznania, że ten system po prostu nie działa?

Dr hab. Ewa Bińczyk, filozofka, wykładowczyni Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu: Mam w tej kwestii wiele obaw. Historia uczy, że kryzysy często, zamiast rozszczelniać władzę, wzmacniają najsilniejszych. Widzieliśmy to w czasie pandemii, widzimy to przy okazji wojen, gdzie wzrastają populizmy, militaryzmy i rasizmy. Oxfam podaje, że najbogatszy 1 proc. ludzkości w latach 2020-2022 zarobił dwa razy tyle, co cała reszta obywateli. Jako naukowczyni wierzę w ideę sprawiedliwości i równości, ale muszę przyznać, że w literaturze naukowej widać tendencję, o którą pan pyta.

Naukowcy nie wierzą już, że uda się utrzymać dobrobyt z ostatnich dekad?  

- Coraz więcej autorów, jak choćby szwedzcy naukowcy Andreas Malm i Wim Carton w swoich najnowszych, wspólnie napisanych książkach, "Overshoot" i "The Long Heat", sugerują, że jest już właściwie pozamiatane. Dominują narracje o tym, że poddaliśmy się klimatycznej zapaści i jest już za późno na łagodne wyjście. Francuski socjolog i filozof Bruno Latour przed śmiercią pisał, że utraciliśmy wspólny horyzont przyszłości - najbogatsi cynicznie odwracają się plecami do reszty ludzkości, myśląc jedynie o zabezpieczeniu własnych interesów. Pojawiają się głosy neoliberalnych ekonomistów, takich jak Andrew Lilico, którzy wprost mówią, że musimy pogodzić się z wyginięciem ludzi w tropikach i "lecieć dalej". To jest dryf w stronę barbarzyństwa, któremu musimy się przeciwstawić.

Co musielibyśmy zrobić, żeby jednak utrzymać albo dalej zwiększać poziom naszego życia?

- Pieniędzy na zmiany nie brakuje, jak często wmawiają nam politycy. Problem w tym, że są skrajnie nierówno rozłożone. Mamy obecnie na planecie 62 miliony superbogaczy, którzy posiadają majątek powyżej 5 milionów dolarów. Liczba miliarderów wzrosła z 13 na początku lat 80. XX wieku do ponad 2781 w roku 2024. Te fortuny są często dziedziczone bez podatku. Bez ruszenia problemu skrajnych nierówności ekonomicznych i luksusowego bogactwa, które psują nasz świat, niewiele się zmieni.

Zobacz wideo Prof. Chojnicki: W 2024 roku mieliśmy 30 dni dni rekordowo ciepłych

Najpierw więc musimy uderzyć w superbogaczy?

- Tak, to kluczowy problem, szczególnie że za dekarbonizację z czegoś trzeba zapłacić. Zgadzam się z filozofką Ingrid Robeyns i jej koncepcją limitarianizmu*: musimy przestać badać biedę, a zacząć badać superbogactwo. W 2022 roku w Austrii wyciekło z systemu podatkowego 15 miliardów euro z powodu "kreatywnej księgowości" najbogatszych, podczas gdy urzędnicy ścigali maluczkich za wyłudzenia socjalne rzędu 14 milionów euro. Mamy tysiące urzędników siedzących na plecach samotnych matek pobierających "socjal", a pozwalamy wielkim fortunom wypływać z systemu. Każda nowa fortuna miliardera to w dzisiejszych czasach "skandal na tkance społecznej". Te środki mogłyby sfinansować sprawiedliwą transformację prośrodowiskową, gdybyśmy tylko mieli wolę polityczną i odwagę je opodatkować.

*limitarianizm - pogląd etyczny, zgodnie z którym moralnym byłoby ustalenie dopuszczalnych limitów wysokości majątku, który można posiadać. 

Często słyszymy jednak głosy, że to nie podatki, a technologia nas uratuje. Mark Jacobson, profesor inżynierii środowiskowej ze Stanford, twierdzi, że mamy już wszystko, czego potrzebujemy, by za jej pomocą uratować świat. Dlaczego więc nie idziemy tą drogą i średnia temperatura globu wciąż rośnie?

- Jacobson od dekad pokazuje, że posiadamy rozwiązania technologiczne oparte na odnawialnych źródłach energii (OZE), by bezpiecznie przeprowadzić świat przez transformację bez konieczności inwestowania w atom czy technologie, które jeszcze nie istnieją. Jego ostatnia książka z 2023 roku nosi tytuł nosi tytuł "No Miracles Needed" - nie potrzeba cudów.

Ale jak nie technologii ani cudów, to czego potrzeba?

- Brakuje woli politycznej, bo te rozwiązania nie generują tak wielkich zysków dla "sępów polityczno-finansowych" jak sektor paliw kopalnych. W mainstreamie dominuje dziś ciche przyzwolenie na wzrost temperatury globalnej nie tylko powyżej 1,5 st. C, ale grubo powyżej 2 st. C po to, by dopiero, kiedyś tam, "wziąć się z całej siły w garść" i zacząć masowo inwestować w posprzątanie tego bałaganu, na przykład dzięki wychwytywaniu dwutlenku węgla z atmosfery na niewyobrażalną i nierealną dziś skalę.

Ale to przecież technologia, która jednak jakoś może pomóc. 

- Może kiedyś, ale dziś to tylko urojone rozwiązania przyszłości, dzięki czemu decydenci nie muszą stawiać czoła obecnym strukturom kapitału.

A jakie to struktury?

- Wciąż wydawane są koncesje na wydobycie, a kredyty dla inwestorów z sektora paliw kopalnych zabezpieczane są przez państwa. Innym przykładem jest przesiadka na auta elektryczne. 

Co z nimi? Przecież samochodów ze względu na wykluczenie komunikacyjne ciężko się pozbyć. Chyba więc lepiej, żeby to były elektryki niż spalinowe?

- Gdybyśmy chcieli wymienić wszystkie samochody na świecie na elektryki, byłby to "game over" dla biosfery ze względu na gigantyczne, niszczycielskie wydobycie surowców potrzebnych do ich produkcji. 

Są jednak takie technologie, bez których się nie obejdziemy. U mnie już teraz w lecie nie da się wytrzymać bez klimatyzacji, a pani proponuje "drzemkę zamiast klimatyzatora", jak brzmiał tytuł jednego z pani wykładów. Trudno mi wyobrazić sobie życie na południu od Polski bez klimatyzacji.

- Tu nie chodzi o decyzje zakupowe, ale o decyzje wyborcze. Klimatyzacja to doskonały przykład logiki biznesu, która napędza problem: aby zbudować i zasilić miliony klimatyzatorów, musimy spalić jeszcze więcej paliw, co jeszcze bardziej podgrzewa planetę. To błędne koło. Hasło "drzemka zamiast klimatyzatora" to propozycja otwarcia dyskusji o innej architekturze dnia i przestrzeni.

Ale do przeciętnego Kowalskiego dociera tylko to, że ci źli aktywiści i naukowcy chcą mu zakazać klimatyzacji.

- Dlatego tak ważne jest, by od razu wskazywać alternatywy. Wspomniał pan o swoim mieszkaniu - ono jest prawdopodobnie fatalnie zbudowane pod kątem termicznym: złe ściany, brak przewiewu, okna na niewłaściwą stronę. Miasta w Polsce to zalane betonem "wyspy ciepła", gdzie temperatura latem jest o 10 proc. wyższa niż gdzie indziej.

A da się inaczej, bo przecież już ponad 100 lat temu moderniści opracowali zasady budowy, dzięki którym skrajne temperatury nie są aż tak uciążliwe.

- Tak, to są problemy strukturalne i projektowe, które modernizm potrafił rozwiązywać, a które dziś prawo budowlane często pomija. Drzemka czy siesta zamiast klimatyzatora to dla mnie metafora dekarbonizacji - nie jako "wymianki" gadżetów, ale systemowej zmiany społeczno-kulturowej w trosce o najsłabszych. Zielone łady są w tej chwili blokowane przez sektory czerpiące rekordowe zyski z paliw kopalnych. Możliwe, że gdy będzie już za późno, reformy będą przeprowadzone na łapu-capu i po trupach najsłabszych. Ekonomiści ekologiczni, którzy rozumieją istotę współczesnego kryzysu środowiskowego, po prostu próbują tego uniknąć.

Wróćmy do polityki. Dlaczego rządy nie promują odnawialnych źródeł energii tak stanowczo, jak mogłyby to robić?

- Bo z odnawialnych źródeł energii nie ma tak szybkich zwrotów z inwestycji. Rozproszone OZE są korzystne dla zwykłych obywateli i gospodarstw domowych, ale nie generują gigantycznych zysków dla wielkich operatorów. Dlatego politycy wolą inwestować w "dinozaury" jak węgiel czy wielkie projekty jądrowe, na których zarobią potężne firmy zagraniczne i krajowe koncerny, które potem wydadzą pieniądze na lobbing, na czym znowu zyskują politycy. To błędne koło pokazuje, w jaki sposób bogacenie się nielicznych psuje politykę i w dalszej kolejności środowisko.

Czyli co, musimy sprawić, żeby klasie politycznej transformacja też się opłacała?

- Tak, bo inaczej zamiast suwerenności energetycznej, którą dawałyby nam rozproszone sieci OZE, wybieramy model centralistyczny, który służy interesom kapitału. Musimy pytać: jakie interesy materialne stoją za konkretnymi rozwiązaniami?

Dziennikarze próbują to robić, ale często gubią się w 'papce ściemniania', którą serwuje klasa polityczna ściśle powiązana z sektorem energii.

Czy ci ludzie nie rozumieją, że ich władza i bogactwo niszczą świat, w którym żyją również ich dzieci i wnuczęta?

- Robeyns opisuje to jako totalną "odklejkę" od rzeczywistości, połączoną z narcyzmem i ignorancją wobec faktów naukowych. Przytacza przykład amerykańskiego polityka Mitta Romneya, który doradzał studentom niemogącym opłacić studiów w USA, by po prostu "pożyczyli od rodziców". Elity zupełnie nie rozumieją, czym jest zwykłe życie i że nie każdy rodzic ma co pożyczyć. Nie rozumieją ani wagi zabezpieczeń socjalnych, ani konieczności płacenia podatków.

Ściemę o równych szansach na wolnym rynku dla wszystkich wciskają całemu społeczeństwu. Co więcej, wielki kapitał psuje demokrację przez kupowanie ustaw i lobbing. Superbogacze inwestują częściej w aktywa paliw kopalnych, bo tam są najwyższe stopy zwrotu. Państwowe subsydia na "usmażenia planety" są w większości krajów dwukrotnie wyższe niż dotacje dla OZE. Szczyty klimatyczne ONZ to z kolei często spektakl i cyrk. Występują na nich lobbyści paliwowi, reprezentujący interesy niektórych państw.

Na początku maja potężny pożar ogarnął las na Roztoczu (Lubelszczyzna)
Na początku maja potężny pożar ogarnął las na Roztoczu (Lubelszczyzna)Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl

I co z tym zrobić?

- W koncepcji limitarianizmu czy w ekonomii pułapów bogactwa znajdziemy cały wachlarz konkretnych rozwiązań. Jednym z nich jest ustanowienie pułapu majątku, np. na poziomie 10 milionów euro lub dolarów, jak chce Robeyns. To dla niej pewien ideał regulacyjny.

Argumentuje, że w krajach takich jak Holandia, gdzie funkcjonują sprawne systemy socjalne, zdrowotne i emerytalne, taka kwota z ogromnym naddatkiem wystarcza na zapewnienie bardzo luksusowego życia. Z kolei limit etyczny jej zdaniem powinien wynosić jeszcze mniej, 1 milion euro. Jest to kwota, która - przy odpowiednich zabezpieczeniach publicznych - gwarantuje komfort życia danej osobie i jej rodzinie. To nic nowego, w 1942 roku F. D. Roosevelt proponował 100 proc. podatku dla dochodów powyżej 25 000 dol. rocznie, 90 proc. podatek dla najbogatszych funkcjonował jeszcze w 1963 roku w USA. Thomas Piketty (w "Kapitale w XXI wieku" - red.) pisze natomiast o 80 proc. podatku dla 1 proc. najbogatszych.

To szczególnie ważne, gdy technologia, która miała przynieść zbawienie, daje bogaczom przewagę i staje się ich narzędziem kontroli i propagandy.

- Niestety tak. AI i wielkie platformy cyfrowe, big techy, które powstały z pieniędzy podatników, dziś służą generowaniu prywatnego zysku, psując przy tym demokrację i sprzyjając populizmowi. Jestem zwolenniczką nacjonalizacji tych platform, podobnie do intelektualistów takich jak Nick Srnicek czy Naomi Klein. Realne stawienie czoła wyzwaniom klimatycznym musi oznaczać częściowe podważenie logiki kapitalizmu, aktywne długoterminowe planowanie, regulacje, wielkie inwestycje państw w dekarbonizację, osierocenie aktywów sektorów szkodliwych.

Tak wielka zmiana jest w ogóle możliwa?

- Robiliśmy już takie rzeczy, znosząc niewolnictwo, kanalizując miasta - co wymagało np. wywłaszczeń, elektryfikując wieś - gdzie nie było szybkich zwrotów, albo mobilizując gospodarki podczas wojen. Nie da się już dłużej pudrować katastrofy, potrzebne jest przełamanie klinczu neoliberalizmu. Miejmy świadomość, że zamiast sprawiedliwego i planowanego dewzrostu, może nas czekać po prostu barbaryzm, technofeudalizm i militaryzm.

Czy sprawiedliwa transformacja jest możliwa, jeśli kraje rozwijające się chcą żyć na naszym poziomie?  Żeby tak się stało, musimy wyprodukować dużo więcej dóbr, co z kolei niszczy planetę.

- Zgadzam się z Jasonem Hickelem (zajmuje się ekonomią polityczną - red.): najlepsze, co Północ może zrobić, to wycofać się z tych krajów z "pomocą", która w rzeczywistości jest formą neokolonialnego wyzysku. Afryka de facto sponsoruje Północ, bo transfery z tytułu spłaty odsetek od długów są znacznie wyższe niż jakakolwiek pomoc rozwojowa, która tam trafia. Liczby nie kłamią.

Europa przez Zielony Ład miała być liderem dekarbonizacji poprzez wprowadzenie mechanizmu dostosowania cen na granicach i opodatkowanie towarów produkowanych wysokoemisyjnie poza Europą. To byłaby szansa na odwrócenie szkodliwych aspektów globalizacji i powrót do suwerenności. W tej chwili zielone ambicje UE stoją pod ogromnym znakiem zapytania. To byłaby wielka szkoda, bo żyjemy w uprzywilejowanych państwach dobrobytu, należymy do ok. 20 proc. krajów o najwyższych dochodach na świecie, to u nas jest najlepsze pole do przeprowadzenia ambitnych zmian. Tak, żeby najsłabsi nie musieli płacić rachunków za destrukcję i dekarbonizację.

Ewa Bińczyk - filozofka, prof. nauk humanistycznych, wykładowczyni Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, specjalizująca się w filozofii nauki, współczesnej filozofii środowiskowej, ekonomii ekologicznej i badaniu retoryki antropocenu. Autorka książek "Technonauka w społeczeństwie ryzyka", "Epoka człowieka. Retoryka i marazm antropocenu" oraz "Uspołecznianie antropocenu", członkini Rady Ekspertów Koalicji Klimatycznej, Rady Fundacji Edukacji Klimatycznej (Nauka o Klimacie), Rady Greenpeace Polska, Komitetu Prognoz "Polska 2000 Plus" PAN oraz Rady Programowej czasopisma "Civitas Hominibus", a także współpracowniczka ekoKoalicji na rzecz ekoUczelni przy Fundacji Funduszu Pomocy Studentom.

Jest to druga część rozmowy z prof. dr hab. Ewą Bińczyk. Pierwszą część znajdziecie w poniższym artykule:

Kacper Kolibabski
Więcej o: