Koronawirus. Odwróć tabelę, Polska prawie na czele. W statystyce testów przeskoczyła nas już Rumunia [WYKRES DNIA]

Stan na 5 maja wskazywał, że w Polsce przeprowadzono 394 270 testów na koronawirusa. To daje mniej więcej jeden test na stu mieszkańców. Na tle Europy wypadamy w tej statystyce blado - plasujemy się na 23. miejscu spośród 27 krajów Unii Europejskiej.

10,4 tys. przeprowadzonych testów na milion mieszkańców, 10,4 testów na tysiąc osób, jeden test na sto osób. Tę statystykę przedstawiać można w różny sposób, ale wniosek jest zawsze ten sam. W Polsce na tle innych krajów Unii Europejskiej przeprowadza się po prostu mało testów na koronawirusa. Spośród 27 krajów wspólnoty niższy niż Polska odsetek testów w przeliczeniu na liczbę obywateli mają tylko cztery - Chorwacja, Węgry, Grecja i Bułgaria. Kilka dni temu przeskoczyła nas Rumunia, większość krajów Unii Europejskiej jest od nas w tej statystyce bardzo daleko już od dawna.

embed

Czy mamy problem? Cóż, oczywiście można byłoby szukać argumentów, że te dane nie prezentują "całego obrazu". Przykładowo - że niektóre kraje, które są na powyższym wykresie przed nami, są znacznie mniejsze, więc siłą rzeczy łatwiej tam przebadać dużą część populacji. Albo, że w części krajów epidemia rozwinęła się znacznie bardziej niż w Polsce, więc trzeba było testować dużo więcej osób z objawami choroby. Albo, że w Polsce, mimo iż testujemy stosunkowo mało, gwałtownego piku zachorowań nie było. Albo w końcu - że każdy kraj ma różne procedury i strategie walki z koronawirusem, więc porównywanie liczby przeprowadzanych testów nie ma sensu.

Tyle tylko, że nawet Ministerstwo Zdrowia, jeszcze w marcu czy na początku kwietnia przekonujące obywateli, że badamy wystarczająco jak na etap rozwoju epidemii, teraz zmieniło front. Nawet minister Szumowski przekonuje, że testujemy za mało. Powtarza już za szefem Światowej Organizacji Zdrowia, że musimy "testować, testować i jeszcze raz testować".

Słowem, nawet rząd mówi to, co epidemiolodzy - powinniśmy przeprowadzać więcej testów. Sprawniej wykrywać zakażenia i potencjalne ogniska, sprawniej izolować chorych. Takie podejście sprawiłoby, że za jakiś czas liczba nowych zakażeń spadałaby. Dziś w Polsce można powiedzieć, że się "ślimaczy" - nie rośnie drastycznie, ale i wyraźnie nie spada. Zachorowania rozkładają się w czasie. Taki stan może trwać długo. Dr Rafał Mostowy, z Małopolskiego Centrum Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, w rozmowie z "Wyborczą" mówił, że testów powinniśmy robić ok. 5-10 razy więcej.

Jak najszersze testowanie społeczeństwa to też jeden z kluczowych warunków znoszenia obostrzeń - społecznych i gospodarczych. Dlaczego więc tego nie robimy? Dlaczego minister Szumowski przekonuje, że mamy możliwości przeprowadzenia 25 tys. testów na dobę, tymczasem już od pół miesiąca w najlepsze dni osiągamy maksymalnie 13-16 tys. nowych przebadanych próbek?

Wąskie gardło w laboratoriach

Jednym z wąskich gardeł w polskim systemie ochrony zdrowia i diagnostyki COVID-19 są laboratoria medyczne. Tutaj kluczowe zastrzeżenie - nie oznacza to absolutnie, że praca wykonywana jest przez diagnostów źle czy za wolno. Wręcz przeciwnie - są oni cichymi bohaterami walki z koronawirusem. Natomiast pewnych rzeczy niestety "nie przeskoczą". 

W czym jest problem? Jak tłumaczy w rozmowie z next.gazeta.pl wirusolog, dr hab. Tomasz Dzieciątkowski, choćby w technice badania próbek. Pierwszym jej etapem jest odpłukanie i izolacja kwasu nukleinowego wirusa, co w wielu laboratoriach na Zachodzie odbywa się automatycznie. W Polsce laboratoria rzadko kiedy dysponują umożliwiającymi to maszynami, a więc muszą tę czynność wykonywać manualnie. A to trwa trochę dłużej. Do tego dochodzi czynnik czysto ludzki - diagności są obecnie nie tylko przemęczeni, lecz także szczególnie mocno obciążeni psychicznie. Dr Dzieciątkowski mówi o "autopresji", aby badań robić jak najwięcej i jak najszybciej, bo od tego zależy los chorych. 

To zresztą druga sprawa - mamy w Polsce za mało wykwalifikowanych diagnostów laboratoryjnych, którzy dodatkowo teraz pracują naprawdę na grubo ponad 100 proc. Laboratoria są obłożone "pod korek". Ludzie to nie roboty i z całą pewnością, gdyby personelu było więcej i był on bardziej wypoczęty, to i wydolność całego systemu byłaby lepsza. Mocno przeciętne zarobki diagnosty laboratoryjnego sprawiają, że do tego zawodu nie ciągną tłumy osób. 

Trzecia sprawa to liczba samych laboratoriów. Dziś - w sytuacji, w której rzucono wszystkie ręce na pokład i próbki badają nawet laboratoria przy uczelniach medycznych (które normalnie diagnostyką laboratoryjną się nie zajmowały) - mamy, według Ministerstwa Zdrowia, około 100 takich placówek. Dla przykładu, w Niemczech na 83 mln obywateli jest prawie 300 laboratoriów zajmujących się diagnostyką COVID-19. 

Co ciekawe, teoretycznie istnieje sposób, aby przepustowość polskich laboratoriów nieco podnieść. Dr Dzieciątkowski zwraca uwagę, że skoro ponad 95 proc. testów daje wyniki ujemne, to godne rozważenia mogłoby być tzw. badanie w pulach, czyli mieszanie materiału z kilku próbek naraz. Gdyby badanie takiej mieszaniny dało wynik ujemny, to oznaczałoby, że pojedyncze próbki również dają wyniki ujemne. Dopiero, gdyby mieszanina dała wynik dodatni, należałoby próbki np. badać pojedynczo albo w mniejszych pulach. O takim podejściu już się dyskutuje w Polsce, a analogiczne próby trwają np. w Izraelu, Korei Płd., Niemczech czy Stanach Zjednoczonych.

Nawet osoby z objawami mogą mieć problem z testem

Problemy tkwią jednak nie tylko w samych laboratoriach i tempie ich badania, lecz także w niewydolności procedur i całego systemu, w tym szczególnie sanepidu. Znowu - nie można mówić o żadnej złej woli tej instytucji, natomiast po prostu nie została ona przygotowana do nowych zadań w optymalny sposób.

Skutkuje to tym, że lekarze (szczególnie z przychodni czy mniejszych szpitali, przy których nie ma laboratoriów), którzy podejrzewają u pacjenta zakażenie koronawirusem, nierzadko mają poważne problemy, żeby skontaktować się z sanepidem i przesłać próbkę. To już samo w sobie jest zniechęcające, a części lekarzy może w pewnym momencie zabraknąć "namolności". Pacjent czasem musi sam walczyć o przeprowadzenie testu - czy to w sanepidzie, czy w szpitalu jednoimiennym.

Lekarze muszą być czasem wyjątkowo namolni. Nasz system diagnostyki COVID-19 nie ułatwia poszukiwania osób zakażonych, zwłaszcza tych zainfekowanych skąpoobjawowo

- uważa dr Dzieciątkowski.

Słowem - w Polsce wciąż niestety kuleją procedury i sporo osób może mieć problemy, aby być przebadanym pod kątem koronawirusa. Na razie zlecać testy na koronawirusa mogą tylko sanepid albo szpitale zakaźne. O taką możliwość apelują także lekarze rodzinni - na razie bez efektu. 

Gdyby lekarze rodzinni mogli kierować na testy i mieli dokąd kierować na test pacjentów z podejrzeniem zakażenia koronawirusem, wykonywanych testów byłoby dużo więcej

- pisała w kwietniu na Twitterze Agnieszka Mastalerz-Migas, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej.

Pytanie, czy wtedy laboratoria nie zostałyby jeszcze bardziej zapchane i błędne koło by się nie zamknęło.

Zobacz wideo Tak wygląda dezynfekcja biura słowackiej policji. Opryskiwane są nawet pozostawione dokumenty