Ratownik medyczny: Pogotowie protezuje system ochrony zdrowia. Na jesieni czeka nas po prostu dramat [WYWIAD]

Zbliża się jesień, a wraz z nią sezon obniżonej odporności. W sytuacji, w której przychodnie POZ działają na mocno zmniejszonych obrotach, czas infekcji niesie ze sobą ryzyko przeciążenia służby zdrowia. Przed paraliżem systemu opieki zdrowotnej w nadchodzących miesiącach ostrzega w rozmowie z Next.gazeta.pl Adam Piechnik, ratownik medyczny z kilkunastoletnim stażem.

Kamil Rakosza, Next.gazeta.pl: Kiedy wiosną rozmawiałem z ratowniczką medyczną, ta mówiła mi o tym, że musicie wyjeżdżać także do zdarzeń, które nie należą do obowiązków pogotowia ratunkowego. Nadal tak jest? W czym tkwi problem?

Adam Piechnik*: Problemem jest to, że siadła instytucja POZ, czyli podstawowej opieki zdrowotnej. Irytujemy się czasem, kiedy przyjeżdżamy do zdarzeń, które nie wchodzą w zakres obowiązków pogotowia ratunkowego. Są one zresztą jasno określone jako te, które stanowią bezpośrednie zagrożenie życia i zdrowia człowieka. No, ale to tylko teoria.

W praktyce musimy jeździć także do przypadków będących np. następstwem powikłań czy zaniedbań w opiece pielęgnacyjnej przy chorobach przewlekłych, co normalnie powinno leżeć w gestii lekarza rodzinnego.

Czemu zatem zajmujecie się tym wy, a nie lekarz rodzinny?

Obecnie stałą praktyką jest to, że przychodnie przeszły w tryb telemedycyny. Tradycyjna wizyta u lekarza jest w wielu miejscach niemożliwa. Dyspozytorki informują rodziny, żeby te wezwały pogotowie ratunkowe, jeśli chcą kontaktu z doktorem. Ten, nawiasem mówiąc, w pogotowiu i tak nie przyjeżdża. Trzeba pamiętać o tym, że dwie trzecie zespołów pogotowia ratunkowego w Polsce to zespoły bez lekarza.

Zobacz wideo Liczba zakażonych rośnie. Rząd wprowadza czerwone i żółte strefy

Bywa tak, że na miejscu okazuje się, że stan pacjenta wymaga tego, by zobaczył go lekarz. Wtedy transportujemy taką osobę do szpitala, ponieważ wkrótce w jej przypadku rzeczywiście wystąpi bezpośrednie zagrożenie życia i zdrowia. Ta sytuacja jest chora.

Sam byłem świadkiem rozmowy członka rodziny pacjenta, do którego przyjechaliśmy, z dyspozytorką przychodni POZ. Zaleciliśmy kontakt z lekarzem w celu korekty farmakoterapii. Pani wysłuchała, po czym poleciła tej osobie kontakt z pogotowiem.

Jestem w tej chwili w pracy i w trakcie dyżuru pewnie zdarzy mi się przynajmniej kilka takich wyjazdów. Ludzie nie mogą skontaktować się z lekarzem, bo przychodnie po prostu przestały działać.

Widzi pan jakieś rozwiązanie problemu?

Pieniądze. Dofinansowania POZ-ów w sytuacji pandemii koronawirusa. Dopóki tego nie ma, przychodnie mają powód - skądinąd całkiem słuszny z ich punktu widzenia - do zbywania pacjentów i przerzucania odpowiedzialności. Stosowanie środków ochrony to dodatkowy wydatek, a jeśli nie ma jak go sfinansować, ciężko myśleć o prawidłowym funkcjonowaniu przychodni. Winni są zatem decydenci i ich złe decyzje, przez które opieka nad pacjentami, u których nie występuje bezpośrednie zagrożenie życia i zdrowia, jest de facto przenoszona na zespoły pogotowia ratunkowego.

Które pewnie nie są w stanie udźwignąć dodatkowych, wykraczających poza określone kompetencje obowiązków.

Pracuję w Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego i Transportu Sanitarnego "Meditrans" w Warszawie. Teren mojego działania obejmuje stolicę i powiaty ościenne. To takie regiony jak m.in. Legionowo, Otwock, Pruszków, Tłuszcz czy Radzymin. Jak widać, dość rozległy obszar pracy.

Od dawna powtarzam w różnych wywiadach i nie tylko, że Warszawa jest strasznie niedoszacowana, jeśli chodzi o liczbę karetek pogotowia ratunkowego. A w Polsce jest tak, że to właśnie pogotowie ratunkowe protezuje system ochrony zdrowia. I tak jest już od dawna.

A to lekarz nie przyjmie, bo nie ma już numerków w przychodni, a to nie można się dostać do specjalisty. Trudno, przyjedzie pogotowie. Gorzej, że w tym czasie nie ma nas tam, gdzie faktycznie być powinniśmy, np. przy wypadku albo przy zatrzymaniu akcji serca, gdzie niezwykle liczy się czas. Przydałyby się dokładne zestawienia, które pokazałyby, jak często pogotowie wezwane do zdarzenia wykraczającego poza obowiązki zespołu ratunkowego nie dojechało na czas do kogoś, kto tej karetki naprawdę potrzebował.

A w zbliżającym się sezonie obniżonej odporności takich wyjazdów będzie pewnie jeszcze więcej. Czy grozi nam paraliż służby zdrowia?

Od razu chciałbym zaznaczyć, że w nadchodzących, jesiennych miesiącach nie spodziewamy się jakiegoś szalonego wzrostu zakażeń koronawirusem. Chodzi o zablokowanie całego systemu ochrony zdrowia przypadkami, które aż do wyniku testu na COVID-19 będą nie do rozróżnienia. A to dotyczy właściwie wszystkich infekcji oddechowych.

Będzie to skutkowało tym, że po tym, jak odstawimy pacjenta z takimi objawami do właściwego szpitala, potem będziemy musieli zdezynfekować siebie i karetkę. Przez to normalny wyjazd karetki pogotowia, który trwa około godziny, wydłuża się do trzech, a w pewnych przypadkach nawet czterech godzin.

Ratownicy skarżyli się na to już wiosną. Niedobrze dla nas wszystkich, że do tej pory nic się w tej sprawie nie poprawiło.

Tak, to z pewnością uderzy w cały system ochrony zdrowia. Do tego niektóre zespoły pogotowia ratunkowego w okolicach Warszawy musiały zostać skierowane na kwarantannę w związku z zakażeniem koronawirusem. Inni ratownicy muszą ich zastępować. Ja sam zejdę z dyżuru dopiero za trzy doby, a dziś mija już drugi dzień mojej pracy.

Jeśli przychodniom POZ nie zostanie przywrócony normalny tryb działania - być może z dofinansowaniem na środki ochrony indywidualnej - to wraz ze wzrostem infekcji oddechowych czeka nas po prostu dramat.

*Adam Piechnik - rocznik 1972; wykształcenie wyższe (pielęgniarstwo, ratownictwo medyczne), w zawodzie od trzynastu lat; pracuje w Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego i Transportu Sanitarnego "Meditrans" w Warszawie.