Czy celem wycieczki są góry, czy mazury, czy wybieracie się tam pieszo, czy na rowerach, czy w jakiś inny sposób - nie ma znaczenia. Tak czy inaczej z pewnością potrzebować będziecie porządnego plecaka. Może więc warto zainwestować w taki wyposażony w ogniwa fotogalwaniczne, które energię słonenczą będą w stanie porzerobić na elektryczną? Producenci zapewniają, że dzięki takiemu osprzętowi bez problemu uda się naładować niewielkie urządzenia, takie jak odtwarzacze mp3 czy telefony komórkowe.
W większości "plecaków solarnych" energia zbierana jest przez cały dzień (także pochmurny, choć oczywiście z odpowiednio mniejszą wydajnością) w specjalnych akumulatorkach. W razie potrzeby trzeba tylko podpiąć do nich odpowiednie urządzenie i... już - powinno zostać naładowane.
Kwestią sporną pozostaje oczywiście "czy to naprawdę działa". Nie ma się co oszukiwać - przy pomocy zebranej energii raczej nie naładuje się laptopa. Ale z telefonem powinno się już udać.
Ceny plecaków solarnych zaczynają się od 70 złotych (najtańsze modele na Allegro), a kończą w okolicach nawet 1000 zł.
Są ludzie, którzy lubią rozkładać namioty. Tak się jednak jakoś składa, że większość osób nie ma na to specjalnie ochoty, zwłaszcza po całym dniu marszu albo wiosłowania. Dobrym rozwiązaniem w takiej sytuacji może być namiot, który rozkłada się automatycznie.
Jak to działa? Najlepiej przekonać się dzięki poniższemu filmikowi, na którym zaprezentowano składanie i rozkładanie bodaj najpopularniejszego namiotu tego typu, czyli Quechua 2 Seconds:
Jakie problemy mogą spotkać posiadacza takiego sprzętu? Przede wszystkim, o ile rozłożenie go jest zadaniem banalnym, o tyle złożenie... już nie do końca. To może i nie wygląda na skomplikowane, ale wcale nie jest jednak łatwe. Problematyczną kwestią jest także wielkość namiotu po złożeniu - to okrąg o sporej średnicy, który niespecjalnie nadaje się do przytroczenia do plecaka. Ale jeśli ktoś wybiera się na wycieczkę samochodem...
Ceny tego typu namiotów zaczynają się od ok. 75 złotych, kończą w okolicach złotych 300.
POV to skrót od angielskiego "point of view", a więc "punkt widzenia". Kamery tego typu to małe urządzenia, które przypiąć można do kasku albo roweru, by zarejestrować obraz z "jego punktu widzenia".
To propozycja przede wszystkim dla osób, które lubią uprawiać sporty ekstremalne. Większość takich kamer nie jest aż tak mała, jak się wydaje, trzeba znaleźć im także jakieś miejsce, gdzie można by je przypiąć - jak rama roweru czy właśnie wspomniany kask. Oczywiście na rynku są dostępne także urządzenia, które założyć można po prostu na głowę i w ten sposób nagrać na przykład wspólną wycieczkę z dziećmi nad Morskie Oko. Może to i dziwny pomysł, ale - z drugiej strony - także oryginalny. W ten sposób zarejestrowany film na pewno będzie znakomitą, choć specyficzną, pamiątką.
Będzie także pamiątką dosyć drogą. Ceny kamer POV są bardzo różne, różnie też jest z ich dostępnością na polskim rynku. Model zakładany na głowę kosztować może ok. 1000 złotych, za taką cenę nie należy się jednak spodziewać porażającej jakości obrazu. Najbardziej profesjonalny sprzęt tego typu, nagrywający w pełnym HD, to wydatek rzędu kilku tysięcy złotych.
Ciężko wymienić wszystkie sytuacje, w jakich przydać może się lornetka. Często są to rzeczy zupełnie nie do przewidzenia. Może czas zainwestować w lornetkę ekstremalną? Na przykład taką z noktowizją, która pozwoli spokojnie rozeznać się w terenie także w nocy. To może być całkiem niezły pomysł.
My mamy dla Was jednak propozycję zdecydowanie bardziej konkretną. To dwie lornetki zaprojektowane przez firmę Sony - DEV-3 i DEV-5. To sprzęt cyfrowy z wbudowaną kamerą, który w dodatku pozwala także na nagrywanie obrazu w pełnym HD, także w trybie 3D.
Robi wrażenie? Robi. Robi je także cena. DEV-3 kosztuje ok. 5500 złotych, DEV-5 - ok. 7500 zł. Modele różnią się przede wszystkim stopniem zoomu optycznego, droższy ma także wbudowany nadajnik GPS.
To już propozycja dla wyjątkowo ekstremalnych majówkowiczów.
Jeśli lubicie mocne przeżycia (wyprawa w Himalaje? safari w Afryce?), a nie lubicie w tym czasie rozstawać się z komputerem, to doskonale wiecie, jak wielkim może być to problemem. Laptopy może i są przenośne, ale nie wytrzymują nawet odrobinę ekstremalnych warunków. Poza tym są też, w takich warunkach, niewygodne i generalnie nie nadają się do bardziej ekstremalnych zastosowań.
Być może warto w takim wypadku zainwestować w laptop albo tablet z serii Toughbook Panasonica. To nie tylko całkiem potężne urządzenia, to także sprzęt odporny na wszelkiego rodzaju ekstrema, jakie mogą się przydarzyć. Woda, piach czy mróz raczej mu nie zaszkodzą. Z podobnych rozwiązań korzysta armia, a to już powinno mówić samo za siebie.
Toughbooki to urządzenia do zastosowań ekstremalnych - niestety ich ceny także są ekstremalne. Za taki sprzęt trzeba zapłacić nawet kilkanaście tysięcy złotych.
Ciężko podróżować bez mapy. A jeśli mapę wgrać do turystycznego GPS-a?
Jest wiele powodów, dla których GPS-y samochodowe nie nadają się w sytuacjach, nazwijmy je ogólnie, turystycznych. Nie są wodoodporne (ani zwykle w ogóle odporne na nic), nie podają wysokości nad poziomem morza, na jakiej się znajdują, nie mają barometru i tak dalej, i tym podobne. Jeśli więc ktoś chce się ruszyć z GPS-em w, dajmy na to, góry, powinien wziąć pod uwagę GPS turystyczny. Nawigacja głosowa będzie w takim wypadku zbędna, za to bardzo przyda się wgrana topograficzna mapa terenu albo możliwość przypięcia całego urządzenia do paska.
Różnice w cenach turystycznych GPS-ów są bardzo duże - najtańsze można mieć już za niecałe 200 zł, za najdroższe zaś zapłacić można nawet kilka tysięcy. Najlepiej przed zakupem dokładnie rozeznać się, z jakich funkcji chce się korzystać i dopasować urządzenie pod własne wymagania.
Scyzoryk przydaje się zawsze. Pamięć USB - w dzisiejszych czasach - także. Nawet podczas majówki. Co powiecie na scyzoryk z wbudowanym pendrivem? To może być całkiem sensowne rozwiązanie dla wyjeżdząjącego na weekend wielbiciela technologii.
Ceny tego typu urządzeń są oczywiście bardzo różne, zależne przede wszystkim od wszystkich dodatkowych akcesoriów i wielkości samej pamięci (te mogą być nawet, jak prezentowana na ostatnich targach CES, terabajtowe).
Za sprzęt tego typu od firmy Victorinox - prawdopodobnie najbardziej znanego i renomowanego producenta scyzoryków na świecie - zapłacić trzeba od 200 do 600 złotych. A nawet jeśli USB uważacie za zbędne, to tak czy inaczej zwykły scyzoryk przyda się zawsze.
Na każdego rodzaju wyprawie równie nieodzowna, co scyzoryk, jest latarka. Z latarkami jednak zawsze są problemy. Bo a) psują się, b) baterie się w nich wyczerpują. Może więc zainwestować w urządzenie naprawdę niezawodne?
Interesującym pomysłem wydaje się być latarka... na dynamo. Takie urządzenia zwykle wyposażone są w korbkę. Wystarczy trochę pokręcić, by zaczęły świecić. Nie potrzebują żadnych baterii. Są lekkie, małe i naprawdę ciężko je zepsuć (co oczywiście nie jest jednak niemożliwe, więc standardowo warto mieć przy sobie dwie). Co najlepsze, niektóre modele tego typu urządzeń są też w stanie w ekstremalnej sytuacji doładować odrobinę komórkę - choć to oznacza sporo kręcenia korbką. Nie wspominając już o tym, że są przyjazne środowisku.
Są też niedrogie - ceny wahają się od kilkunastu do maksymalnie około 100 złotych.
Voltaic OffGrid Solar Backpack, fot. producenta Voltaic OffGrid Solar Backpack, fot. producenta
Quechua 2 Seconds, fot. producenta Quechua 2 Seconds, fot. producenta
ContourROAM, fot. producenta ContourROAM, fot. producenta
Sony DEV-5, fot. producenta Sony DEV-5, fot. producenta
Panasonic Toughbook, fot. producenta Panasonic Toughbook, fot. producenta
Garmin Dakota 20, fot. producenta Garmin Dakota 20, fot. producenta
fot. Victorinox fot. Victorinox
Poliflame Green Concept, fot. producenta Poliflame Green Concept, fot. producenta