Początek interaktywnego kina?

W sieci pojawiła się reklama interaktywnego horroru Last Call produkcji 13th Street - filmu, podczas którego widz (używając komórki) ma wpływ na działania protagonisty.

Komunikacja z centralnym systemem, który rozpoznaje mowę i na bieżąco decyduje jaką wersję sceny wyświetlić, pozwala na współudział w konstruowaniu widowiska. Zaciera się więc granica, która oddziela świat kina od gier wideo. Podobne próby widać na drugim biegunie - gra z PS3 Heavy Rain studia Quantic Dream (premiera niecałe dwa tygodnie temu) nazywana jest właśnie interaktywnym filmem, bo nacisk położono na podejmowanie decyzji co ma zrobić bohater, a nie tylko jak .

Reklama zrealizowana jest bardzo dobrze, a sam pomysł współudziału widzów w wydarzeniach na ekranie wydaje się atrakcyjny. Jednak po chwili zastanowienia przychodzą wątpliwości, o ile bowiem na komputerze czy konsoli sceny składane są z pojedynczych elementów, więc mogą być bardzo różnorodne jeśli chodzi o różnice w szczególach, to w filmie poszczególne wersje muszą być osobno zarejestrowane - ich liczba rośnie wykładniczo w stosunku do liczby decyzji. Obawiam się, że albo interakcja będzie niska albo nakręcenie materiału stanie się tytaniczną pracą (za którą ktoś przecież musi zapłacić). Przypomina mi się gra z 1995 roku, Phantasmagoria od Sierra On-Line, zrealizowana właśnie w tej formule i oparta na gotowych, nakręconych z pomocą blueboksa scen wideo. Gra została wydana na 7 CD, jak na tamte czasy była to objętość szokująca. Włożono w nią ogromną pracę, a wyszła... no cóż, po prostu gra. Którą dało się zrobić taniej i szybciej.

I jeszcze jedna wątpliwość - choć w reklamie sala kinowa jest dobrym tłem do pokazania idei, to w rzeczywistości cóż to za interakcja, gdy jedna osoba steruje protagonistą, a pozostałe 99 może się tylko biernie przyglądać?

Tomasz Andruszkiewicz

Więcej o: