Obejrzałem - z małym poślizgiem - Dziewczynę z tatuażem Davida Finchera, ekranizację pierwszego tomu trylogii Millennium Stiega Larssona. Popularna seria szwedzkich kryminałów doczekała się wielu analiz, podobnie jak jej kultowa główna bohaterka, Lisbeth Salander. Widzę w niej bohaterkę cyberpunkową (cała trylogia zresztą jest postcyberpunkowa w takim sensie, jak postcyberpunkowe są współczesne powieści Williama Gibsona). Nawet na okładce trzeciego tomu (w szwedzkim i polskim wydaniu) znajduje się dziewczyna wyglądająca jak Motoko Kusanagi z anime Ghost In The Shell. Jak inne cyberpunki, młoda szwedzka hakerka żyje poza prawem. Jak inne cyberpunki, maskę ściąga tylko w sieci. Modyfikuje swoje ciało - tatuażami, potem w drugim tomie robi sobie operację plastyczną biustu, bo ma "ciało dziecka" (znów - podobnie jak Kusanagi, która straciła prawdziwe ciało w dzieciństwie i dorastanie było dla niej pasmem cybernetycznych upgrejdów). Nawet numer, jaki wywija na koniec pierwszej książki, jest doskonałą paralelą uzyskania supermocy przez Neo w finale Matrixa .
Ten cyberpunkowy sznyt w filmie Finchera widać w onirycznej "bondowskiej" czołówce, w której w przedziwnym tańcu splatają się ludzkie ciała i cyberpunkowe fetysze; pęk kabli zanurza się w dziewczęcej postaci.
Kable to część romantycznej ikonografii cyberpunka (samo słowo wired oznacza okablowanie, jak i ekscytację, nakręcenie się na coś). Proszę spojrzeć tylko na plakat do Ghost In The Shell - naga Motoko Kunasagi, z widocznymi elementami cybernetycznymi i pełnym okablowaniem. Kabel łączy ciało i maszynę; metal nabiera życia, wbijając się w skórę - jak w horrorze cielesnym Tetsuo: Iron Man czy w teledysku Shock to the System Billy Idola, gdzie ożywione kable i elementy elektroniki samoistnie cyborgizują bohatera. Estetyczna fascynacja i przerażenie. Podłączenie przewodu, wetknięcie wtyczki, nabiera niekiedy rytualnego znaczenia - jak przy wejściu do Matrixa. Tam też widać ludzi zniewolonych przez maszyny, utrzymywanych w sztucznych kokonach-macicach - i oczywiście makabrycznie okablowanych.
Tyle cyberromansu. Jak wygląda kabelkowa codzienność pamięta pewnie każdy użytkownik stacjonarnego peceta - kłębiąca się przewody o różnym przeznaczeniu, gordyjskie węzły cybernetycznych pępowin i życiodajnego zasilania.
I to ostatnie zadanie kabla trzyma wciąż przy życiu komunikację przewodową. Wprawdzie wszystkie urządzenia peryferyjne można połączyć korzystając z technologii Bluetooth czy Wi-Fi, to w końcu przychodzi moment, że trzeba nakarmić prądem popiskującą z głodu komórkę. Wciąż noszę więc ze sobą kabelek służący do łączenia jej z laptopem, gdy potrzebuje połączyć się z internetem, zamiast Bluetootha wybieram to zeszłowieczne rozwiązanie. I tak dobrze, że rewolucja USB ujednoliciła wtyczki; przynajmniej od strony komputera.
Wciąż też kabel, jako rzecz fizyczna, sprawdza się ze względów bezpieczeństwa; wciąż też zapewnia bezkonkurencyjną przepustowość. Kable zatem jeszcze długo nie znikną, ani z rzeczywistości, ani z cyberpunkowych fantazji.
Cyber Czwartek to cykl cotygodniowych felietonów poświęconych dawnym wizjom przyszłości i temu, jak (i czy!) spełniły się w naszym nowoczesnym świecie. Autor, Michał R. Wiśniewski , jest publicystą i blogerem specjalizującym się w fantastyce oraz japońskiej popkulturze.