Ze wskazaniem największych wygranych przyszłej ustawy o zakazie pracy w niedzielę nie ma problemu. To znakomita większość pracowników handlu – sprzedawców, kasjerów, pracowników ochrony – i ich rodzin. Dla nich od lat wolny weekend był raczej wyjątkiem niż normą. Setki tysięcy sprzedawców ma serdecznie dość pracy w większość niedziel w roku – a tak wygląda ich grafik – i to w znacznym stopniu tłumaczy, dlaczego „Solidarność” nie miała problemów z zebraniem ponad pół miliona podpisów pod pomysłem zakazu handlu w niedzielę.
Możliwe, że na zakazie zyskają też malutkie sklepy – te, w których w niedzielę może sprzedawać sam właściciel. Takich placówek nie ma jednak w Polsce zbyt wiele.
Więcej jest za to stacji paliw, które nadal będą mogły działać w niedzielę. I one zarobią na nowych przepisach. Po wprowadzeniu zakazu z dużo większą łatwością niż teraz kupimy na nich w miarę świeży chleb, serki, wędliny lub nawet koncesjonowane mięso – takie rzeczy były standardem na węgierskich stacjach benzynowych w czasach, gdy przez mniej więcej rok obowiązywał tam zakaz handlu w niedzielę.
W tym świetle prawdziwym strzałem w dziesiątkę wydaje się np. realizowany od jesieni 2014 roku projekt uruchamiania przez Eurocash we współpracy z Orlenem sklepów Delikatesy Centrum na stacjach paliw. Podobny projekt Orlen testuje z Tesco. Takich placówek już jest kilkadziesiąt – jeśli nowe prawo wejdzie w życie, będzie jeszcze więcej.
Czytaj więcej: Polska jak Szwajcaria lub Arabia Saud. Największe mamy banki i firmy od ropy i gazu >>>
Być może więcej zarobią też zagraniczne sklepy internetowe – polskim w niedzielę sprzedawać nie będzie wolno. Znudzony Polak zamiast złożyć zamówienie np. w polskim sklepie online Reserved, zrobi to w niemieckim Zalando.
Tych, którzy na nowym zakazie mogą stracić, wydaje się - na pierwszy rzut oka - być więcej niż wygranych.
Po pierwsze, wielu Polaków z różnych powodów lubi lub musi kupować w niedzielę. W sondażu CBOS przeprowadzonym ponad rok temu aż 71 proc. respondentów przyznało, że robi zakupy w niedzielę. I większość nie chce, by ktoś im tego zabraniał. Wg sondażu Instytutu Pollstera dla SE.pl 62 proc. z nas nie chce zakazu handlu w niedzielę. Optuje za nim 30 proc., 8 proc. nie ma w tej kwestii zdania. Podobne były wyniki sondażu SW Research dla „Newsweeka”. W nim 55 proc. pytanych nie chciało zakazu handlu w niedzielę, 34 proc. było za nim, 11 proc. nie miało zdania.
Znaczna część rodaków kupujących w niedzielę będzie więc musiała zmienić swoje przyzwyczajenia i być może ruszy do sklepów w sobotę – w tygodniu niekoniecznie muszą mieć czas na zakupy. Zakupy w sobotę staną się wtedy czynnością dla wielu nie tylko konieczną, ale i irytującą – możliwe, że czekać na nas wtedy będą w sklepach tłumy kupujących i większe kolejki do kas.
To jednak niewielkie zmartwienie w porównaniu do tego, że - zdaniem wielu ekspertów
- wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę oznacza zwolnienia w handlu. Niestety, nie możemy teraz precyzyjnie określić ich skali.
Wg „Solidarności” nie będzie ich wcale – kupować mamy tyle samo, tyle że w ciągu sześciu, nie siedmiu dni. Poza tym więcej zarobi gastronomia - czytamy w uzasadnieniu do projektu nowej ustawy.
Wiary związkowców, że nic się nie zmieni po tym, jak ubędzie w ciągu roku około 40 dni pracujących nie podziela np. dr Bartłomiej Biga z Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego Uważa, że wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę w wersji zaproponowanej przez "Solidarność" oznacza utratę pracy nawet przez 100 tys. osób. - Choć liczba ta stanowi jedynie ok. 2,5 proc. pracowników handlu, to skala zwolnień byłaby znaczna. Trzeba bowiem pamiętać, że w skali całej gospodarki branża ta generuje co czwarte miejsce pracy - ocenia Biga w komentarzu dla Polskiej Agencji Prasowej.
Czytaj też: Handlowców czeka rewolucja technologiczna. I redukcja etatów.
Zwolnienia przewidują również m.in. pracodawcy z Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji skupiającej zachodnie sieci sklepów – mówią o zmniejszeniu liczby etatów o 30-35 tys. osób. A Radosław Knap, dyrektor generalny Polskiej Rady Centrów Handlowych, twierdzi że zakaz handlu w niedzielę spowoduje zwolnienie od 20 do 50 tys. osób pracujących w centrach handlowych.
Warto też przypomnieć, że zakaz handlu w niedzielę PiS chciał już wprowadzić w trakcie poprzednich rządów – wtedy w koalicji z Ligą Polskich Rodzin i Samoobroną. Pomysł upadł z powodu obaw, że bardzo uderzy on w rynek pracy i budżet państwa. Ministerstwo Pracy szacowało dziesięć lat temu, że całkowity zakaz handlu w niedziele oznaczał będzie zmniejszenie wpływów do budżetu o 1,5 mld złotych i utratę pracy dla 50-70 tys. osób.
Stracić pracę dodatkowo po uchwaleniu nowego prawa mogą nie tylko handlowcy, ale również pracownicy niektórych firm produkcyjnych. W niedzielę Polacy bowiem dokonują nie tylko zakupów przemyślanych i niezbędnych, ale i tych nieplanowanych. Jeden dzień mniej takich zakupów to wymierne straty dla producentów. Być może będą na tyle zauważalne, że przełoży się to na konieczność zmniejszenia zatrudnienia.
Czytaj więcej: Nowe podatki i uciążliwe regulacje powodują, że część firm rozważa przeniesienie działalności na Słowację
Zmieniający się rynek pracy w Polsce powoduje, że od pewnego czasu sieci handlowe chętniej niż wcześniej przyjmują do pracy na część etatu lub umowy cywilno-prawne studentów lub emerytów. Pracują oni po kilka lub kilkanaście godzin tygodniowo i często w weekend. Wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę może utrudnić im tego rodzaju dorabianie.
Pomysł „Solidarności” może uderzyć również w obroty handlu przygranicznego. Obcokrajowcy wybierają się na zakupy do polskich sklepów położonych niedaleko od granicy głównie w sobotę i w niedzielę.
To wszystko może zmniejszyć wpływy do budżetu. A to dodatkowo utrudni jego zbilansowanie.
Jedno jest pewne: tego, kto ile dokładnie straci i kto zyska na zakazie handlu w niedzielę, dowiemy się dopiero po uchwaleniu nowego prawa. Szanse na to są jednak bardzo duże. I rosną – Kościół naciska.
- W centrum życia rodziny, jej życia jest odpoczynek, powinien być czas poświęcony Bogu, dzieciom, w domu, na spacerze. Co się z tym wiąże? Wiąże się z tym święcenie dnia świętego, niedzieli. Dzień powinien rozpoczynać się - tak jak to dawnej bywało - od "Kiedy ranne wstają zorze" - i kończyć się pieśnią "Wszystkie nasze dzienne sprawy". Tydzień rozpoczyna niedziela i niedziela kończy - powiedział w sobotę w Toruniu abp Leszek Sławoj Głódź.
- Jest to dzień, który do Pana należy, a tymczasem przyzwyczailiśmy się w katolickim kraju, że niedziela jest dniem kupczenia – dodał.
Tekst pochodzi z blogu „Subiektywnie o giełdzie i gospodarce”