Popłoch na światowych rynkach finansowych. To może być dla nas znacznie gorsze niż obniżki ratingu

Wszystkie najważniejsze giełdy świata już drugi dzień lecą w dół. Wyraźnie tanieją obligacje. Za spadkami stoją te same instytucje, które wcześniej napędzały wzrosty - banki centralne.

Nowy tydzień na giełdach zaczął się tak samo jak skończył poprzedni – dużymi spadkami na giełdach.

Oto indeks giełdy we Frankfurcie.

 W piątek duże spadki zanotowano na Wall Street

To nie są wyizolowane przypadki. Od dwóch dni mocno w dół lecą ceny akcji na wszystkich rynkach na świecie. To samo dzieje się z cenami obligacji. Tak właściwie obligacje są tu nawet ważniejsze od akcji, bo mają wpływ na politykę finansową państw, a co za tym idzie na życie zwykłych ludzi, a nie tylko inwestorów giełdowych.

Ceny obligacji rządowych mają wpływ na to, ile rządy muszą płacić za kolejne pożyczki zaciągane po to, aby finansować swoje deficyty budżetowe. Jeśli cena obligacji spada, to rząd z jej sprzedaży dostaje mniej pieniędzy. Aby pożyczyć tyle, ile potrzebuje, musi sytuacji wypuścić ich więcej. To podnosi koszty dla państwa, dlatego spadek cen obligacji jest dla państwa z deficytem (czyli także dla Polski) zły. Rząd sprzedaje nowe obligacje zwykle raz albo dwa razy w miesiącu, a więc to ile kosztują obligacje na rynku wtórnym dość szybko przekłada się na koszt związany z tymi nowymi.

To właśnie dlatego obawiamy się obniżki ratingu. Gdyby do tego doszło, polskie obligacje mogłyby właśnie potanieć, a głównym skutkiem byłby wzrost obciążających budżet kosztów obsługi długu. Moody’s w piątek nie zdecydował się na obniżkę ratingu, ale nasze obligacje i tak tanieją. Jeszcze w środę nasz rząd mógłby sprzedać nowe obligacje dziesięcioletnie z rentownością na poziomie 2,75 procent rocznie. Dzisiaj już mamy notowania na poziomie 2,95 procent. Biorąc pod uwagę to, że w 2017 nasz rząd musi pożyczyć na rynku 178 miliardów złotych, aby pokryć wszystkie potrzeby i zobowiązania, taka niby niewielka różnica w rentowności obligacji robi różnicę liczoną w miliardach.

Podobnie wygląda sytuacja innych państw w Europie. Dzisiaj wyraźnie tanieją tez obligacje niemieckie.

Ale jeśli nie obniżono nam ratingu, to dlaczego polskie obligacje tanieją?

Winić za to możemy wahnięcie, które widać na wszystkich rynkach. Wywołały je główne banki centralne świata, które w ostatnich dniach mocno wystraszyły inwestorów działających globalnie.

Przez wiele ostatnich miesięcy banki centralne skupowały z rynków obligacje rządowe, głównie po to, aby podnieść ich ceny. Chciały w ten sposób zniechęcić inwestorów do lokowania w nich pieniędzy. Ci, według planu banków centralnych mieli dzięki temu być bardziej skłonni do inwestowania w bardziej ryzykowne przedsięwzięcia, które mogłyby napędzać wzrost gospodarczy.

Plan nie wypalił, bo skup obligacji zamiast zniechęcać inwestorów do ich kupowania (bo są coraz droższe), dodatkowo ich zachęcał (bo są coraz droższe, ale to nic, bo sprzedamy je bankowi centralnemu nawet jeszcze drożej). Powstała więc bańka spekulacyjna – wszyscy kupowali obligacje wiedząc, że zawsze będą mieli je komu sprzedać.

Od kilku dni ten schemat stoi pod ogromnym znakiem zapytania. Rynek więc się wystraszył i teraz obligacje sprzedaje. Im bardziej sprzedaje, tym bardziej spadają ich ceny.

Schemat się chwieje z trzech powodów.

Po pierwsze Bank of Japan. Jego szef Haruhiko Kuroda kilka dni temu powiedział publicznie, że zbyt niskie stopy procentowe mogą mieć zły wpływ na gospodarkę, bo utrudniają zarabianie funduszom emerytalnym i firmom ubezpieczeniowym.

To podmioty, które zawsze zarabiały głównie na odsetkach od obligacji. Kiedy stopy procentowe są zerowe, albo ujemne, wtedy te odsetki znikają, a to potem odbija się na poziomie emerytur. Akurat w Japonii emerytów jest bardzo dużo, więc jest to kwestia także trochę polityczna. Zauważenie tego punktu widzenia przez szefa najodważniejszego banku centralnego na świecie, który do tej pory podejrzewano głównie o to, że będzie odpalać kolejne fazy skupu obligacji, akcji i wszystkiego co tylko da się wzbudziło spore zdumienie.

Dzień później zaskoczył Europejski Bank Centralny, który nie zwiększył skali skupu obligacji w strefie euro, chociaż spora część rynku tego oczekiwała. Kolejnego dnia jeden z członków Fed Eric Rosengren powiedział, że trzeba podnosić stopy procentowe w USA. Nagromadzenie tylu wypowiedzi i wydarzeń w tak krótkim czasie wywołało refleksję: możliwe, że banki centralne świata zmieniają kurs i przestają kurczowo trzymać się dotychczasowej polityki skupu obligacji. Możliwe, że po prostu zauważyły, że to nic nie daje.

Być może to tylko chwilowy stres i za chwilę ktoś uspokoi rynki mówiąc, że wszystko będzie po staremu. Ale jeśli faktycznie ECB w Europie i BOJ w Japonii zaskoczą powstrzymując się od dalszego łagodzenia polityki, a Fed w USA zaskoczy podnosząc stopy procentowe, to fala szoku, która przetoczy się po rynkach finansowych może być dość dotkliwa.

Kapitał spekulacyjny wystraszony tym „co dalej?” może z braku innych pomysłów wrócić do domu. Jego odpływ z rynków rozwijających się, dodatkowo powiązany z wyższym oprocentowaniem dolarów może wywołać problemy gospodarcze w wielu miejscach na świecie.

W takim scenariuszu rykoszet, którym oberwiemy (zupełnie niezasłużenie, bo u nas akurat bank centralny nie skupuje żadnych obligacji, a stopy procentowe nie spadły do zera) może nas kosztować więcej niż kilka obniżek ratingów na raz.