Za chwilę po emerytury zgłosi się 330 tys. osób więcej. ZUS da radę? To sprawy "najbardziej pracochłonne w obsłudze"

W związku z wejściem w życie obniżonego wieku emerytalnego, po świadczenia zgłosi się 331 tysięcy osób więcej - przy założeniu, że na emeryturę przejdzie od razu około 82 proc. uprawnionych. Tak wynika z informacji ministra rodziny, pracy i polityki społecznej.

- Wnioski składane w związku z obniżeniem wieku emerytalnego to głównie wnioski pierwszorazowe, które są najbardziej pracochłonne w obsłudze. Przewiduje się, że wpływ wniosków w IV kwartale 2017 r. będzie średnio wyższy o 24 proc. w stosunku do 2016 r. - podał rząd w komunikacie o informacji na temat stanu przygotowania i wprowadzenia zmian w systemie emerytalnym.

Resort pracy zapewnił, że ZUS szykuje się, by te wszystkie wnioski sprawnie obsłużyć. Wśród działań wymienia m.in. powołanie doradców emerytalnych (jest ich blisko 600) czy działania informacyjne i promocyjne.

Do zmian w prawie dostosowany musi być też system informatyczny. W komunikacie Centrum Informacyjnego Rządu można przeczytać, że "obecnie trwają testy oprogramowania". Przepisy, które przywracają niższy wiek emerytalny: 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn, wchodzą w życie 1 października, czyli na przetestowanie i wdrożenie tego oprogramowania został miesiąc.

Czytaj też: Obniżenie wieku emerytalnego od października. Ale pierwsza emerytura dopiero w 2018 r.?

Największym wyzwaniem będzie jednak po prostu obsłużenie tych - jak przyznaje sam rząd - najbardziej pracochłonnych wniosków. Do tego potrzeba pracowników. W komunikacie rządu możemy przeczytać, że napływającymi masowo nowymi wnioskami zajmie się 9 tys. osób "aktualnie obsługujących sprawy emerytalne". A jeśli będzie potrzeba, delegowanych zostanie więcej "z poszanowaniem przepisów dotyczących czasu pracy oraz zasad wynagradzania za pracę w czasie ponadnormatywnym" – czyli jednak nadgodziny mogą być konieczne.

Wprost pisze o tym resort pracy w odpowiedzi na interpelację poselską. Posłowie Izabela Katarzyna Mrzygłocka, Sławomir Jan Piechota, Urszula Augustyn zapytali ministerstwo, o to, jak zamierza rozwiązać problem przeciążenia pracą pracowników ZUS, które pogłębi się w związku z większą niż zwykle liczbą wniosków emerytalnych.

W odpowiedzi (w imieniu minister Elżbiety Rafalskiej udzielił jej wiceminister Marcin Zieleniecki) ministerstwo pracy pisze m.in. że wytypowana grupa 9 tys. pracowników może w razie potrzeby pracować w nadgodzinach. W tym celu zostało zarezerwowane 30 mln zł na dodatkowe wynagrodzenia. Resort wyliczył, że w okresie od września do grudnia tego roku na pracownika będzie przypadać maksymalnie 136 godzin nadliczbowych. ZUS chciał też zwiększyć roczny limit godzin nadliczbowych w regulaminie Zakładu ze 150 do 250, ale przedstawiciele pracowników się na to nie zgodzili.

Dla osób "najbardziej zaangażowanych w obsługę wniosków emerytalnych" przewidziano specjalne nagrody. ZUS ma też między innymi zatrudnić stażystów do prostych czynności technicznych przy obsłudze wniosków.

Czytaj też: Rząd PiS rozpoczął już kampanię wyborczą? 500 plus dla emerytów coraz bliżej. Znane nowe szczegóły

Nowi emeryci masowo napłyną jesienią tego roku – ma to być według szacunków ZUS około 331,3 tys. osób, potem napływ wniosków ma stopniowo maleć: w 2018 roku ma być to 148 tys., w 2019 r. 90 tys., a w 2020 r. 92 tys., a w 2021 r. 54 tys. - podał resort pracy w odpowiedzi na interpelację.

Problemy organizacyjne to nie wszystko. Dla państwa znacznie większym wyzwaniem jest sfinansowanie emerytur. Wygląda na to, że najbliższym czasie z tym jednak nie powinno być problemu. Koszt obniżenia wieku emerytalnego to na 2017 r. 2,5 mld złotych. Jak przypomina „Dziennik Gazeta Prawna”, dzięki temu, że rośnie liczba pracujących oraz ich pensje, rosną też składki do ZUS, co pozwoli pokryć koszt zmian. 

+++

Andrzej K. Koźmiński: Pracodawcy to nie są małe dzieci. To ludzie, którzy powinni dawać sobie radę [NEXT TIME]