Głos z Rady Polityki Pieniężnej: to, czego chce w gospodarce Jarosław Kaczyński, nie ma sensu. W przyszłości to może być ważny spór

Rafał Hirsch
Grażyna Ancyparowicz z Rady Polityki Pieniężnej powiedziała, że nie ma sensu dążyć do równowagi budżetowej, jeśli finanse publiczne są stabilne. To bardzo ciekawa wypowiedź, bo o zmierzaniu w stronę zrównoważonego budżetu kilka dni temu mówił Jarosław Kaczyński.

Członkowie Rady Polityki Pieniężnej są oczywiście niezależni i w czasie swojej kadencji praktycznie nieusuwalni, ale powołują ich na to stanowisko instytucje polityczne: Sejm, Senat i prezydent RP. Grażyna Ancyparowicz została powołana do RPP przez  Sejm, a jej kandydaturę rekomendował klub Prawa i Sprawiedliwości.

Nie było to zresztą jej pierwsze zetknięcie z PiS, bo w 2014 weszła ona w skład Rady Programowej tej partii, a w 2015 prezydent Andrzej Duda zaprosił ją do Narodowej Rady Rozwoju.

Dlatego właśnie zaskakujące jest, że to akurat ona wchodzi (być może zupełnie niechcący) w polemikę na jeden z kluczowych tematów gospodarczych z szefem partii, która wskazała ją do RPP. 

Jarosław Kaczyński tydzień temu w Spale podczas zjazdu Klubów Gazety Polskiej powiedział dokładnie to: 

Dzisiaj w Europie powstaje taka sytuacja, której jeszcze parę lat temu nie było. Coraz liczniejsze państwa także tej naszej sfery, choćby Czechy uzyskują zrównoważenie, albo nawet nadwyżkę budżetową, Czyli krótko mówiąc my też w tym kierunku musimy iść. Musimy iść w stronę zrównoważonego, albo nawet z nadwyżką budżetu.

Grażyna Ancyparowicz podczas forum gospodarczego w Siedlcach w czwartek powiedziała dokładnie to:

Jeżeli generalnie przyjmuje się zasadę, że są pewne wskaźniki referencyjne, które dotyczą stabilności sektora finansów publicznych i nic nam nie zagraża i nic nie wskazuje, żeby w jakiejkolwiek wyobrażalnej perspektywie coś się miało złego wydarzyć, to nawet jeżeli mamy deficyt i on jest pod kontrolą, to naprawdę wydaje mi się, że nie ma sensu dążyć do zrównoważenia budżetu, bo po prostu tak schłodzimy gospodarkę jak to miało miejsce w przeszłości, co się bardzo negatywnie odbiło na położeniu ludzi

Skracając: Kaczyński mówi, że musimy iść w stronę zrównoważonego budżetu, a Ancyparowicz mówi, że nie ma sensu dążyć do zrównoważonego budżetu. Wygląda na to, że te poglądy się wykluczają.

Kto ma rację?

Kiedy Jarosław Kaczyński mówi, że tak się w Europie porobiło, że coraz więcej państw ma nadwyżki, to mówi prawdę, bo faktycznie tak jest. W tym kontekście być może rzeczywiście za jakiś czas, gdyby wszyscy obniżyli deficyty budżetowe, a my nie, to Polska zaczęłaby się jaskrawo wyróżniać na tle reszty regionu. Wtedy rynek finansowy mógłby się przestraszyć, że Polska ma jakiś problem finansowy. Sam fakt, że rynek by się przestraszył (nawet jeśli niesłusznie) mógłby mieć dla nas negatywne konsekwencje.

A kiedy Grażyna Ancyparowicz mówi, że nie ma sensu na siłę dążyć do równowagi budżetowej, bo to może schłodzić gospodarkę i w efekcie zaszkodzić ludziom, to też mówi prawdę, bo tak to działa. Kiedy w czasach AWS Leszek Balcerowicz walcząc z inflacją dążył do równowagi budżetowej, to jednym z efektów ubocznych było 20-procentowe bezrobocie.

ZOBACZ TEŻ: Polska w tym roku prawie wcale się nie zadłuża. Takiej sytuacji nie było od lat

A kiedy w 2008 wybuchł kryzys finansowy na świecie, Jacek Rostowski poświęcił równowagę budżetową i pozwolił na deficyt rzędu 7 procent PKB i to aż przez dwa lata. W dużym stopniu dzięki temu właśnie Polska była wtedy jedynym krajem europejskim, który uniknął recesji, a bezrobocie nie wróciło do 20 procent. W krótkim terminie deficyt budżetowy rozkręca koniunkturę (albo nie pozwala jej zanadto upaść), a likwidowanie deficytu chłodzi koniunkturę (albo pogłębia recesję, o czym wiedzą Grecy).

Czyli paradoksalnie po obydwu stronach może być sporo prawdy. Dziś na szczęście nie ma żadnego kryzysu i możemy te strony łączyć, zmierzając w stronę zrównoważonego budżetu, ale jednak bardzo powoli.

Natomiast sama różnica w poglądach w kręgach mniej lub bardziej zbliżonych do partii rządzącej jest tylko ciekawostką, głównie dla ludzi zajmujących się gospodarką. Ale jeśli w przyszłości koniunktura się pogorszy (bo w końcu kiedyś na pewno się pogorszy) to właśnie ta różnica zdań i to który pogląd zwycięży będzie kluczowe dla całej polskiej gospodarki.

Swoją drogą ciekawe po której stronie tego sporu opowiedziałby się dzisiaj Mateusz Morawiecki.