PiS dorzuca nowe, hojne obietnice. Ekonomista: Zapadliśmy na grecką chorobę

- Polska idzie grecką drogą w pewnym sensie już od paru lat, przynajmniej od kampanii z 2015 roku, a może nawet wcześniej. Wciąż to jest relatywnie wstępna faza, mamy szansę się wycofać. Grekom zajęło dwadzieścia lat, zanim doszli do zawału - tak obietnice PiS komentuje Maciej Bukowski z WISE Europa.
Zobacz wideo

 

Maria Mazurek: PiS na sobotniej konwencji przedstawił kilka kolejnych obietnic socjalnych: 500 plus na pierwsze dziecko, 13. emeryturę, likwidacja PIT dla młodych do 26. życia, odbudowa połączeń autobusowych w mniejszych miejscowościach. Według szacunków samej partii koszt tych pomysłów to około 30-40 mld zł rocznie, czyli około 2 proc. PKB. Z czego rząd może je sfinansować?

Maciej Bukowski, ekonomista, prezes niezależnego think-tanku WISE Europa: Te obietnice zapewne będą finansowane z długu publicznego, czyli Polska będzie się zadłużać, przynajmniej na początku. W przyszłości będzie też trzeba pewnie podnieść podatki.

Czyli na przykład w górę może pójść VAT.

Nie wiem, co rząd zamierza, czy ma to przemyślane, ale może ujednolicać stawkę VAT. To znaczy wprowadzić jedną stawkę VAT na wszystkie towary, na przykład 23 proc., to by dało te 2 proc. PKB.

Można też próbować zmniejszyć szarą strefę, na przykład poprzez likwidację obiegu gotówkowego w drobnych usługach, wprowadzenie obowiązkowych kas fiskalnych dla wszystkich oraz inne starania dążące do tego, żeby niemal wszystkie transakcje były rejestrowane. Ale to trudniej zrobić niż podnieść stawki VAT.

Czytaj też: Nowe obietnice PiS. Tylko dwie z pięciu będą kosztować blisko 30 miliardów złotych rocznie

Czy takie hojne obietnice socjalne to bezpieczny pomysł w momencie kiedy gospodarka, choć wciąż radząca sobie bardzo dobrze, minęła już szczyt i zaczęła hamować? Kiedy takie oznaki spowolnienia na zewnątrz, w tym szczególnie w Niemczech są już bardzo widoczne?

Oczywiście, że nie jest to bezpieczne, bo grozi taką spiralą typu greckiego. Model grecki polega na stopniowym psuciu bodźców fiskalnych i regulacyjnych w państwie. Politycy rozdają coraz więcej prezentów i przywilejów, jednocześnie zaniedbując reformy. Daje się transfery, które zniechęcają do pracy, a przez regulacje i bieżące działania państwa tworzy się bardzo złożoną strukturę klientylistyczną. Zajmuje to kilkanaście, kilkadziesiąt lat, aż przychodzi duży kryzys. Wszystkie kraje typu Grecja, Argentyna parokrotnie, Brazylia czy ostatnio Wenezuela poruszają się w takim właśnie klimacie, to znaczy najpierw psują, a potem przychodzi bolesna weryfikacja.

Polska idzie tą grecką drogą?

W pewnym sensie idziemy nią już od paru lat, przynajmniej od kampanii 2015 roku, a może nawet wcześniej. Ta choroba nie jest chorobą gwałtowną, tylko chroniczną, czyli potrzebuje kilkunastu lat, a nawet kilkudziesięciu lat, by rozwinąć wszystkie symptomy. Potrzeba czasu, by rozdmuchać dług publiczny do rozmiarów trudnych do spłacenia, a zarazem wypaczyć bodźce w gospodarce na tyle, by struktura produkcyjna zmieniła się na międzynarodowo niekonkurencyjną, a większość ludzi z produktywnych jednostek zmieniła się w klientów państwa troszczących się tylko o własne przywileje. Logika polityki w Polsce dryfuje w tę stronę, w której zawrócenie z drogi do tego typu państwa staje się trudne, jeśli w ogóle możliwe. Partie w zasadzie ze wszystkich licytują się, kto da więcej.

Największą wadą polskiej polityki jest to, że drastycznie nie odpowiada na wyzwania, przed którymi Polska stoi. Mamy rzeczywistą zapaść w służbie zdrowia, mamy bardzo mało lekarzy na mieszkańca, starzejącą się służbę medyczną i wieloletnie kolejki do zabiegów medycznych, szykuje się strajk w oświacie i aparacie sprawiedliwości, który bierze się z tego, że pracownicy tych branż są źle opłacani, a same branże niereformowane. To samo można powiedzieć o obronności - luka między polską armią a armią rosyjską się zwiększa, a nasze bezpieczeństwo spada - i politycy nic z tym nie robią. Te same procesy zachodziły w Grecji.

Czy my zapadliśmy już na tę grecką chorobę?

Zapadliśmy, ale wciąż to jest relatywnie wstępna faza, mamy szansę się jeszcze wycofać. Grekom zajęło dwadzieścia lat, zanim doszli do zawału, którego skutki do dziś odczuwają.

Zobacz wideo