Eksperci komentują katastrofę boeinga. "Piloci mogą błędnie odczytywać reakcje samolotu"

Robert Kędzierski
Boeing 737 Max rozbił się w drodze z Addis Abeby do stolicy Kenii Nairobi. Na pokładzie było 157 osób. Nikt nie przeżył. To druga katastrofa tego samolotu w ciągu ośmiu miesięcy. Zdaniem ekspertów dowodzi to problemów ze szkoleniem pilotów.

Samolot etiopskiej linii lotniczej zniknął wczoraj z radarów po sześciu minutach od startu z międzynarodowego lotniska Bole w Addis Abebie, na wysokości miejscowości Bishoftu. Firma Ethiopian Airlines poinformowała, że na pokładzie samolotu znajdowało między innymi 32 obywateli Kenii, 18 Kanady, dziewięciu Etiopii, po ośmiu Włoch, Chin i Stanów Zjednoczonych, po siedmiu obywateli Wielkiej Brytanii i Francji, sześciu Egiptu, pięciu Holandii, po czterech Indii i Słowacji, po trzech obywateli Austrii, Szwecji, Rosji. Cztery osoby podróżowały korzystając z paszportów ONZ.

Kolejna katastrofa i pytania o bezpieczeństwo

Uwagę mediów zwrócił fakt, że wczorajsza katastrofa była drugą, która w przeciągu ośmiu miesięcy dotyczy tego samego modelu samolotu. Pojawiły się więc wątpliwości dotyczące bezpieczeństwa. 

Eksperci wątpią, by przyczyną problemów był stan techniczny samolotów lub ich konstrukcja. Mają za to znacznie więcej zastrzeżeń do przeszkolenia pilotów. 

Zbyt krótkie szkolenie pilotów?

Wielu z nich pilotowało wcześniejsze wersje 737, które od modelu Max różnią się w nieznacznym stopniu. Te niewielkie różnice mogą jednak wymagać dodatkowych szkoleń. 

Boeing 737 Max to z pewnością bardzo nowoczesna maszyna. Przyczyn dwóch ostatnich katastrof nie upatrywałbym w problemie "wieku dziecięcego" - te samoloty są dobrze znane. Kłopotem może być natomiast zbyt krótkie szkolenie pilotów. 

- wyjaśnił w rozmowie z naszą redakcją dr Tomasz Szymczak, prezes Polskiego Klubu Lotniczego.

Może się wydawać, że 737 Max różni się od poprzednika jedynie kokpitem i innymi detalami, a technologia latania jest taka sama. Dwa incydenty mogą być dowodem, że tak nie jest. W obu przypadkach doszło do problemów podczas wznoszenia maszyny, a to oznacza, że piloci mogą błędnie odczytywać reakcje samolotu. 

- stwierdził.

Wyjaśnił też, że w przypadku obu ostatnich katastrof wygląda na to, że piloci zbyt wolno reagowali na zmianę prędkości, przez co sytuacja będzie wymagała zarówno dalszego śledztwa jak i dodatkowych szkoleń.

Piloci nie mogą polegać na elektronice

Podobnego zdania jest Grzegorz Brychczyński, niezależny ekspert lotniczy. 

Jest kilka problemów związanych z ostatnimi katastrofami 737 Max. Łączą je "przekombinowane" systemy elektroniczne oraz czynnik ludzki i problem szkolenia. Oba wypadki mają też wspólny mianownik - problemy zdarzyły się podczas startu. 

- stwierdził. 

Wyjaśnił też, że piloci w zbyt dużym stopniu zdają się na elektronikę i czasami zapominają jak lata się "ręcznie". Inżynierowie, którzy chcą "wyręczyć" załogę projektując samolot zapominają z kolei o percepcji pilota, który podczas startu i lądowania musi zapanować nad wieloma systemami. Elektronika nie zawsze jest w stanie wyręczyć człowieka. 

Czytaj też: Boeing komentuje katastrofę Ethopian Airlines. Samoloty 737 Max zostają w użytku. Na razie

Zdaniem Brychczyńskiego piloci powinni być szkoleni tak, by rozpoznawać poszczególne "stany" samolotu bez korzystania z urządzeń pokładowych. Niezależnie od wszystkich innowacji technologicznych pilot musi wiedzieć, czy drgania, w które wpada maszyna wynikają z techniki pilotowania czy nieprawidłowej pracy urządzeń. 

Wylatane godziny to za mało

Ekspert skomentował też informacje o dużym doświadczeniu pilota Ethopian Airlines, który miał wylatane 8000 godzin. 

Dzisiaj jest łatwo "zarobić" tysiące godzin, które się wpisuje w książkę pilota. Przy dziesięciogodzinnych lotach 8000 godzin można wykonać w ciągu 4-5 lat. Tymczasem dla każdego pilota kwestią zasadniczą jest przetrenowanie liczby startów i lądowań, bo właśnie w tych momentach jest wiele czynności, które trzeba wykonać. Tylko tak da się zdobyć odpowiednie doświadczenie i wyrobić nawyki, które są niezbędne

- stwierdził. 

Wyjaśnił też, że wpływ na katastrofę lotniczą mają trzy czynniki: pogoda, stan techniczny maszyny i element ludzki. W obu przypadkach warunki atmosferyczne nie budziły zastrzeżeń. Stan etiopskiej maszyny poznamy z analizy czarnych skrzynek, jednak nic nie wskazuje na to, by była ona uszkodzona. W obu wypadkach najsłabszym ogniwem wydaje się więc człowiek.