Brytyjscy posłowie zagłosują dziś nad ośmioma bardzo różnymi propozycjami rozwiązania kwestii brexitu, które sami zaproponowali - od odwołania wyjścia z UE do brexitu bez umowy. Wieczorem odbędzie się seria tak zwanych głosowań orientacyjnych. To bezprecedensowa sytuacja w brytyjskim parlamentaryzmie - Izba Gmin zbuntowała się i przejęła kontrolę nad procesem głosowań - na jeden dzień, ale jednak. Premier nie będzie wprawdzie prawnie związana dzisiejszymi decyzjami posłów, ale politycznie trudno będzie je zignorować.
Osiem opcji spośród 16 zgłoszonych wybrał spiker Izby Gmin. Te propozycje to:
Posłowie będą oddawać głosy, zaznaczając wybrane opcje na kartkach. To nietypowa forma głosowania w Izbie Gmin, zazwyczaj posłowie fizycznie ustawiają się w jednej z dwóch stref.
Trudno przewidzieć, który ze scenariuszy wybiorą i czy w ogóle którykolwiek zyska poparcie większości. A nawet jeśli któryś zostanie przyjęty, to Theresa May może go nie wziąć pod uwagę. To sprawia, że sytuacja staje się straszliwie skomplikowana, dziennikarze i komentatorzy rozrysowują możliwe scenariusze, porównując to, co się dzieje, do gry w bingo.
To nie koniec problemów, bo część tych opcji Bruksela już dawno wykluczyła - jak renegocjację irlandzkiego bezpiecznika - backstopu. Tak naprawdę najbardziej realne do przyjęcia przez UE wydają się trzy opcje: wyjście z umową May, twardy brexit, albo odwołanie brexitu.
W trakcie debaty w parlamencie telewizja Sky News przeprowadziła szybki sondaż wśród swoich widzów. Zapytała, który z ośmiu scenariuszy powinni zatwierdzić posłowie. Tylko jedna z opcji zebrała więcej zwolenników niż przeciwników - drugie referendum.
Poza tym, Izba Gmin ma dziś też zatwierdzić opóźnienie brexitu. Zostało ono już ustalone na forum międzynarodowym podczas ubiegłotygodniowego szczytu, ale trzeba je jeszcze wprowadzić do brytyjskiego prawa, gdzie oficjalną datą brexitu wciąż pozostaje 29 marca.
W czasie kiedy posłowie debatowali, Theresa May walczyła o zebranie poparcia dla swojej umowy brexitowej, którą wynegocjowała z Unią Europejską - umowy, którą brytyjski parlament odrzucił tę umowę już dwukrotnie. Stało się tak między innymi dlatego, że przeciwko premier głosowało wielu posłów z jej własnej Partii Konserwatywnej. Dziś May postanowiła zapłacić za ich poparcie swoim stanowiskiem. Na spotkaniu z torysami, posłami Partii Konserwatywnej, zapowiedziała swoją dymisję. Spekulacje, że może to być konieczne, pojawiały się od pewnego czasu.
Nie pewności, że to poskutkuje, nadal kilkudziesięciu posłów konserwatywnych jest przeciwko porozumieniu May.
Premier chciałaby przedstawić swoją umowę pod głosowanie po raz trzeci - pojawiają się pogłoski, że mogłoby się to stać w piątek - ale sprzeciwia się temu John Bercow. To spiker Izby Gmin, odpowiednik naszego marszałka Sejmu, ale ze znacznie większymi uprawnieniami. W ubiegłym tygodniu, tuż przed kluczowym unijnym szczytem, de facto zakazał przeprowadzenia trzeciego głosowania nad umową brexitową. Powołał się przy tym na zasadę sprzed 400 lat, zgodnie z którym parlament nie może głosować drugi raz nad wnioskiem, który już odrzucił.
Dziś powtórzył, że jeśli rząd chce przeprowadzić to głosowanie, treść umowy musi zostać "istotnie zmieniona". Do tego zablokował możliwość obejścia tego problemu, czyli odrzucenia przez posłów XVII-wiecznej zasady. Bercow powiedział, że polecił swoim urzędnikom w ogóle nie przyjmować wniosku o takie głosowanie. Pytanie, czy da się przekonać. Polityczne brexitowe bingo staje się coraz bardziej skomplikowane.
Unia Europejska zgodziła się na przesunięcie daty brexitu z 29 marca na 22 maja - ale pod warunkiem, że Izba Gmin zaakceptuje umowę May do końca tego tygodnia. Jeśli tak się nie stanie, do Wielka Brytania do 12 kwietnia będzie musiała zaproponować inne rozwiązanie, co oznacza też dalsze opóźnienie wyjścia z UE.