Od 2020 r. Niemcy mają otworzyć granice dla Ukraińców. To może budzić obawy, że pracownicy zza naszej wschodniej granicy - dziś w niektórych branżach "ratujący" polski rynek pracy - opuszczą nasz kraj.
Wygląda jednak na to, że scenariusz masowego exodusu Ukraińców nie musi się sprawdzić. Katarzyna Saczuk i dr Robert Wyszyński z Departamentu Analiz Ekonomicznych NBP w rozmowie z "Obserwatorem Finansowym" szacują, że w ciągu czterech lat liczba Ukraińców pracujących w Polsce może spaść maksymalnie o 20-25 proc. Jak mówią, ostateczna skala wyjazdów do Niemiec będzie zależała m.in. od kondycji niemieckiej gospodarki. A ta spowalnia. W drugim kwartale 2019 r. PKB Niemiec w porównaniu z poprzednim kwartałem skurczył się. Coraz częściej słychać głosy, że Niemcom może zagrozić recesja.
Czytaj więcej: Niemcy "balansują na krawędzi recesji". PKB największej gospodarki Europy spadł w drugim kwartale
Warto też zwrócić uwagę na zalety Polski dla ukraińskich pracowników. Polskę wybierają oni np. ze względu na uwarunkowania kulturowe - w tym język - oraz dobre połączenia komunikacyjne z Ukrainą. Ukraińcy coraz chętniej zostają w Polsce na dłużej - coraz więcej z nich płaci składki ZUS i osiedla się tu z całymi rodzinami.
Czytaj też: Ukraińcy mieli wyjechać do Niemiec. Dane mówią co innego. Polska migracyjnym "celem numer jeden"
>>>"Pracowników z Ukrainy wystarczy, jeżeli wszyscy do nas przyjadą. W branży budowlanej brakuje 100 tys. osób" - zobacz nasz materiał wideo
Jak zatrzymać kryzys migracyjny w Polsce?
Napływ Ukraińców do Polski sprawia, że polski rynek pracy na razie łagodniej przechodzi przez kryzys demograficzny. Ale przyszłość nie rysuje się niestety w pozytywnych barwach. Jak informują ekonomiści NBP, liczba osób aktywnych zawodowo zmniejsza się o około 100 tys. rocznie. Wpływ ma na to nie tylko starzenie się społeczeństwa, ale także stosunkowo niska aktywność zawodowa Polaków.
Wyniki badania aktywności ekonomicznej ludności (BAEL) wskazują, że osoby aktywne zawodowo stanowiły w I kwartale 2019 roku 55,9 proc. ludności w wieku 15 lat i więcej. Ten wskaźnik od kilku lat znajduje się na podobnym poziomie.
Jeśli współczynniki aktywności zawodowej we wszystkich grupach płci i wieku nadal będą względnie stałe, liczba osób aktywnych w ciągu najbliższej dekady może się zmniejszyć nawet o 1,2 mln osób
- komentuje w "Obserwatorze Finansowym" dr Saczuk. Jak wylicza, do utrzymania podaży pracy na niezmienionym poziomie wystarczyłby wzrost współczynnika aktywności zawodowej o około 0,3 punktu proc. Ekonomistka NBP dodaje, że gdyby - hipotetycznie - polski rynek pracy osiągnął maksymalne wskaźniki w Europie, pracowałoby blisko 5 mln osób więcej.
Policzyłam, o ile wzrosłaby aktywność zawodowa w Polsce, gdyby w poszczególnych grupach wieku i płci była taka jak maksymalnie obserwowana w danej grupie w krajach europejskich. Wyszło mi, że zamiast 53,8 proc. wskaźnika aktywności w całym 2017 roku moglibyśmy mieć 68,9 proc. Przy takiej aktywności podaż pracy byłaby większa o prawie 5 mln osób (28 proc.)! To by z nawiązką rozwiązało wszelkie problemy demograficzne do 2070 roku
- mówi dr Saczuk.
Ekonomiści NBP wskazują, że największe "rezerwy" podaży pracy w Polsce są wśród osób poniżej 25 lat, powyżej 45 lat oraz wśród kobiet w wieku 25-44 lata. W pierwszym przypadku to efekt m.in. tego, że wiele osób studiujących jeszcze nie pracuje. Wśród osób powyżej 45. roku życia to efekt np. dość szybkiego kończenia kariery zawodowej, ale także problemów ze stanem zdrowia czy niechęci w zatrudnianiu starszych osób przez pracodawców. Z kolei wśród kobiet w wieku 25-44 lat problemem bywa m.in. możliwość elastycznego łączenia pracy z wychowaniem dzieci.