Tak szybko ceny nie rosły od wejścia Polski do Unii. Ekonomista zwraca uwagę na ważne zjawisko

"Inflacja w Polsce wzrosła. Nie. Inflacja w Polsce skoczyła!" - pisze ekonomista Ignacy Morawski z serwisu Spotdata.pl i wskazuje, że tak szybkiego przyrostu inflacji jak w ostatnich paru miesiącach nie widzieliśmy od połowy 2004 r.

Jak wskazał w piątek Główny Urząd Statystyczny, według wstępnych danych inflacja w styczniu wyniosła aż 4,4 proc. w skali roku. Był to najwyższy odczyt od 2011 r.

Ekonomista, twórca serwisu Spotdata.pl Ignacy Morawski, sięga do jeszcze starszych danych zwracając uwagę, że w ciągu dwóch miesięcy wskaźnik inflacji wzrósł aż o 1,8 pkt proc. (jeszcze w listopadzie 2019 r. inflacja roczna wynosiła 2,6 proc.). Jak wskazuje Morawski, to najwyższy przyrost w tak krótkim okresie od czerwca 2004 r., czyli wejścia Polski do Unii Europejskiej.

embed

Dlaczego ceny rosną?

Morawski wskazuje, że rosnąca inflacja to m.in. reakcja na wysoki wzrost płac w minionych latach. Słowem - przedsiębiorcy zaczęli mocniej przekładać rosnące koszty pracy (m.in. właśnie wynagrodzeń dla pracowników) na ceny swoich produktów i usług.

W tym kontekście ekonomista zwraca uwagę na ciekawy efekt, z którym zapewne mamy do czynienia i co wymaga "uważnego monitoringu". A chodzi mianowicie o to, że może dochodzić do swoistej samospełniającej się przepowiedni, firmy mogą wykorzystywać szum wokół wysokiej inflacji, aby faktycznie podnosić ceny.

Firmom jest dużo łatwiej wprowadzać nowe cenniki, gdy całe społeczeństwo rozmawia o podwyżkach cen

- uważa Morawski dodając, że gdyby to zjawisko przybrało masowy charakter, wówczas groziłoby nam utrwalenie podwyższonej inflacji.

W takich warunkach bank centralny będzie musiał podnieść stopy procentowe, nawet w warunkach spowalniającej gospodarki

- uważa ekonomista. Rzeczywiście, Narodowy Bank Polski, dotąd niechętny do podwyżek stóp procentowych w kraju (ba, wręcz prezes NBP Adam Glapiński uważa, że jeśli już, to bardziej prawdopodobna jest obniżka), może być pod większą presją do zmian ich poziomu. 

W styczniu pierwszy raz od 2012 r. poziom inflacji "wyskoczył" ponad górny poziom dopuszczalnych odchyleń od celu inflacyjnego NBP. Cel inflacyjny wynosi 2,5 proc., ale z odchyleniem plus / minus 1 pkt proc. (czyli od 1,5 proc. do 3,5 proc.). - Sytuacja wymknęła się spod kontroli Rady Polityki Pieniężnej. Czas na reakcję minął - komentował dla Gazeta.pl ekonomista prof. Marian Noga.

Wśród innych wymienianych przez Morawskiego przyczyn inflacji są zmiany regulacyjne widoczne m.in. w bardzo dużym wzroście cen wywozu śmieci, oraz efekt ograniczeń w produkcji żywności wywołanych zmianami pogody i zwierzęcymi epidemiami. W tym kontekście mowa oczywiście m.in. o epidemii ASF i suszy.

Inflacja bazowa najwyższa od 18 lat

Choć już sam wskaźnik inflacji 4,4 proc. jest bardzo bolesny, to Morawski zwraca uwagę także na nieco inną liczbę - tzw. inflację bazową. Wyjęte z niej są zmiany cen żywności i energii, zależnych m.in. od cen surowców. Inflacja bazowa pokazuje "fundamentalne zmiany cenowe", czyli stara się ignorować m.in. szoki cenowe związane z jakimiś wydarzeniami (np. warzywa chwilowo drożeją z powodu suszy, ropa chwilowo drożeje z powodu eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie itd.), a wskazuje średnio- i długoterminowe trendy zmian cen.  

Jak zauważa Morawski, w styczniu inflacja bazowa mogła przekroczyć 3,3 proc., co oznacza, że była najwyższa od wiosny 2002 r. W piątek ekonomiści ING Banku Śląskiego sugerowali, że może to być efekt wzrostu płacy minimalnej.

Morawski tonuje nastroje

Odczyt inflacji w styczniu 4,4 proc. oczywiście mógł zaszokować, ale analitycy rynkowi wskazywali, że początek roku będzie okresem mocno podwyższonej inflacji, która po kilku miesiącach powinna się "uspokoić". Według projekcji Narodowego Banku Polskiego, inflacja ma pozostać podwyższona w pierwszym półroczu 2020 r., a potem spaść w okolice 2,5-3 proc.

Również i Ignacy Morawski nieco tonuje nastroje wskazując, że "z eksperckiego punktu widzenia sam fakt, że inflacja wyskoczyła tak wysoko, nie powinien budzić nadmiernych emocji". Przypomina, że jeszcze niedawno przez aż siedem lat inflacja bywa poniżej celu inflacyjnego NBP (2,5 proc.).

W ekonomii i w bankach centralnych coraz częściej uważa się, że po bardzo długich okresach niskiej inflacji można pozwolić, by przez pewien czas była ona wyższa niż cel inflacyjny. Żyjemy w świecie generalnie bezinflacyjnym i parę miesięcy podwyższonej inflacji nie powinno wywoływać palpitacji serca i rozsądku. Firmy dzięki temu odbudowują marże, realne wynagrodzenia wracają do normalnego wzrostu po okresie stratosferycznych dynamik, pewne zjawiska po prostu się normalizują. I sama inflacja też się w końcu znormalizuje, bo hamująca konsumpcja i inwestycje ograniczą przyrost cen

- komentuje ekonomista Spotdata.pl.

Zobacz wideo Wkrótce wzrosną także ceny słodkich napojów. W lipcu w życie ma wejść nowy podatek od cukru