Do redakcji Next.Gazeta.pl zgłosił się czytelnik zbulwersowany procedurami związanymi z zapobieganiem rozprzestrzeniania się koronawirusa. Mężczyzna leciał 4 marca z Amsterdamu do Warszawy. Był to lot łączony linii China Southern i Delta.
Na pokładzie znalazła się pasażerka z Chin, której symptomy wskazywały na możliwą infekcję koronawirusem - całą podróż intensywnie kaszlała. Podróżni o ryzyku dowiedzieli się jednak, kiedy byli już w powietrzu - nikt nie uprzedził ich, że mogą podróżować z potencjalnie chorą osobą.
Podczas lotu na pokładzie rozdano nam ankiety medyczne do wypełnienia. To oznacza, że ryzyko infekcji koronawirusem musiało zostać uwzględnione. W Warszawie czekała na nas asysta medyczna, jednak nikt nie udzielił żadnych informacji
- wyjaśnił mężczyzna.
- Zaczekałem na możliwość rozmowy z lekarzem, który został wezwany do kaszlącej kobiety. Ten zalecił mi środki ostrożności - kwarantannę domową. Zastrzegł, że koronawirus musi dopiero zostać potwierdzony. Zapewnił, że w razie jego wykrycia, otrzymam telefon - stwierdził.
Mężczyzna uznał, że działania służb w zakresie profilaktyki były dalece niewystarczające.
- Ja poddałem się dobrowolnej kwarantannie domowej, bo rozmawiałem z lekarzem. Co z osobami, które nie były świadome sytuacji?
Czytelnik stwierdził też, że lekarz uspokajał go, twierdząc, iż ryzyko infekcji występuje w promieniu ok. 2 metrów od zainfekowanej osoby. Ta deklaracja jednak nie wyciszyła jego obaw, z uwagi na działającą klimatyzację.
Czytelnik przekonuje też, że pomiar temperatury, o którym tak głośno w mediach, powinien być przeprowadzany częściej. - Temperatura powinna być mierzona zarówno przy samych bramkach bezpieczeństwa jak i przed wejściu na pokład - stwierdza.
Pasażer stwierdził, że nie rozumie, dlaczego osoba, która może być chora na COVID-19, w ogóle została wpuszczona na pokład samolotu. Uważa też, że zawieszenie lotów do Chin to w praktyce fikcja
- W Amsterdamie pasażerowie linii chińskich po prostu przesiedli się do innych samolotów i polecieli do innych krajów Europy. Izolacja Chin to fikcja - stwierdził.
Mężczyzna nie był pewien, czy kobieta, z którą podróżował nie była zarażona koronawirusem. W celu uzyskania dalszych instrukcji próbował kontaktować się z infolinią NFZ. - Ponieważ byłem trzydziesty w kolejce, automat spytał mnie, czy oczekuję, że ktoś do mnie oddzwoni. Minęło kilka dni, a ja wciąż czekam na telefon - wyjaśnił.
Mężczyzna stwierdził też, że zarówno w Amsterdamie, jak i na lotnisku w Warszawie nie ma możliwości zaopatrzenia się w maseczki. Znacznie większym problemem był jednak brak środków antybakteryjnych. - W żele antybakteryjne i inne środki ochrony wyposażyła mnie żona. Nie rozumiem, jak można tyle mówić o konieczności dezynfekcji dłoni i nie zapewnić podróżnym żeli dezynfekujących przy stanowiskach odprawy, w toaletach, punktach kontroli - stwierdził czytelnik w rozmowie z Gazeta.pl.
Czytaj też: Jest sztab kryzysowy dla branży turystycznej w Polsce. W gospodarce już "ponad miliard złotych strat
Zobacz również: